Społeczeństwo

Maleństwo V

 Podróż miejska

Nie cierpię takich spacerówek. Nie dość, że obie ręce zajęte, to jeszcze małe kółeczka co rusz o coś zahaczają i wózek jedzie bardzo ciężko, nierówno posuwając się do przodu. Co rusz o coś kołami zahaczam. Co rusz coś mnie powstrzymuje. Każda dziura, każdy zadzior stają się wyzwaniem. Zdecydowanie wolę wózki z dużymi kołami. One po prostu jadą. Na nic nie zważają. Nic je nie powstrzymuje. Nic im nie wadzi. Poradzą sobie niemal ze wszystkim. A jakby tego było mało, ten model ma dwie rączki, bez łączącego je pałąka. A to oznacza ni mniej ni więcej, że bardzo, ale to bardzo ciężko prowadzi się go jedną ręką. Udręka. Gdy rączka jest jedna, połączona, jest o niebo wygodniej i lżej. Gdy tylko zachodzi taka potrzeba, ma się do dyspozycji jedna wolna rękę. Gotową na cokolwiek. Ot, można nią prowadzić drugiego dzieciaczka. Albo odebrać telefon bez potrzeby zatrzymania się w miejscu. No ale innego nie mam. To znaczy mam, ale jest nie do końca sprawny, pełen usterek i uciążliwości. Sam już nie wiem, który jest wygodniejszy. Albo raczej który mniej oporny. Ten ma lepsze paski, jest bezpieczniejszy. Tamtemu dolega wiele, bardzo wiele. Ale duże kółka to duże kółka. Pałąk akurat sprawdza się średnio bo wózek ma uszkodzone zawieszenie siedziska i wyraźna tendencję skręcania w jedną stronę.

Jakoś udaje nam się dostać na przystanek. Muszę się doń po prostu przyzwyczaić. Do wózka znaczy, nie do przystanka. Z tyloma wózkami przecież już spacerowałem. Jedne małe, lekkie. Inne duże, ciężkie. Damy radę. Ale chyba jednak zdecyduję się na zakup nowego. Solidnego, takiego jak trzeba. W internecie, na aukcji wyhaczyłem już nawet interesujący mnie model. Cena w miarę rozsądna. Wydaje się być taki, jak chciałbym. Wady wyjdą dopiero, jak z nim odbędę kilka spacerów. Idealny wózek nie istnieje. Każdy gdzieś stawi opór, kiedyś, w jakiejś sytuacji okaże się skrajnie niewygodny.

W tym tygodniu już pewnie nie zdążę, ale może w przyszłym rozejrzę się jeszcze najpierw po sklepach. Akurat w tym przypadku lepiej jest mieć do czynienia z namacalnym towarem. Sprawdzić, co i jak. A potem ewentualnie wyczaić, czy z wysyłką nie da się go nabyć mimo wszystko taniej, niźli w sklepie.

No to wsiadamy

Podjeżdża autobus. Dojedziemy nim na tramwaj. Wtaczamy się do środka. Maleństwo spokojnie sobie siedzi i patrzy na świat. A świat zesłał nam dziś trochę chłodny poranek. Ni to ciepło, ni to zimno, z wahnięciami jednak w stronę: nieco zimno. W plecaku mam długi rękawek dla dzieciaczka na wszelki wypadek. W autobusie nie potrzeba. A mam nadzieję, że przesiadki pójdą nam błyskawicznie.

Parę przystanków. Wysiadka. Małe kółka nie ułatwiają sprawy także podczas wysiadania z pojazdów komunikacji. Jakoś udaje się wydostać z pojazdu. Teraz w lewo, do pochylni, a nią na dół. Tam jest przystanek. Docieramy na miejsce po chwili. Zaraz powinien być nasz tramwaj. I dobrze, bo powiało chłodem. Byleby tylko niskopokładowy. Każdy inny zignorujemy, przeczekamy. Nie uśmiecha mi się włazić po stopniach do tramwaju, a potem zeń w takiż sam sposób wysiadać. Nie, że się nie da, ale to bardzo niewygodne i męczące. Czasem, jak właśnie czasu jest mało, to mus – nie ma zmiłuj – jedzie się czym się da, byleby jak najszybciej do celu. Ale teraz się nie spieszymy. Czasu mamy dość. Będzie, to wsiadamy, nie będzie, to poczekamy.

A oto i tramwaj. Jak trzeba, niskopokładowiec. Wsiadamy. Zajmujemy miejsce przy oknie dla wózków. I w drogę. Dzieciaczek spokojnie siedzi w wózeczku. Czasem nieco się rozgląda. Od czasu do czasu łypie na mnie okiem, więc je zagaduję. Słaba ta nasza interakcja jeszcze. Z czasem nasza wieź się pogłębi, a relacje zacieśnią. Poznamy się, łatwiej będzie nam się komunikować. Mnie łatwiej będzie odczytywać jego znaki, jego niewerbalne komunikaty, a maleństwo będzie coraz więcej kojarzyć, o czym mówię, o co mnie chodzi.

A oto jesteśmy niemal na miejscu. To nasz docelowy przystanek. Wysiadamy z tramwaju. Dalej już tylko pieszo. Niby blisko, ale ten cholerny wózek znów staje okoniem i daje się we znaki. Po pierwsze małe kółeczka niechętnie przejeżdżają przez torowiska tramwajowe. Zdecydowanie tego nie lubią. Po drugie na części naszej trasy mamy kocie łby. A tego to wózeczek mój bardzo, ale to bardzo nie lubi. Kółka niby się toczą, ale nie ułatwiają sprawy. Czasem, gdy się nieodpowiednio przekręcą, wręcz utrudniając posuwanie się naprzód. Każdy krok przesuwa nas do przodu. Tam względnie daleko już czeka nowiutki chodnik. Cóż z tego, że całkiem ostro pod górkę. I tak będzie łatwiej, niż po tych kociskach.

Ostatecznie docieramy do szpitalnej bramy i ją zdecydowanym krokiem przekraczamy. Kawałek do przodu, potem w lewo. Izba przyjęć. Byłem tu już kilka razy, więc walę jak w dym. Mam nadzieję, ze nas przyjmą. Że dowiemy się co i jak. Bo może to nic wielkiego. A może wręcz przeciwnie. Na zimne lepiej dmuchać.

Poznań, 2017.06.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Naprawdę wrażliwość czysto ludzka autora jest podejściem z którego mozna być dumnym.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.