Społeczeństwo

Lingua latina

 Nie pamiętam, by w mrocznym, jak chcą niektórzy, peerelu, jakiś spiecjalist ot cziełowieczieskich resursow odważył się dać ogłoszenie, że zatrudni rukowoditielia biura, i że wymaga się od aplikujących reziume we wiadomym obowiązującym języku. Dziś co i rusz widzę ogłoszenia, że poszukuje się office managera. Przy czym cv ma być po angielsku, żeby się jakiś polskojęzyczny chłystek nie podszył i nie zawracał panom managerom od Human Resurces głowy. A i wielu z nas, szczególnie młodszym ptaszkom w klatce, wydaje się, zapewne, że brzmi to lepiej niż siermiężny staropolski kierownik biura.

Oto pierwsze z brzegu ogłoszenia z portalu pracuj.pl, na kórym pracodawcy poszukują – w Polsce, co warto zaznaczyć: Human Resources Specialista (Specjalistę?), obowiązkowo z wielkich liter, iOs Developera, HR Partnera, Senior Service Line Analista (Analistę?), Fundraisera, Fast Track Management Programma (Programmera?), Windows System Engineera, Travel Agenta, Research Analista (Analistę?), Planning Specialista (Specialistę?), Electronics Designera… uff. Język angielski jest (w Polsce!) niemal wszędzie obowiązkowy, nawet gdy chodzi o trywialną pracę podawca, prastitie… salles managera, sorry… sprzedawcy.

W wielu wypadkach przyszły pracodawca życzy sobie, bez żadnych ceregieli i umizgów pod adresem Polaków, nawet application i cv w języku angielskim, czyli języku najnowszych władców świata, w tym i naszego kraju. Bo po cholerę jakieś pozory. Czy ktoś jeszcze pamięta, że cv (si-wi fonetycznie, jakżeby inaczej) to skrót od szlachetnego łacińskiego curriculum vitae (bieg życia)? Nikt zapewne, bo wtedy skrót wymawialiby ce-fau (u purystów łacinników brzmiałoby to ka-we), a więc po łacinie. Pal licho anglołacinę… nie mógł to życiorys pozostać życiorysem? Nie, bo by tego cudzoziemiec nie wymówił.

In villa opulenti viri Romani multi servi laborant. Cóż. Kto ma pieniądze, ten płaci, a kto płaci, ten wymaga. Cała Polska stała się oto willą bogatych cudzoziemskich mężów, w której pracuje – jeśli ma fart – ich służba, bo wcześniej im tę willę sprzedała za marne srebrniki. Kiedyś jednak polska służba nie musiała znać łaciny, by pracować u zamożniejszych od siebie. Dziś ochoczo i gorliwie, już od przedszkola, Polacy uczą się współczesnej łaciny, by potem móc ochoczo i gorliwie pracować na chwałę bogatszych i bardziej przebiegłych, którzy zwyciężyli niedawno w walce o rząd dusz, roztaczając przed nami wizję hipermarketowego hiperraju na ziemi. Zapomnieli tylko upredzić, że w owym raju to oni mają prawo do wszystkich jabłek bo oni ustalają prawa. Ponad dwa miliony polskiej służby już nawet nie udaje, że pracuje dla ojczyzny, utrzymując przy życiu swych ojców i dziadów. Dwa miliony polskiej służby wyszły bowiem z założenia, że po co czekać, aż jeden czy drugi władca przyjedzie na białym koniu i skinie na nich palcem w Polsce. Dwa miliony polskiej służby spakowały swe suitcase i wyjechały away. Służyć nowym panom w ich metropoliach i słuchać ich piosenek na miejscu.

Czy ja czasem nie rzucam się z motyką na słońce? Nie zawracam Wisły kijem? Świat zmierza dokąd ma kaprys, a podobni do mnie malkontenci, niczym Jonasze, prędzej czy później zostają wyrzuceni za burtę. Co mi więc szkodzi sącząca się zewsząd do naszych umysłów, bez żadnego już umiaru, angielszczyzna? Denerwuje mnie, bo nadal nie wszystko rozumiem, co śpiewają w radiu? Tego akurat rozumieć wcale nie warto. Podobnie jak nie warto rozumieć, o czym miauczy kot i z jakiego powodu wyje pies.

