Kultura

Małe i duże podróże II

Wchodzę w to!

Zapuściłem się w ten nieznany mi jeszcze teren z nadzieją na ciekawe zdjęcia. I rzeczywiście było co pstrykać. Dawno nie widziałem tylu trzmieli w jednym miejscu, co tutaj. W ogóle w mieście trzmiele widuje się niezwykle rzadko. Były też i pszczoły. Parę odmian motyli. Zatrzęsienie ważek, te jednak wymykały się wszelkim próbom fotografowania będąc w ciągłym ruchu. W wodzie czasem spod nóg niemal umykały żabki. Też nie dając się przy tym sfotografować. Musiałbym się na nie zasadzić i cierpliwie wyczekać, aż się oswoją i nie podejrzewając niebezpieczeństwa z mej strony ponownie wychyną na tyle, by móc je obfotografować. Może innym razem.

Zatem idę. Najpierw moim oczom ukazała się wybujała kwitnąca, niekoszona łąka. Później, trzcinowisko. Wszystko bogato poprzerastane właśnie kwitnącym powojem. Zbliżając się do Stawu Baczkowskiego, zanurzałem się w otaczającą mnie zieloność, która będąc coraz wyższą, coraz skuteczniej mnie izolowała od czegokolwiek. Na szczęście ścieżka biegnie blisko brzegu, więc co rusz jakiś widok na skrawek stawu mniejszy lub większy się przydarzał. Trochę przypominało to przeprawę przez sawannę (tak mi się wydaje – nie byłem, nie widziałem, pewności więc nie mam, głowy wiec nie dam, ale tak mi się jakoś skojarzyło było). Z tą różnicą, że tutaj ścieżkę już ktoś wydeptał i nie trzeba sobie jej było torować maczetą. Wystarczy podążać. Zgubić się niepodobna, bo zejść ze ścieżki trudno – chyba że wprost w gęstwinę nieprzebytą. Ale kto by tam chciał się tak w ciemno w nieznane zupełnie wpychać. Zbyt to niepewne, zbyt niebezpieczne, zbyt trudne. Bez kaloszy ani rusz. A i pod nogi uważać trzeba, aby w jakie bagnisko nie zawędrować i się nie zapaść. Ścieżka – ta już istniejąca – sama prowadzi. Czasem tylko odgałęzia się nad samą wodę.

Dalej ni hu hu

W którymś momencie jednak w miarę suchą ścieżkę zastąpiła woda. Dalej się tędy nie pójdzie. Przynajmniej nie suchą nogą. Nie warto ryzykować, tym bardziej, że w tych zaroślach niewiele widać i nie wiadomo właściwie, gdzie jest ciąg dalszy tej ścieżynki. Nie znam drogi, nie znam okolicy, nie znam miejsca. Nie będę błądził na oślep. Zawracam. Dotarłszy do rozwidlenia wybieram tym razem drogę prowadzącą na drugą stronę stawu, a biegnącą wzdłuż linii kolejowej. Szybko jednak z niej rezygnuję, gdyż biegnie zbyt daleko od stawu i widać na niej niewiele. Wybieram jedno z podejść, które prowadzi mnie na nasyp, którym podążam dalej od czasu do czasu zatrzymując się, aby objąć panoramę położonego poniżej stawu. Zarośla z tej strony znacznie niższe, choć i tak często sięgają pasa. Uważać trzeba jednak bardzo i lepiej trzymać się przetartych ścieżek. Trawa bowiem wysoka, a teren bardzo nierówny i można w coś wpaść, albo nogę skręcić na jakiejś niewidocznej dziurze czy wgłębieniu.

Ścieżka co rusz się rozgałęzia i można wybrać jeden z licznych wariantów. Decyduję się trzymać tym razem nieco dalej od brzegu, a bliżej nasypu kolejowego. Większa szansa, ze będzie tu sucho całkowicie. Poza tym jest tu wyżej, a trzcina niższa, wiec widać więcej.

Przeprawa przez strumień. Łatwo nie jest. Po niedawnych burzach rozlał się  i popodmywał brzegi. Ale jakoś się udało. Dalej ścieżka wycięta w gęstych krzewach tworzy ciekawy tunel. Ktoś się nakarczował. Z lewej i prawej ściana gęstych gałęzi zbiegających siew górze. Trzeba mi się nieznacznie pochylić, aby głową nie zahaczać o górne części krzewów. Ciekawie to wygląda bardzo.

