Społeczeństwo

Maleństwo II

 Wyprawa po jedzenie

Zaglądam do pokoju. Nie śpi. Głaskam po główce. Nie ucieka, nie broni się. To już coś. Jak będzie z tym później, zobaczymy. Czy pojawi się bunt? Płacz? Pomagam maleństwu usiąść. Nie jest źle. Siedzi. W całkowitej ciszy. Wydaje się, że już mniej się obi. Że nie jest już takie spięte. Jest bardzo ciepło, postanawiam zdjąć spodenki i koszulkę z długim rękawkiem. Pod spodem jest jeszcze body z takim samym rękawkiem. Czystość ubranka nieco pozostawia do życzenia, ale nie można powiedzieć, że jest zwyczajnie uświnione, brudne. Po prostu niezbyt czyste. Właśnie można by je wymienić na nowe, czyste. Nie śmierdzi. Ani maleństwo, ani jego ubranko. Kładę je na pleckach, rozpinam body. Czas na pieluszkę. Chętnie się kładzie, współpracuje w miarę swoich możliwości. Siusiu. Umiarkowanie dużo. Kurcze, nie mam odpowiednich pieluszek póki co. Mam, ale dużo za duże. Na razie muszą wystarczyć.

Ciężki start. Brakuje mi wyposażenia dla takiego maleństwa. Nie mamy buteleczki stosownej, z której mogłoby pić mleczko. Próbuję zachęcić do napicia się z butelki po napojach dla dzieci. Idzie nam średnio. Ale kilka łyków maleństwo przełyka. Dobre i to. Czas pomyśleć nad jedzonkiem. Pytanie: co je, a czego nie. Co jeść może, a czego jeść nie powinno, co mogłoby zaszkodzić. Cóż, trzeba metodą prób i błędów. Do wszystkiego dojdziemy małymi kroczkami.

Czas na niewielki spacer po okolicy. Szukam w szafie czapeczki. O, ta chyba się nada. Sprawdzam. Leży jak ulał. Jesteśmy zabezpieczeni przed grzejącym solidnie słoneczkiem. Hm, spodenki. Mam masę ubranek, ale na znacznie większe dzieciaczki. Znajduję krótkie spodenki, które na maleństwu wyglądają niemal jak zwyczajne spodniska. Może być. Na szczęście mam jeszcze jakieś skarpeteczki dla maluszków. Jesteśmy gotowi. Schodzimy na dół.

Pierwszy pobliski sklep. Słoiczki z jedzeniem dla maluszków. Zobaczymy jak moje maleństwo sobie z tym poradzi. Czy w ogóle już coś takiego jadło? Czy potrafi to zjeść? Czy będzie mu smakować? Na wszelki wypadek biorę również zwykłe mleko. Jakby obiadki poniosły fiasko. Nic więcej tu dla nas nie ma niestety. Idziemy do innego sklepu. Tu nic a nic. Obok pytam o ubranka. Coś tam by się znalazło. Jeśli nic nie uda się zorganizować, wrócimy tu jutro. Zaglądam do apteki. Może coś. Jednak nic. Trudno.

Wracamy do domu. Niosę maleństwo na ręku. Wtula się we mnie. Siedzi cicho. Nie protestuje. Nie wierci się za bardzo. Nie za wiele się po okolicy rozgląda. Niekiedy spogląda na mnie i czujnie obserwuje.

Pięć na godzinę

Podgrzewam obiadek. Nie mam krzesełeczka dla maluszków. Ale mam małe krzesełeczka dziecięce. Sprawdźmy, czy da radę usiedzieć w nim. Udaje się. Jest nadzieja. Próbujemy jeść. Ta…

Udaje się załadować do buzi pierwszą łyżeczkę. Zapada cisza. Żadnych ruchów szczęki. Usta zamknięte. Nie puszczają kolejnej łyżeczki z jedzeniem. Nie pozwalają zajrzeć do wnętrza buzi, by sprawdzić, czy tam cokolwiek się dzieje. Po długiej, przeciągającej się niemiłosiernie chwili udaje się zaaplikować kolejną porcje obiadku. I znowu nic. Zamknięte usta. Buziany bezruch. Dzieciaczek siedzi niemal nieruchomo. Nie wierci się za bardzo. Ciut rozgląda. Nie ulega namowom na dokładkę. Po trzeciej łyżeczce następną zdecydowanym ruchem ręki odpycha od siebie. To by było na tyle. Za jakiś czas, dłuższy czas, kolejna próba. Udana próba – łyżeczka załadowana, czekamy na przełknięcie. Potem jeszcze jedna. W sumie przez godzinę zjedliśmy pięć łyżek zupki. Mało, bardzo mało, ale choć tyle. To zawsze coś. Czyli jeść zupki, jeść z łyżeczki dopiero będziemy się uczyć. Wszystko przed nami. Picia nie chce.

Zmieniamy pokój. Sadzam maleństwo w fotelu. Trochę się rozgląda dookoła z ledwo zauważalnym, ale jednak – zaciekawieniem. Podaję do zabawy przywiezione pluszaki. Dwa z nich wkrótce lądują na ziemi. Bardzo szybko okazuje się, że umiejętność zabawy pluszakami, a zapewne i innymi zabawkami, zasadniczo sprowadza się do dwu rzeczy: do uderzania nimi w inne osoby i rzucania gdzieś przed siebie. Kiepsko. Trzecia z zabawek to umownie powiedzmy żyrafka. Właściwie jest to długa szyja i główka – stąd skojarzenie. Jak się zabawkę ściśnie za tę jej długaśną szyję, piszczy. No i wszystko gra. Maleństwo się zabaweczka interesuje. Ściska, naciska potrząsa, przekłada z rączki do rączki. Wierci się niewiele w fotelu.

Uwagę dzieciaczka przyciągają wróble, które właśnie nadleciały do karmnika. Dzieciak jest zachwycony. Zafascynowany. Patrzy jak urzeczony. Po cichu. Ale z błyskiem w oku. Z lekkim uśmiechem na ustach. Mogę się nieco oddalić. Korzystam z możliwości. Wyjmuję szybko pranie. Wieszam w sąsiednim pokoju na suszarce. Drzwi otwarte na oścież. Widzę dzieciaczka, a on widzi mnie. Teraz jednak to głównie wróbelki przyciągają jego uwagę. W spokoju udaje mi się bez przeszkód i niespodzianek rozwiesić pranie.

Poznań, 2017.06.28
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Podziwiam bardzo dużą wrażliwość autora!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.