Paradygmat rozwoju

Malowana Unia (cz.3)

graf. red.

A teraz my. Wejście do Unii przeorało naszą gospodarkę. W sposób oczywisty konkurencja z silniejszymi przedsiębiorstwami wyeliminowała nasze słabsze przedsiębiorstwa. Zachód chciał eksportować i potrzebował tanich dostawców półproduktów oraz montowni towarów na eksport. Można powiedzieć, że tak jak Chiny stały się „fabryką” pracującą na potrzeby Stanów i innych bogatych państw, tak byłe państwa socjalistyczne oraz Turcja stały się „fabrykami” pracującymi na potrzeby zachodniej Europy. W zamian my dostawaliśmy miejsca pracy, co przekłada się na niezłe zarobki, oraz subwencje na wyrównywanie różnic. Nie bez znaczenia jest fakt, że miliony naszych rodaków znalazło pracę w państwach zachodnich. Tak jak kiedyś Włosi, Hiszpanie, Turcy czy Jugosłowianie.

Rząd dobrej zmiany po dojściu do władzy kwestionował korzyści płynące z naszej obecności w Unii tyle, że nie podawał jasnej odpowiedzi na pytanie, gdzie znaleźliby pracę nasi rodacy, gdyby zostali wypchnięci z rynku w państwach zachodnich. Gdzie pracowaliby nasi obywatele, gdyby z Polski zniknęły zachodnie montownie? Nikt nie próbował ocenić jaki wpływ na nasz handel miałoby przywrócenie na naszych granicach izb celnych. Koszałki opałki opowiadane przez byłego ministra a obecnie premiera o tym, co to my nie stworzymy w naszej gospodarce to było i jest zwykłe pustosłowie. Gdybyśmy teraz wyszli z Unii, zrywając z nią więzi gospodarcze i handlowe, to na mapie Europy pojawiłaby się czarna dziura. A taka czarna dziura stałaby się niebezpieczna dla bliższych i dalszych sąsiadów. Dlatego nie ma obawy o Polexit.

Pomimo tych unijnych sukcesów pojawiły się głosy o potrzebie jej reformy. Wbrew temu, co nam się wydaje, to nie my zauważyliśmy narastające problemy. O potrzebie reform pierwsi zaczęli rozmawiać miedzy sobą ekonomiści i przemysłowcy z państw zachodnich. Ci poważni fachowcy widzieli trudności, na jakie zaczyna natrafiać globalizacja oraz problemy finansowe, z jakimi będziemy musieli się zmierzyć. Zanim obecny prezydent Stanów wygrał wybory, oni już znali koncepcje grupy wpływowych osób w Stanach, które pomogły prezydentowi dojść do władzy. Liczyli na prezydenturę jego przeciwniczki, ale liczyli się z radykalnymi zmianami w polityce gospodarczej Stanów. Wiedzieli prawie wszystko o światowej ekonomii, o nadchodzących problemach finansowych Stanów i Chin, o możliwym kryzysie światowych walut. Ponieważ to oni są prawdziwymi włodarzami naszej Unii, cokolwiek będą robili to z myślą o utrzymani lub poprawieniu znaczącego miejsca Unii na arenie światowej, ponieważ od tego zależy ich przyszły byt.

Tak więc bardziej realistyczny obrazek reprezentujący Unię na użytek naszych rządów powinien przedstawiać grupę przedsiębiorców, ekonomistów, bankierów i biznesmenów w garniturach, w krawatach lub bez kiedyś z teczkami dzisiaj z laptopami pod pachą. Ku zdziwieniu naszych elit nie znaleźliby na tym obrazku żadnego europejskiego prezydenta. Również na tym obrazku nie ma miejsca dla wysokich przedstawicieli z Brukseli, o których tak głośno w naszym państwie z powodu bezsensownych utarczek o praworządność, demokrację, sądy, LGBT itp.

Pani kanclerz i prezydenci to zwykli figuranci – mówią to, co mają przykazane do powiedzenia. Wysocy przedstawiciele z Brukseli to w głównej mierze uzurpatorzy, których wpływ na to, co się rzeczywiście ważnego dzieje w Unii jest zerowy. Nie wiadomo czy więcej przynoszą Unii szkody, czy pożytku, jako że zajmują się głównie sprawami ideologicznymi na użytek grup o zbliżonych orientacjach politycznych. Nie mają najmniejszego wpływu na to, co jest w Unii najważniejsze, na gospodarkę. Jeden z tych przedstawicieli, bardzo inteligentny, jest często pod wpływem, ponieważ inaczej nie byłby w stanie wypełniać roli figuranta, jaka mu przypadła do odegrania w miejscach publicznych.

Wytłumaczenie tego fenomenu jest pewność, że w państwach poważnych, które na przykład posiadają broń atomową lub są potęgami ekonomicznym, rzeczywistej władzy w państwie nie sprawują ludzie z ulicy tylko dlatego, że tak zagłosowali wyborcy. To tak nie działa! Dlatego pokładanie nadziei w tym, że wybierając odpowiednio przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego to my zmienimy Unię jest nierealistyczne. Podobnie jak to, że jakiś przedsiębiorca będzie sugerował się w swojej działalności opinią miejscowych radnych.

Jakie są prognozy dla nas na najbliższe lata w Unii? Patrząc na to, co się dzieje na świecie może przypuszczać, że zmieni się struktura eksportu państw zachodnich, a zwłaszcza Niemiec na rynki trzecie. To może spowodować, że zwiną się częściowo montownie związane z przemysłem motoryzacyjnym. Tyle że na ich miejsce pojawią się inne inwestycje, które przyniosą nowe miejsca pracy. Będzie dobrze, jeżeli ilościowo powstanie tyle samo miejsc pracy ile utracimy i że będą równie dobrze płatne. O płacach zbliżonych do tych na zachodzie nie ma co marzyć, ponieważ byłyby one niekorzystne dla potencjalnych inwestorów i praktycznie zablokowały ich inwestycje w naszym państwie.

Można przewidywać i inny scenariusz wydarzeń na wschodzie Europy. Odpukać w niemalowane, według tego scenariusza stan polityczno-gospodarczy, jaki powstał na tym obszarze, nie jest wieczny, będzie się zmieniał. Tak jak się zmieniał latach 1939-40, 1944-45 i 1989-90, tak i teraz znowu może przeorać naszą rzeczywistość. Tyle że to jest temat na inną bajkę.

Autor: Mikołaj

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.