Kraj bezustannej transformacji to kraj przeżuwaczy

Kraj bez własnego przemysłu po rewolucji przemysłowej i w epoce przechodzenia do gospodarki opartej na wiedzy to pozornie coś normalnego, jednakże niestety za brak własnego przemysłu płaci się straszną cenę w ostatecznym rozrachunku gospodarki.

Zdefiniujmy najpierw, czym jest współczesny przemysł? Wzorem najlepiej rozwiniętych państw zachodnich, za system przemysłowy należy uznać, co najmniej cztery komponenty: kreacyjno-projektowy, wykonawczo-wdrożeniowy, wytwórczy i surowcowy. Pierwsza składowa systemu przemysłowego odpowiada za kreowanie podaży stanowiącej odpowiedzi na postulaty popytowe rynku, to „proste” przełożenie badań naukowych na sferę odkrywczych badań stosowanych służących kreowaniu wynalazków, nowych rozwiązań technologicznych lub redefiniowanie istniejących. Druga składowa to komponent wykonawczo-wdrożeniowy, czyli opracowanie stosownej technologii, logistyki dostaw, opracowywania komponentów, składowych – w celu opracowania gotowych produktów zdolnych do masowego wdrożenia do produkcji. Komponent trzeci to składowa wytwórcza, to po prostu fabryka produkująca gotowe elementy na masową skalę bezpośrednio lub z półproduktów. Komponent czwarty – odpowiada za zaplecze surowcowe, umożliwiające masowa produkcję opracowanego, wdrożonego i przetestowanego wynalazku.

Jeżeli przyłożymy powyższy szablon prawidłowo funkcjonującego systemu przemysłowego do naszej krajowej gospodarki, ze zdziwieniem stwierdzimy, że mamy bardzo niewiele podmiotów a nawet gałęzi gospodarki odpowiadających za organizację wszystkich czterech komponentów składowych. Nowoczesna gospodarka wykształciła tak daleko idące procesy podziału produkcji, że nie wszystkie składowe systemu przemysłowego muszą być realizowane w jednym kraju. Wręcz przeciwnie, sama idea globalizacji i międzynarodowego podziału pracy zakłada czerpanie korzyści z dywersyfikacji lub nawet outsourcowania niektórych jego składowych. Struktura podziału wartości generowanej przez poszczególne komponenty systemu jest skonstruowana w ten sposób, żeby największą stopę zwrotu z zainwestowanego kapitału odnotowywał podmiot będący na samym początku procesu – już na etapie kreacji. W zależności od kosztów poszczególnych składowych systemu, mogą być one realizowane na miejscu lub gdzieś indziej, gdzie koszty będą niższe a poziom ryzyka adekwatny do uzyskiwanych zysków.

Istotą współczesnej gospodarki jest takie przetwarzanie dostępnych zasobów, żeby odnotowywać zysk przy zaspokajaniu potrzeb uczestników wszystkich procesów składających się na działanie systemu. Nie ma znaczenia, co się wytwarza, istotnym jest żeby znajdowało to zbyt nawet, jako drobna składowa o wiele szerszych procesów. W ten sposób realizowana jest większość produkcji dyslokowanej w naszej gospodarce przez zachodnich partnerów gospodarczych. Jesteśmy krajem podwykonawców, współproducentów, producentów komponentów itp. Nawet, jeżeli jesteśmy producentem produktów finalnych, to w znacznej mierze z udziałem liczących się komponentów z importu, stanowiących istotny element pod względem know-how w składowej wartości danego produktu. To wszystko jest realizowane przy braku jakichkolwiek narodowych marek – dostępnych na międzynarodowym rynku globalnym.

Teoretycznie wszystko jest w porządku, jesteśmy krajem członkowskim Unii Europejskiej, bliskim partnerem handlowym Republiki Federalnej Niemiec, doskonałym polem do dokonywania inwestycji, albowiem nasz system prawny zapewnia bezpieczeństwo zainwestowanego kapitału a stabilność państwa, jako całości gwarantuje ochronę własności. A to, że jesteśmy obecnie na początku procesów interakcji gospodarczych z gospodarką zachodnią to już zupełnie inna kwestia. Płacimy w ten sposób cenę, za 50 lat wolności gospodarczej PRL-u, kiedy to funkcjonowaliśmy poza globalnym systemem gospodarek rządzonych przez korporacyjny i spekulacyjny kapitał. Można postawić tezę, że powinniśmy się cieszyć nawet z tego, co u nas zlokalizowano, powierzając nam jakikolwiek udział w regionalnych i globalnych procesach gospodarczych. Przecież mogło skończyć się tak jak w innych zapleczach surowcowych i taniej siły roboczej, gdzie na końcówce sieci wytwórczej pozostaje płacone jedynie za czas robotników-niewolników.

