Religia i państwo

Kościół a wiara oparta na świadomości = trudności

 Dramat katolicyzmu wynika z jego znacznego zinstytucjonalizowania, w którym współczesny człowiek bardzo często nie potrafi odnaleźć dla siebie odpowiedniego i wedle jego percepcji – właściwego mu miejsca. Kiedyś w społeczeństwie wieków średnich, kiedy wykształcił się i ugruntował współcześnie znany nam model katolicyzmu obrzędowego – hierarchia zasiadania w ławach kościelnych podczas niedzielnej mszy była odzwierciedleniem porządku panującego w lokalnej społeczności, miejsca były wyznaczone, godziny liturgii znane, – jeżeli kogoś ze znaczniejszych nie było, jego miejsce pozostawało puste. Gawiedź masowo zapełniająca wielkie katedry widziała przed ołtarzem odwzorowanie całego porządku, który znała z dnia codziennego i który uważała za święty.

Dzisiaj jest o wiele inaczej. Sam fakt chodzenia do kościoła poza naprawdę już wyjątkowo małymi społecznościami nie ma żadnego znaczenia dla oceny postawy moralnej danej jednostki, co ciekawe przez znaczną część PRL-u były znane rodziny, gdzie żona z dziećmi chodziła do kościoła, a mąż, jako przedstawiciel np. reprezentującej światopogląd materialistyczny elity inżynierskiej zakładów pracy – nie. Obecnie bywa różnie, to, co obserwujemy, co niedzielę to raczej wynik potrzeby obrzędowości i uczestniczenia w obrzędach niż rzeczywista potrzeba uczestnictwa we wspólnocie stworzeń – razem pod przewodnictwem kapłana zwracających się do Boga! Zdecydowanie na wsiach i w małych społecznościach ten obyczaj – „chodzenia na msze” trwa i prawdopodobnie przetrwa, aczkolwiek także tam po kondycji moralnej społeczeństwa widać, że nie ma przełożenia 1: 1 pomiędzy częstotliwością uczestnictwa w obrzędach a np. poziomem zaufania społecznego, aczkolwiek te na wsiach i tak jest zdecydowanie wyższe niż w miastach, a zwłaszcza na blokowiskach.

Kościół bez względu na to jak potrzebną jest jego misja ewangelizacyjna w każdej wspólnocie, silnie zaniedbał swoje owieczki w naszym kraju, albowiem no nie da się tego ukryć, – ale odległość od ołtarza nie jest już dzisiaj problemem, wiele osób chodzi przecież do Kościoła nie dla księdza, ale dla kontaktu z osobowym Bogiem, mniejsza już z tym czy świadomie czy mechanicznie, – bo tak się przyjęło, tego nie sposób przecież zbadać. Faktem natomiast jest bezspornym, że gdyby zapytać ludzi wychodzących z mszy o jej przebieg o najważniejsze momenty – w znaczeniu liturgicznym i ich osobistego doświadczenia, dominująca większość uznałaby pytanie za obrazoburcze – gdyż coś takiego jak świadome przeżywanie kolejnych części liturgii przeważnie zamyka się na uważaniu, żeby nie uklęknąć zbyt wcześnie lub zbyt późno, albowiem wówczas widać uśmieszki u rówieśników lub wyrazy dezaprobaty u innych ze „wspólnoty”.

