Religia i państwo

Kościół dominujący a neutralność polityczna?

 Na pasach niemieckich żołnierzy, przysięgających wierność Cesarzowi Wilhelmowi II i Kanclerzowi Rzeszy Adolfowi Hitlerowi widniał napis: „Gott mit uns”, to stara pruska dewiza zaczerpnięta z Biblii przez Prusaków, jako jedna z dewiz naczelnych ich państwa. Ten model „Boga z nami” lub wręcz przeciwnie – „nas z Bogiem” stał się powszechny w naszej polityce, albowiem w zasadzie wszystkie mainstreamowi partie prawicowe głównego nurtu – nie stronią od mniej lub bardziej wyrażanych związków z Kościołem dominującym, w wydaniu jego różnych nurtów i odcieni.

Wiadomym jest, że oficjalni przedstawiciele Kościoła dominującego to także obywatele naszego państwa (przeważnie) i jako tacy mają prawo nie tylko do posiadania własnych poglądów i przekonań politycznych, ale także mają prawo je wyrażać. Co więcej trzeba do jakiegoś stopnia zgodzić się okolicznością, że Kościół dominujący, jako instytucja odnosząca się w swoim nauczaniu do wychowania społeczeństwa wedle określonego zbioru wzorców – może wypowiadać się i zajmować stanowisko w sprawach politycznych, czyli angażować się po jakiejś stronie polityki – z tytułu realizacji swojej misji społecznej.

Kwestią wyczucia i wrażliwości jest to jak głęboko Kościół zamierza dokonywać ingerencji, albowiem zjednując jednych może zrazić innych. Co oznacza w praktyce prymat zasady pewnej neutralności politycznej Kościoła przy zachowaniu postaw światopoglądowo-etycznych, jako wynikających z doktryny i społecznej nauki Kościoła. Jednakże w konsekwencji powinno to oznaczać przynajmniej próbę powstrzymywania się hierarchów i oficjalnych przedstawicieli Kościoła od publicznego opowiadania się po jakiejkolwiek stronie sporu politycznego, w tym także powinni oni powstrzymywać się od jednoznacznego działania na rzecz reprezentantów polityki, gdyż wspierając osoby z politycznego świecznika siłą rzeczy określają się politycznie.

Jest zupełnie zrozumiałym, że środowisko polityczne, – jeżeli sobie tego życzy może prosić o wsparcie określonego przedstawiciela Kościoła dominującego, nie ma w tym nic złego, aczkolwiek oznacza dla danego środowiska pewne podkreślenie wyznawanych wartości. To już kwestia wyborów politycznych, jak również decyzji osobistych. Jednakże niezwykle trudno jest zrozumieć zachowania odwrotne, – kiedy to oficjalni przedstawiciele Kościoła dominującego lub nawet hierarchowie – zapraszają do siebie na swój teren polityków na gościnne występy. Zdarza się, że goszczony w danej parafii polityk – otrzymuje w trakcie odprawianych obrzędów religijnych jakąś rolę, a następnie po ich zakończeniu udostępnia mu się audytorium do wygłoszenia przemówienia.

To są dość częste sytuacje w środowiskach prawicowej-prawicy, której niektórzy parlamentarzyści wyspecjalizowali się w objeżdżaniu parafii – i wygłaszaniu tam wykładów, bądź pogadanek poruszających tematykę społeczną, polityczną – w każdym bądź razie publiczną. Zaznaczmy od razu – nie ma w tym nic złego, ani nic nagannego. To bardzo dobrze, że parlamentarzyści spotykają się z wyborcami – nawet poza swoimi okręgami wyborczymi, w Polsce mamy mandat wolny i każdy parlamentarzysta reprezentuje wszystkich wyborców, to znaczy każdy parlamentarzysta reprezentuje każdego obywatela. Niestety pewną konsternację budzi kwestia charakteru tego typu spotkań, gdyż, – jeżeli są one organizowane na terenie kościołów, to znaczy na terenie przynależnym do świątyń – nawet, jeżeli są to tzw. salki katechetyczne – to zawsze jest to jednak teren Kościoła, czyli odium organizacji danego wydarzenia i jego skutków spada na całą strukturę i Kościół, jako instytucję.

