Ekonomia

Kwestia podwyższenia standardów organizacji i efektywności miejsca pracy

 Pomysł na banalne podwyższanie zarobków jest trudny do przeprowadzenia w realiach gospodarki rynkowej. O pensjach pracowników decydują pojedyncze użyteczności uzyskiwane przez poszczególnych pracodawców, dla których dochody pracowników są ich indywidualnymi kosztami wchodzącymi w ogólny skład kosztów działalności operacyjnej. Pracodawca traktuje koszty pracy jako składową kosztów ogólnych, może podwyższać lub redukować koszty pracy w zależności od ILOŚCI SPRZEDAŻY I WYDAJNOŚCI JEDNOSTKOWEJ. Na tym opiera się efektywność gospodarki wolnorynkowej, której gwarancją jest brak przymusu formalnego wchodzenia w stosunki pracownicze. Przedsiębiorcy i pracownicy sami dobrowolnie się dobierają, wedle dowolnych kluczy zgodnie z zasadą dobrowolności umów.

Państwo ingeruje w stosunki pracy narzucając ich formalny charakter poprzez prawo pracy oraz co się często zdarza, ale nie jest obligatoryjne – poprzez określenie wysokości płacy minimalnej za standardowy czas świadczenia pracy (wymiar czasu pracy). W ten sposób państwo chroni pracowników przed naturalną tendencją pracodawców do ograniczania kosztów pracy w ogólnej składowej kosztów. To oczywiście teoria, praktyka jest o wiele bardziej barwna. Generalnie system zakłada dążenie do równowagi pomiędzy stronami stosunku pracy, ale praktyka jest często trudna.

Państwo nie może w sposób banalny interweniować w stosunki pracy – od tak po prostu decydując się na podwyższenie progu płacy minimalnej, ponieważ naraża wówczas przedsiębiorców na wyższe koszty. Jeżeli nie rekompensuje tego wydajność pracy i ilość zamówień, to dochodzi do radykalnego wzrostu kosztów – tej samej ilości pracy. Przy ogólnie stabilnym poziomie przychodów z działalności operacyjnej przedsiębiorstwa – pozycja płace w wyniku podwyższenia płacy minimalnej – może drastycznie wzrosnąć. Przez to przedsiębiorstwo może wpaść w kłopoty – ograniczyć skalę produkcji i zatrudnienia do nowego poziomu, outsourcować swoją działalność operacyjną lub jej część za granicę lub poza przedsiębiorstwo – wykonać dowolną z nieskończonych możliwości ograniczenia kosztów zatrudnienia. Państwo może zatem żądać, żeby przedsiębiorcy płacili robotnikom więcej, ale nie może ich przymusić do zatrudniania konkretnej – zdefiniowanej ilości ludzi. To nie działa w gospodarce rynkowej, chyba że jest to gospodarka niemiecka w której pracodawcy, rząd i związki zawodowe reprezentujące pracowników dogadują się co do poziomu zatrudnienia, albo gospodarka rosyjska, gdzie prezydent Władimir Putin kulturalnie prosi oligarchę – właściciela mono-miasta zajmującego się określoną produkcją przeważnie w jednej fabryce zatrudniającej prawie wszystkich – do podpisania układu gwarancji zatrudnienia. U nas to nie działa, nie mamy ani kultury funkcjonowania państwa niemieckiego ani państwa rosyjskiego. U nas jest dziki kapitalizm, w którym państwo pozwala eksploatować ludzi tak głęboko, jak bardzo się da – likwidując przy tym związki zawodowe oraz uelastyczniając czas pracy pozwalając pracodawcy nie płacić za nadgodziny wykonane.

Ponieważ państwo czerpie korzyści z obu stron stosunku pracy, w jego interesie leży żeby takich stosunków było jak najwięcej, a ich treść była jak najkorzystniejsza dla stron. Większe zarobki pracowników oznaczają wyższe dochody podatkowe państwa z tytułu podatków bezpośrednich i większą siłę nabywczą ludności. Równolegle niższe dochody przedsiębiorców oznaczają mniejsze zdolności do inwestycji oraz krańcowo niższe podatki, chociaż w przypadku przedsiębiorców bardzo łatwo jest wykazać brak zysków rozliczając podatkowo koszty działalności.

Nie da się w sposób nie zaburzający systemu zmusić pracodawców do zwiększenia wypłat, tak jak i trudno jest zachęcić pracowników do wydajniejszej pracy. Można natomiast zmusić pracodawców do inwestowania w stanowiska pracy w celu podwyższenia standardów organizacji miejsca pracy, z możliwością eliminacji miejsc pracy w przypadku ich informatyzacji/mechanizacji (robotyzacji).

Poprzez odpowiednie przepisy można skłonić pracodawców – przedsiębiorców do inwestowania wszędzie gdzie się da w nowe technologie podnoszące jakość świadczonej pracy, szkolenie pracowników, bezpieczeństwo i higienę pracy oraz tak potrzebne licencje i patenty jak również same systemy zarządzające procesami operacyjnymi pod względem logistycznym – przynoszące olbrzymie oszczędności na etapie funkcjonowania ale oznaczające gigantyczne koszty i przeformatowanie całej organizacji. Kapitał inwestowany w rozwój działalności – zawsze się zwraca, można do tego skutecznie zachęcić możliwością odpisów podatkowych, preferencyjnych i gwarantowanych kredytów jak również w ostateczności zmianą przepisów np. ochrony środowiska, czy też BHP.

Jeżeli aktywność państwa poszłaby w tym kierunku, zwłaszcza profilując aktywność inwestycyjną przedsiębiorców w kierunku realizacji działań na rzecz wcielenia w życie strategii Europa 2020, to byłoby to nie tylko celowe i pożądane, ale mogłoby stanowić element istotnej dla państwa polityki gospodarczej. W tym kontekście priorytetem wszystkich działań w kraju mogłyby być działania ukierunkowane na wzroście efektywności energetycznej z opcją budowy sieci produkcji i dystrybucji energii rozproszonej. Na tym zyskaliby wszyscy, albowiem generalne koszty wytwórczości (aktywności gospodarczej) byłyby niższe, co w kontekście opłat za emisję gazów cieplarnianych jest koniecznością a nie wolnym wyborem.

Warto zwrócić uwagę, że po obniżeniu kosztów działalności – lub co bardziej prawdopodobne utrzymaniu ich na dotychczasowym poziomie ze względu na zrekompensowanie wzrostu cen energii – możliwe byłoby uzyskanie przez przedsiębiorstwa nadwyżki operacyjnej wynikającej np. ze wzrostu jednostkowej wydajności przy mniejszej energo/kapitało-chłonności. To może stworzyć szansę na wzrost płac – naturalny, bo wynikający ze wzrostu efektywności a nie dyktatu państwa!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.