Społeczeństwo

Maleństwo VII

 Na zakupach

Maleństwo nadal nie chce jeść. Troszeczkę zaczyna mnie to niepokoić. Jeśli dalej będzie ignorować mleko, odwodni się w końcu. Nim wrócimy do domu, zamierzam zrobić nieco zakupów dla dzieciaczka. Brakuje nam nieco ubranek. Także bucików. Przydałaby się czapeczka.

Mam jeden poważny problem. Nie bardzo wiem, jakich rozmiarów jest moje maleństwo. Szkoda, że nie wpadłem w szpitalu na to, aby poprosić o zmierzenie i zważenie. A teraz zupełnie nie wiem, co będzie dobre, co za małe, a co za duże.

Zabieram się najpierw za buciki. To prostsze. Póki co mam jedynie stare adidaski. Ale na tę pogodę nie pasują. No i trochę już obdarte. Potrzebuję coś lżejszego. Sandałki i jakieś papucie po domu. Paputków nie znajduję odpowiednich. Są albo za małe, albo dużo za duże. Sandałki owszem są, całkiem fajne nawet. Podobają mi się. Znajduję jeszcze bardzo ładne buciczki. Lżejsze, delikatniejsze, cieńsze od wspomnianych adidasków. Nadadzą się.

Wracam na ubranka. Jest tylko jeden sposób, aby znaleźć odpowiednie rozmiary. Muszę przymierzyć. Tylko jak to zrobić. Nie ma tu przymierzalni. Nie ma nawet ławeczki, na której byśmy mogli przysiąść i dokonać oględzin kupowanych rzeczy. Sprawdzić, czy są dobre, odpowiednie, jak leżą, jak w nich maleństwo wygląda. Potrzebuję innego rozwiązania.

Akurat przechodzi koło mnie młode małżeństwo. Proszę o pomoc. Chętnie się zgadzają. Przymierzamy bodziak. Jeden za duży, drugi za mały – jest. Ten będzie dobry. Dziękuję za pomoc. Kupuję parę innych rzeczy. Nie mam wszystkiego, ale już niemal komplet. Resztę poszukam kiedy indziej, w innym sklepie. Może też uda się coś dostać od kogoś.

Dokupuję jeszcze coś do jedzenia w sklepie obok. Idziemy na tramwaj. Dzieciaczek zmęczony podróżą zasypia w wózeczku. Nie czekam długo, gdy pojawia się mój autobus. Kilka przystanków dalej wysiadam i zmierzam powoli, aby nie zbudzić dziecka, do domu. Wózek toczy się opornie. Ech, te cholerne małe kółeczka. Tu pozostaje mi wnieść wózek na piętro. Przekładam maleństwo z wózeczka do łóżka. Budzi się na moment, ale po chwili zasypia ponownie. Na poduszce obok kładę butelkę. Może sięgnie w trakcie snu po nią i wypije.

Maleństwo daje radę

Cofnę się na moment jeszcze w tej opowieści do szpitala. Podczas pierwszego badania, dla odwrócenia uwagi studentka medycyny dała maleństwu nadmuchaną rękawicę lekarską z dorysowanymi oczkami. Dzieciaczek bawił się tak powstałym balonikiem, a lekarka kontynuowała bez przeszkód większych swoje czynności badawcze. Balonik nieco się upaćkał krwią po wizycie w laboratorium.

Po powrocie na Izbę Przyjęć, po wyjściu z wózeczka maleństwo zaczęło się bawić balonikiem. Przy stoliczku siedziała starsza, wyższa o głowę dziewczynka. Zainteresowała się balonikiem. Kilkakrotnie próbowała odebrać go maleństwu. Bez powodzenia. Z jednej strony wciąż powstrzymywała ją mama, że nie wolno itp. Z drugiej zdecydowanie właśnie zdecydowania małej brakowało. A maleństwo było zdeterminowane bronić swojego rękawiczkowego balonika. Nieco lepiej dziewczynce szło w obronie swojego terytorium, czyli stoliczka, krzesełeczek i zabawek. Pewnie dlatego, że maleństwo niespecjalnie przykładało się do tego, aby dorwać się do zabawek na stoliczku.