Skąd problem? Otóż powstaje, bowiem pytanie – czy decydując się na pogadanki z politykami – Kościół nie sprzeciwia się swojej misji? Przecież wierni przychodzący na takie spotkania poddawani są zawsze jakiejś formule indoktrynacji politycznej, już chociażby z samego faktu określonego logotypu politycznego reprezentowanego przez konkretną osobę. Jeżeli zatem za przyczyną Kościoła dochodzi do politycznego określania się ludzi na terenie Kościoła – czy o to chodzi w naszym pojmowaniu chrześcijaństwa a w konsekwencji społecznej misji Kościoła?

Poraża to, że mamy do czynienia z instytucją, w której kapłani mówią o Bogu i zbawieniu, polityk odczytuje słowa najświętszej księgi – a następnie umożliwia się mu spotkanie z wiernymi w celu dokonania prezentacji politycznej! To musi oburzać i ma prawo oburzać – zwłaszcza osoby wierzące, albowiem łączenie ze sobą w ramach jednego ciągu procesów – przekazywania dobrej nowiny i politycznej wizji świata jakiegoś polityka po prostu nie idzie w parze i iść nie może, ponieważ zachodzi tutaj pewna zupełna sprzeczność spraw duchowych ze świeckimi, z wielką szkodą dla tych pierwszych – po prostu zaśmiecanych odcieniami i oddziaływaniem ideologii w jakiejkolwiek postaci. Nie można tego nazwać inaczej niż niepotrzebnym zestawieniem spraw odrębnych!

Niestety ono dokonuje się stale – praktycznie, co niedziela w jakimś Kościele w Polsce – jakiś polityk ma pogadanki społeczno-polityczne. Czy tak ma wyglądać nasza wiara? Połączenie autorytetu księdza z kacykiem partyjnym? To chyba idealna symbioza z punktu widzenia sojuszu dwóch władz – jednakże jakże daleka od słów Jezusa – „Oddajcie, więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.” [Mt 22,21]. Czy można sobie wyobrazić bardziej jednoznaczne rozdzielenie tych kwestii?

Kościół współczesny mający do czynienia z ludźmi zdolnymi do samodzielnego myślenia i posiadającymi pełny dostęp do informacji – powinien o wiele bardziej stawiać na kształtowanie ludzi przez wzmożoną wrażliwość i duchowość, licząc na ich odpowiednie zachowania wg. wzorca – także polityczne, a nie nachalnie dopuszczać do indoktrynacji wiernych. To, co się dzieje w wielu polskich parafiach to wielki błąd Kościoła, albowiem to nie wyda trwałych owoców – w efekcie więcej ludzi się odwróci od Kościoła niż przybędzie mu wiernych.

One Comment

  1. Stach Głąbiński

    Jak zwykle, gdy nawet zgadzam się z całością, mam zastrzeżenie. Tym razem chodzi o zdanie: “Kościół … jako instytucja odnosząca się w swoim nauczaniu do wychowania społeczeństwa … może wypowiadać się i zajmować stanowisko w sprawach politycznych … z tytułu realizacji swojej misji społecznej.”
    Niesłuszne są w nim dwa stwierdzenia:
    1) Kościół jako instytucja może –
    2) w sprawach politycznych z tytułu realizacji swej misji.
    W 1-szym twierdzeniu wyrażono, że każda “instytucja” winna mieć w państwie równe prawa. Jest to słuszne jednak pod warunkiem, że równość między instytucjami jest zachowana pod względem zobowiązań wobec państwa i obywateli. Otóż Kościół, a ściśle mówiąc kler, nie dopełnia wymaganej od wszystkich “instytucji” jawności finansów, a także poddania rozstrzygnięciu sądowemu zastrzeżeń do zgodności działania z podanym do powszechnej wiadomości i zatwierdzonym statutem. Jak wiadomo, w większości wypadków biskupi sami, bez odwołania się do niezawisłego sądu, gdy ktoś zwątpi w uczciwość ich postępowania, publicznie orzekają swoją sprawiedliwość i głośno domagają się uznania tego wyroku za obowiązujący.
    Co zaś do “misji społecznej”: wg oficjalnie głoszonej tezy opiera się ona na ewangelii, w której nie ma ani słowa o potrzebie wpływania na władzę świecką, a pełno jest wątków nakazujących podległość tym władzom we wszystkim, co nie dotyczy bezpośredniej relacji człowieka z Bogiem.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

2 × 1 =