Polityka

Majonez z wsadem dewizowym

 Nie żebym był maniakalnym zwolennikiem komuny w polskim wydaniu sprzed okrągłego stołu, jeśli już, to wolę tę dzisiejszą, w której przynajmniej bez problemów publicznie naigrawam się z rodaków, co za Gomułki było nie do pomyślenia. Jednak warto czasem uzmysłowić sobie względność tak zwanych korzyści wynikających z różnych przemian, bo dobrze to wpływa na perystaltykę jelit. A ludzie młodsi ode mnie coraz mniej pamiętają, coraz więcej zaś mitologizują.

Np. zmitologizowany przez nich Jaruzelski, jako krwawy oprawca narodu, pełni dziś w wielu środowiskach, uważających się za racjonalne, dokładnie tę samą rolę symboliczną, co zmitologizowana katastrofa smoleńska w środowiskach, którym tej racjonalności się odmawia. Co symptomatyczne, Jaruzelski – w przeciwieństwie do Gomułki – nie występuje już w słowniku mojego Worda, bo podkreślany jest na czerwono, natomiast zamach smoleński wątpliwości żadnych tego programu nie budzi. W przeciwieństwie do Zamachowskiego.

Za pierwszej komuny wyrafinowane środki chemiczne konserwujące żywność, ów stygmat nowoczesności, często wymagały „wsadu dewizowego”, a więc były niedostępne dla uboższych. Dzisiaj (za II komuny, jak chce PiS) środki konserwujące to rutynowy wsad do taniej żywności, czyli pożywienia ubogich.

Nawet zresztą pożywienie sygnowane jako „bez konserwantów”, czyli dla bogatszych, zawiera różne świństwa. Oto majonez dekoracyjny, bez konserwantów, a jakże, w składzie ma E385 czyli sól wapniowo-disodową kwasu etylenodiaminotetraoctowego (EDTA), która „silnie wiąże substancje mineralne, może prowadzić do poważnych zaburzeń w przemianie materii. Odradza się spożywanie”. I mimo że odradza się je szczególnie dzieciom, w reklamie majonezu dzieci zajadają się nim, aż nieprzyzwoicie z siebie zadowolone.

Za pierwszej komuny można było życie przeżyć, bez świadomości, że istnieje jakiś urząd skarbowy i że płaci się jakieś podatki. Jako że wszelkie interesy, poza państwowymi, z natury rzeczy były podejrzane, żaden uczciwy człowiek się nimi nie zajmował. Bo i po co. Nawet gdyby zarobił ponadprzeciętnie, jak nasz rodzinny znajomy, prowadzący prywatną farbiarnię tkanin na swoim podwórku, niewiele mógłby z tymi pieniędzmi zrobić. Znajomy kupił sobie wartburga, i czasem nas nim przewoził, jednak wiele ponad to radości ze swych pieniędzy nie miał, a kłopotu co niemiara. Głównie właśnie ze skarbówką, o której rodzina moja, jeśli się dowiadywała, to tylko słuchając opowieści z dreszczykiem, snute przy sałatce jarzynowej z majonezem, bez wsadu dewizowego, bo robionego przez Mamę.

Ustroje przemijają, a skarbówka zostaje. Dziś zresztą ma o wiele większe aspiracje i chwyta w swe szpony cały naród, czy kto prowadzi biznes, czy tylko łapie to tu to tam umowy o dzieło. Urząd ten działa, jak zawsze, w oparciu o domniemanie winy. Zasady obowiązujące w tej dziwacznej enklawie można porównać do systemu, w którym każdy klient opuszczający hipermarket obowiązany byłby rozebrać się do naga, by udowodnić, że niczego nie wyniósł bez uiszczenia zapłaty (podatku). Czymże bowiem innym jest coroczne składanie “zeznań” o czymś, o czym skarb państwa i tak wie z innych źródeł, przez ludzi, przynajmniej formalnie, o nic nie podejrzanych? I czyhanie na ich lada pomyłkę… Skoro państwo ma na wszystko papier, niech będzie łaskawe samo obliczyć należność i grzecznie obywatelowi, czyli swemu suwerenowi, przedstawić wynik. Zresztą tak właśnie dzieje się w innych, cywilizowanych w przeciwieństwie do naszego, państwach.

Z polskiej 20-letniej pookrągłostołowej tradycji prawnej znam jeden tylko podobny przykład aberracji, jakim był wymóg składania oświadczeń, że się na nikogo nigdy do żadnych władz nie doniosło, mimo że, jeśli się doniosło, i tak były na to papiery. Tylko państwu się w nich nie chciało grzebać, bo miało alergię na kurz. Polacy donosili, donoszą i donosić będą, tworzenie więc jakiejkolwiek arbitralnej cezury czasowej, że dotąd kablować nie można a odtąd już tak, wprowadza spore zamieszanie i zbędny dyskomfort. Mało kto przecież pamięta, czy na sąsiada doniósł za tej czy za tamtej komuny, a obowiązku prowadzenia pamiętników dotychczas nie wprowadzono.

Oczywiście, jak to w Polsce czyli w kraju groteskowym, ukochanym przez wszystkich satyryków, na pomysł obowiązkowej samokrytyki skutkującej symbolicznym wprawdzie, ale publicznym, spaleniem delikwenta na stosie, wpadła partia, zarzucająca obecnie sprawującym władzę ciągoty prokomunistyczne. Zresztą koncept w narodzony w głowach członków partii narodowo-katolickiej uznać należy za jak najbardziej uzasadniony i naturalny – w końcu to katolicy przecież bez przerwy sami się oskarżają realizując sakrament spowiedzi, stąd zapewne niektóre ich charakteropatie. O niejakich tradycjach związanych z ciałopaleniem na stosach z wrodzonej łagodności charakteru nawet nie wspomnę…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.