W moim ogólniaku pracowała, w charakterze woźnej (apparitor officer?), starsza pani, rodem z Francji. Nazywaliśmy ją panią Rene. Otóż niewiasta owa, mimo że od dziesięcioleci mieszkała w Polsce, dokąd przygnała ją nie wiedzieć jaka zawierucha, nie opanowała polszczyzny w stopniu umożliwiającym porozumiewanie się z nami. Ileż było z tego powodu śmiechu, ile żartów i dobrej zabawy. Niejeden wyszperał w słowniku jakiś idiotyczny, najczęściej nacechowany seksualnie, zwrot, i wypowiadał go potem do niej – po francusku, jak sądził – ze wszystkimi tymi ą i rrr, spodziewając się najgorszego, czyli zdzielenia szmatą. A pani Rene jedyne co umiała odpowiedzieć po polsku to „chlopak niedobri, powie direktorrr” i „ni ma buti do klasa”. A potem brała wiadro, szczotkę i odchodziła, mrucząc pod nosem frazy w cudownym, a na pewno nie gorszym od angielskiego, języku Voltaire’a, Racine’a i Edith Piaf.

Obawiam się właśnie, że wkrótce Polacy, we własnym kraju, na własne życzenie, znajdą się w sytuacji naszej poczciwej pani Rene. Bo przecież nie każdy ma talent do angielskiego, owej współczesnej lingua latina. A i różnorodność kulturowa świata, która jest przecież dziedzictwem ludzkości, jedną z niezbywalnych wartości ludzkiej cywilizacji – poprzez dominację jednego języka glajszachtuje się, czyli równa w dół. Sam łapię się na tym, że wszystko co nie angloamerykańskie – w filmie czy książce – wydaje mi się nieco dziwne, jeśli nie wręcz egzotyczne. Nawet to co polskie. To dzwonek alarmowy. Nigdy nie jest za późno na refleksję, a każda refleksja – szczególnie jeśli zacznie się od refluksu, którym coraz częściej reaguję na nadmiar angielszczyzny – pobudza szare komórki. Czego i Wam życzę.

Nemo

5 komentarzy

  1. Autor nie rozumie powagi sytuacji ekonomicznej w kraju. Polskie oddziały zachodnich firm po okresie wieloletniego szkolenia maja doskonale wykształcone załogi i próbują wejść na rynki zachodnie. Nasza stawka godzinowa tzw “chargeable rate” wynosi 4-krotnie mniej niż na Zachodzie tj około 100 zl zamiast 100 Euro. Bez języka angielskiego nie mamy szans na zdobycie kontraktów na zachodzie. Również słaba znajomość języka rosyjskiego i polityka naszego rządu ciągłego wojowania z Białorusią i Rosja jest poważną przeszkoda w nawiązywaniu kontaktów handlowych ze Wschodem. Moje ogłoszenia o pracy są zawsze 2-jezyczne. “Covering letter” w dwóch językach nie będący tłumaczeniem dostarcza doskonalej informacji o kandydatach.

    • Autor w tym tekście nie zajmuje się ekonomią (zarabianiem szmalu) lecz kulturą (czyli uprawą intelektualnych ugorów – a nuż coś wzejdzie?).

  2. Lekko nie jest. Oby nie doszło do sytuacji takiej, jaka zdarza się w Norwegii, gdzie dzieciaki lepiej porozumiewają siew angielskim, niż w swym ojczystym języku. Żyjemy w czasach zacierania się językowego. Nie dość, że zanikają rodzime dialekty i gwary czy slangi, to jeszcze polszczyzna ulega zanglicyzowaniu. Jednym z tego przejawów jest coraz powszechniejszy niestety niechlubny obyczaj nieodmieniania polskich nazwisk. Nie mówiąc już o całkowitym zaniku jakżesz pięknych rodzimych końcówek określających stan i płeć: Soplica, Soplicówna, Sopliczowianka, Soplicowa, Sopliczak itd…

  3. Dokładnie! Precz z okupacją obcego języka! Normalnej pracy nie można dostać jak się nie zna! Polska dla Polaków! Bierzmy przykład z Francji!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.