Był też mały chłopczyk. Iskierka. Wszędzie go pełno. Nigdzie niezdolny zagrzać choćby chwili. Biegał dookoła. Wciskał się w każdą dziurę. Pojawiał się i znikał. Dziewczynka zupełnie sobie z nim nie radziła. Maleństwo jakoś go unikało. Chłopczyk próbował odebrać balonik. Bezskutecznie. Podchodził, podbiegał, wyciągał rączki i nic. Dzieciaczek po prostu obracał się do niego tyłem albo odsuwał na krok czy dwa i pozostawał poza zasięgiem złaknionego balonika chłopca. W końcu mu się udało raz czy dwa. Na krótko, bo szybko go balonik przestawał interesować.

Inna sytuacja. Chłopczyk miał piłeczkę. Głównie ją nosił. Kilka razy podszedł z nią do mnie czy to podając, czy też rzucając. Odturliwałem ją głównie gdzieś dalej, aby nie przeszkadzał maleństwu. Ono nie jest tak sprawne, jak on. Potrącone nieumyślnie może się przewrócić i uderzyć o krzesło, stolik, wózek albo podłogę. A chłopczyk jest nieprzewidywalny. Jest wszędzie. Nie zważa na nic ani na nikogo. Czasem piłeczka ucieka mu sama. Szuka jej, goni, próbuje złapać. Gdy wpada pod krzesła, wczołguje się pod nie, by w końcu dopaść.

Starsza dziewczynka próbuje wyciągać ręce po piłeczkę do chłopca. Robi to mało przekonywująco. Poza tym, nim ona zdoła się ruszyć, on jest już zazwyczaj w zupełnie innym miejscu. No i matka wciąż powstrzymuje swą bardzo wyraźnie niepewną siebie córeczkę.

Piłeczka przyciągnęła także uwagę maleństwa. Co prawda nie jest w stanie chłopczyka dogonić, ale wyraźnie szuka go wzrokiem. Mały nieustannie zmienia swoje położenie. Jest to tu, to tam. Wszędzie go pełno. Żywe srebro. ADHD na sterydach. W pewnym momencie jest znów przy maleństwie.

To był moment. Nawet się nie zorientował w tym swoim ciągłym zabieganiu, że oto dzieciaczek wyciągnął swe rączki i zwyczajnie wyjął mu piłkę z rąk. Gdy w końcu to spostrzegł, kilka kroków dalej, zawrócił i próbował odzyskać swą własność. Chce ją pochwycić, ale nie udaje mu się. Podchodzi z drugiej strony. Nic z tego. Stara się i stara i wciąż brak rezultatów.

A co robi maleństwo? W sumie niewiele, po prostu pozostaje niemal cały czas do niego tyłem. Obraca się w miejscu. Niekiedy robi krok albo dwa w przód lub w tył. Tyle wystarcza, by walka o odzyskanie piłki trwała dłuższą chwilę. Mocno długą chwilunię.

Niby taki mały, nieruchawy dzieciaczek, a proszę, daje radę. Poradziło sobie maleństwo i ze starszą dziewczynką i z rozbieganym nadpobudliwym chłopczykiem.

Poobiednia drzemka

Od czasu do czasu zaglądam do pokoju dziecięcego. Maleństwo śpi w najlepsze. Nie znam jeszcze jego zwyczajów. Nie mam pojęcia ani ile śpi, ani czy ma spokojny sen, ani czy budzi się nocami, płacze itd. Wciąż je rozpoznaję, poznaję, się go uczę. Trzeba paru dni, aby móc w stanie przewidywać jego zachowania. I być pewnym tej wiedzy. Że dziecko zachowa się tak, a nie inaczej.

Śpi w najlepsze. Gdzieś tam w międzyczasie powoli opróżnia się buteleczka. To dobrze. Bo dzieciatko nie jadło jeszcze nic od rana. Niepokoiło mnie to coraz mocniej, ale skoro popija w trakcie drzemki, nie jest tak źle. Potem zje jeszcze jedną butelkę i kolejną dostanie na noc. W większości wypita, choć nie cała.

Pierwszą noc przespało to moje nowe maleństwo jedenaście godzin. Kolejna noc to trzynaście godzin snu. Ależ ono śpi. Ciekawe, czy ma tak na stałe, czy po prostu odreagowuje stres, zmianę miejsca zamieszkania, nowe otoczenie, brak opieki w domu i co tam jeszcze. Tu ma komfortowe warunki – póki co jest samo na noc w pokoju. U siebie poza rodzicami w pokoju jeszcze miało rozliczne rodzeństwo. Tu nikt mu nie przeszkadza. Może spać, ile dusza zapragnie.

Poznań, 2017.06.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Wołający na puszczy

    O ile dobrze rozumiem autor jest rodziną zastępczą?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.