W zasadzie trudno jest udowodnić, chyba nawet sobie samemu, że się wierzy, jeżeli nie postępuje się zgodnie z przykazaniami Kościoła, do których zaliczamy m.in. uczestnictwo w coniedzielnej liturgii. Innym słowy, trudno jest się samookreślić, jako katolikowi komuś, kto nie chodzi na coniedzielną mszę, abstrahując już od tego faktu, – dlaczego tego nie czyni. Powody mogą być oczywiście różne, najgorszym jest chyba samoświadomość głębokiej wiary i przekonanie o braku potrzeby uczestniczenia w nudnej z zasady liturgii w pomieszczeniu wypełnionym przez hipokrytów, zazdrośników, wiarołomców, złodziei, osoby a moralne i inne typy tzw. bliźnich, którzy przychodzą, co tydzień wyspowiadać się, aby móc w pełnej nieświadomości od kolejnego dnia przystąpić do ponownego grzeszenia przeciwko Duchowi Świętemu w błogiej świadomości, że przecież ksiądz im te grzechy odpuści. Oczywiście nie chodzi się tam dla ludzi, no, ale tak jak nie da się śpiewać arii operowych stojąc w szambie, czy też cytując klasyka wymieszać z nim perfum, tak też nie da się być bliżej Boga w jaskini nienawidzących się zbójców, którzy głównie poprzez wiarę w moc obrzędowości, którą służy im, jako fundament uzasadniania swojej moralności – nie pozabijają się po prostu, na co często mają wzajemnie ochotę. Przy czym pamiętajmy o tym, że nie trzeba nienawidzić bliźniego, żeby nie było wspólnoty – wystarczy obojętność, a tej są pełne nasze Kościoły! I to po ostatnie najwyższe krokwie, oczywiście od samych piwnic. Niestety obojętność na bliźniego wyklucza wspólnotę, dlatego też człowiek myślący może to traktować, jako czynnik uzasadniający opcję samo wykluczenia z takiej w istocie nieistniejącej, czy też dysfunkcyjnej wspólnoty. Dobrze, jeżeli mieszka się przy tym w dużym mieście i to najlepiej na dużym osiedlu, albowiem w przypadku małych miejscowości lub wsi taka okoliczność nie ma racji bytu.

Tego typu postawy były, są i będą zwalczane przez Kościół prawie na równi z największymi herezjami (trzeba pamiętać, że dla inkwizycji w klasycznym wydaniu heretyk był większym złem niż innowierca), albowiem postawa wierzącego oparta na samoświadomości – usuwa Kościół, wraz z budynkami, które co najwyżej pełnią ważną funkcję architektoniczną, z całą strukturą, która co najwyżej jest ciekawym dopełnieniem intelektualnych dyskusji, (jeżeli potrafi) i całą otoczką, która w istocie ma zastępować wiarę, czy też poprzez ślepe posłuszeństwo i udział w obrzędowości poprzez zachowanie kanonów – prowadzić do zbawienia. Nie ma tolerancji dla tych, co nie uznają potrzeby pośrednictwa pomiędzy codziennością a wiecznością, albowiem taka postawa odsuwa Kościół. Z czego to wynika do końca nie wiadomo, z jednej strony na pewno z doświadczeń historycznych Kościoła, który znacząco przebudował się pod wpływem reformacji – pozwalając nieco wiernym nie tylko ślepo ufać i wierzyć, ale także myśleć, poznawać, doświadczać. Szczerze mówiąc Kościół nigdy nie wzbraniał wiernym dostępu do wiedzy, jaka jest w księgach – a w szczególności w jednej najważniejszej, ale faktycznie w niektórych epokach nieco mniej je eksponował. Dlatego też indywidualna droga do Boga poprzez budowę autentycznej wiary w oparciu o poznawanie jego stworzeń nigdy nie była zamknięta, można jedynie zarzucić instytucji, że nie była to droga promowana. Trudno, bowiem sobie wyobrazić, żeby Kościół przetrwał 2000 lat pozwalając na swobodną dyskusję o dogmatach, zadawanie pytań filozoficznych – dotykających samego sedna i istoty podmiotu wiary, czy też jeszcze groźniejsze rozpatrywanie sensowności instytucji wynikających z tradycji a nie bezpośrednio z nauki Jezusa Chrystusa. Taki Kościół prawdopodobnie by nie przetrwał, albo podzielił smutny los wspólnot „heretyckich”, z których niektóre coraz bardziej „się reformując” powoli zmieniają się w miejsca do słuchania chórów czy też grupy wsparcia dla mniejszości seksualnych, o ile już w ogóle nie parodiują świętości pozwalając na np. wyświęcanie kobiet. O wiele prościej było sprzedawać odpusty i budować za to piękne katedry, przynajmniej stoją do dzisiaj i o ile nie zamieni się ich w lokalne centra wspólnot muzułmańskich (śmiech historii), to stanowią wspaniały dowód na wielkość kościoła.