Powoli zbliżam się do byłej cegielni. Pojawiają się jakieś zabudowania, jakieś działki. Niewiele widać przez zarośla. Widać za to ślady kół i wszechobecne śmieci. Ta, z pewnością ktoś ma bliżej tu. I taniej. Więc walają się. I jeszcze jedna ciekawostka. Coś jakby szałas pod drzewem obrośniętym dziką winoroślą. Częściowo nadpalony. A obok resztki sporego paleniska. Ktoś tu sporo kabli na opalał sobie. A ogień widać zbyt wielki się zrobił i osmalił drzewo.

Idę dalej. Ścieżka zakręca wzdłuż położonego niżej brzegu. Piękny widok na panoramę rozciągającej się wody. Pojawia się niepewność, czy da się tędy przejść, czy aby znów nie przyjdzie mi zawracać. Ale nie. Da się iść dalej. Da się przejść. Tak wiec obszedłem 2/3 stawu, narobiłem masę ciekawych zdjęć. Zleciało nieco czasu. Postanawiam wycofać się powoli i odnaleźć drogę powrotną do domu. Warto tu znów kiedyś powrócić i obejrzeć pozostałe zbiorniki. Także np. wczesną wiosną, kiedy to okoliczna roślinność nie będzie aż tak wysoka i będzie wszystko lepiej widać. Poza tym wiosna obficie zaznacza tu swą obecność przeróżnym kwieciem niedostępnym gdzie indziej. Tyle, że wówczas może tu być zbyt mokro, aby dało się tymi ścieżkami wędrować. Cóż, kiedyś to może nawet sprawdzę osobiście.

Jestem liściem porzuconym

2008-11-14
Poznań

miotanym przez wiatr
zapomnianym niechcianym
bez nadziei bez szans
los mój wzgardzony
zapomniany jestem
przez dobry czas

Boga wciąż szukam
po nocach
za lepszym jutrem
bez przerwy płaczę

skargą modlitwa ma
suchą łzą mój wiersz
potrafię tylko czekać
na nic więcej
nie starcza sił

jestem liściem zdanym na wiatr
liściem odrzuconym przez los
przed oczami rozpościera się przyszłości mrok
serce krwawi miłością zranione

Bogu tylko ufam
Bogu zawierzam los
tylko już czekam
tylko przed ciosami się chronię
odnajdź mnie Boże
odmień mój los
życie przywróć
nadzieję nową daj

Adam Gabriel Grzelązka

Do domu też piechotą

Zrobiłem całkiem spory łuk i przybliżyłem się znacząco do Wiaduktu Górczyńskiego. Szło mi się dobrze, miast więc podjechać, przeszedłem cały ten odcinek pieszo. Doszedłszy zaś do dworca autobusowego znów zrezygnowałem z komunikacji i wkroczyłem w odmęta miejskie. Gorąc. Mimo, iż ogólnie nie jest dziś upalnie, tu jednak odczuwa się gorąc. Brakuje tego powiewu wiatru, jaki towarzyszył mi nad stawami i skutecznie powstrzymywał wszelkie stada komarów od prób wzlatywania w powietrze. I dobrze, inaczej byłbym znów nieźle pokąsany. Jeszcze mi nie zniknęły ślady po ostatnich wędrówkach, a przybyłyby nowe.

Po kolejnej godzinie nie najkrótszą w sumie drogą powróciłem do domu. Na dziś koniec zwiedzania. Na dziś koniec przygody. Warto to spisać. Warto to opisać. Warto się tym podzielić. Dla mnie warto. A może komuś będzie się chciało to przeczytać i też jakąś wartość dlań mieć będzie? Czemu nie. Kto wie, może są i inni tacy jak ja, którzy lubią takie małe wędrówki po znanym nieznanym.

Każda przygoda, wielka czy mała, zwyczajna czy egzotyczna zaczyna się zawsze od pierwszego kroku i kończy wcześniej czy później na powrocie do domu. Od nas zależy, jak ją będziemy wspominać. Od nas zależy, co nas na niej spotka, co zobaczymy i czego będziemy świadkami. Od nas samych zależy, czy powrócimy z takiej wyprawy bogatsi, piękniejsi, ciekawsi, przemienieni.

Poznań, 2013.08.01
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.