Praktycznie rzeczywistość jest porażająco brutalna. Jeżeli popatrzymy na całość gospodarki, jako na system naczyń połączonych i na wynik ogólny systemu gospodarczego, jako całości, widać mizerię i dramat przyjętego modelu gospodarczego. Oczywiście przy założeniu że to, co mamy w kraju od 22 lat transformacji (która trwa nadal) to jakiś – jakikolwiek – przyjęty model gospodarczy, albowiem można mieć co do tego poważne wątpliwości. Jeżeli zatem zestawimy osiągnięcia minionych 20 lat z dokonaniami 20 lecia międzywojennego, kiedy to w kraju nie było praktycznie nic, a dodatkowo prowadziliśmy wojnę handlową z Rzeszą niemiecką, a z drugim wielkim sąsiadem ZSRR mieliśmy zamkniętą granicę (jak również w praktyce z Litwą i Czechosłowacją) – to budzą się pierwsze znaki zapytania. Albowiem wówczas, Polacy potrafili sami konstruować i produkować stosunkowo nowoczesne produkty i to w wielu dziedzinach gospodarki. Podobnie w tak znienawidzonym PRL-u, po pierwszych 20 latach istnienia gospodarki socjalistycznej mieliśmy generalnie odbudowany kraj – przypomnijmy sobie rok 1965 – produkowaliśmy myśliwce naddźwiękowe! Na licencji, ale zawsze! Kraj został podźwignięty z ruin wojny i scalony w znaczeniu aktywacji gospodarczej tzw. ziem odzyskanych z resztą kraju. To były wyzwania! To były problemy! To był proszę państwa rzeczywisty wysiłek całego społeczeństwa, które z mroków wojny i niewoli w chorej rzeczywistości gospodarczej, pomimo wszelkich przeciwności starało się funkcjonować. Jeżeli jeszcze do efektów funkcjonowania w tamtych okresach czasu dodamy koszty jakie jako społeczeństwo ponosiliśmy na utrzymanie armii (zarówno w II RP jak i PRL Wojsko Polskie było nieporównywalnie potężniejsze i dysponowało większym potencjałem niż dzisiaj), to powstaje pytanie czy dzisiaj jesteśmy tak totalnie nieudolni? Czy może coś się dzieje „po drodze” i w jakiś „magiczny” sposób znika nam znaczna część dochodu narodowego? Przecież dorobek naszych 22 lat ciągłej transformacji nijak nie można porównać do II RP, ciężko je zestawić z PRL. Chociażby w samej sferze produkcji wówczas wymyślaliśmy i produkowaliśmy, a dzisiaj jedynie przetwarzamy.

Wmawianie nam bajki przez różnych liberalnych guru, specjalistów od gospodarki, a w szczególności pewnego byłego premiera, – że musimy dokonać pełnej transformacji naszej gospodarki i ona musi trwać to kpina w żywe oczy z całego społeczeństwa. Jest oczywistym, że żyjemy w turbulentnej rzeczywistości i musimy się przygotować na to, że niestety transformacja będzie stale trwała, to jednakże należy gdzieś wyznaczyć jakieś granice tego procesu, albowiem sama potrzeba zmian nie może być motorem i jedynym uzasadnieniem ich dokonywania. Tego nie zrozumie i nie wytrzyma żadne społeczeństwo. To jak paradygmat rozwoju, bez rozwoju! Takie podejście czyni z nas kraj przeżuwaczy. Czas jedynie, żeby ktokolwiek ośmielił się zwrócić uwagę opinii publicznej na ten oczywisty fakt.

Na tym etapie jest jednak pewne niebezpieczeństwo niezrozumienia potrzeb społecznych przez establishment. Otóż, w wyniku wieloletniego ładowania do publicznej świadomości komunikatów o konieczności ponoszenia wyrzeczeń w okresie i na rzecz transformacji – prawdopodobnie nikt nie zrozumie, że punktem docelowym tego procesu nie będzie dobrobyt, wówczas osiągniemy dopiero moment startu, – czyli rozpoczniemy proces wzrostu i rozwoju cywilizacyjnego oznaczający w perspektywie bogactwo. Póki, co musimy się pogodzić z faktem, że nie jesteśmy krajem konstruktorów, producentów, wynalazców, projektantów, a głównie przeżuwaczy. Przeżuwamy to, co uda nam się kupić za nasze mikro dochody pozostałe po opodatkowaniu i opłaceniu kosztów stałych! Nie mamy szans na akumulacje, a nawet, jeżeli się ona uda to nie ma, kto zagospodarować zgromadzonego kapitału, albowiem nie istnieją połączenia pomiędzy światem nauki a światem przemysłu.

Dlatego skończmy z fikcją…

Jedna myśl na temat “Kraj bezustannej transformacji to kraj przeżuwaczy

  • 22 kwietnia 2012 o 20:18
    Permalink

    Niemcy w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii i Francji nie zlikwidowali swojego przemysłu maszynowego i jego OTOCZENIA.
    I teraz są górą.
    Ja to bym naszych EKOLOGÓW przepatrzył jak przyczyniali się do likwidacji naszego przemysłu i kto im za to zapłacił.
    Likwidacje ZAMECHU (TURBINY) i wielu innych pereł naszego przemysłu to zbrodnia. Brown Boveri ich kupił i co teraz?
    W Bumarze nie mogą zrealizować intratnego zamówienia na kilkaset WZT-72 dla Indii, bo przedtem ZRESTRUKTURYZOWALI ZAŁOGĘ i nikt już nie potrafi robić czołgów.
    Stocznia Szczecińska zanim padła, sprowadzała z Filipin spawaczy, bo u nas ich nie było, zwłaszcza do wykonywania instalacji LPG na gazowcach …
    I tak dalej.
    Dobrze że poruszył Pan ten temat.
    Takie są owoce 22 lat rządów ludzi niekompetentnych.
    Stać ich tylko na reformę “67”.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.