Jednakże czy to o to w jego misji chodzi żeby był wielki? Tu dochodzimy do sedna problemu! Albowiem bezwzględnie do działania potrzebuje środków materialnych, a przez to struktury i hierarchii, która jest w stanie sprawami doczesnymi odpowiednio zarządzać, jednakże od pewnego momentu zachodzi inercja i zatracenie prawdziwej misji, jaką ma daną przez swojego twórcę. Współcześni wierni nie rozumieją, dlaczego Kościół coś mówi – tak i tak, podczas gdy np. rozwód był koniecznością. Zachwianie kośćca i związku przyczynowo-skutkowego nie wynika z braku chodzenia do Kościoła, ale właśnie z braku wiary. Tej autentycznej, tej wewnętrznej, wynikającej z uznania się za stworzenie należące do ponadczasowego i niemożliwego do objęcia żadnymi pojęciami bytu, – który wcale nie jest czerwonym czy też żółtym czajniczkiem na jakiejś dalekiej od słońca orbicie, – ale prawdziwym osobowym Bogiem, który wszystko widzi i słyszy, a co więcej nawet wie, co się wydarzy zanim to się wydarzy i może w sposób dowolny wielokrotnie ciąg zdarzeń modyfikować. Tu jest właśnie dramat i kłopot – w skrócie można go uznać za zatracenie w automatyzmie obrzędowości. Często słyszy się żale wierzących, którzy narzekają, że modlą się o coś od dłuższego czasu a „ten Bóg” im tego nie zsyła. Co więcej ludzie zupełnie na poważnie potrafią to wywalić w konfesjonale niczym reklamację w supermarkecie – no jak to jest proszę księdza? Modlę się, chodzę do kościoła, dzieci przyprowadzam, jestem dobrą żoną, modle się rano i wieczorem, zmieniam baterię w plastikowej figurce Matki Bożej, żeby ładnie świeciła i włosami anielskimi ją przyozdabiam a „ten Bóg” nie słucha moich modlitw. Nie daje mi tego, o co proszę. I co ma na taką ekspiację odpowiedzieć kapłan? Może wytłumaczyć wierzącemu/-ej, że całe jego/jej dotychczasowe życie to trwanie w błędzie, w którym prawdopodobnie w ogóle nie wierzy w osobowego i wszechmogącego Boga, tylko w mikroprocesor, który przyjmuje modlitwy, odhacza ilość „zdrowasiek”, sprawdza w rekordach czy było się na mszy a następnie pozwala skreślić właściwe sześć cyferek w totolotka? Czy może wprost powinien powiedzieć takiemu wierzącemu czy wierzącej, że diabła sobie wzięła za Boga i się do niego modli? Czy też może powinien dla dobra Kościoła powiedzieć, że widocznie była, czy też był zbyta mało ofiarna, bo jakby częściej dawała – dawał na ofiarę i przebłaganie, to z pewnością modlitwa byłaby skuteczniejsza? Co jest za wiarą a co jest za instytucją? Jaki model drogi do Boga jest właściwy? Chyba nie warto tego badać, albowiem okaże się, że prawda jak zwykle leży po środku – jedni potrzebują odmawiać automatycznie „zdrowaśki” i „ojcze nasz” w odpowiedniej kolejności z prędkością karabinu maszynowego, a jeszcze inni potrzebują próbować zrozumieć tajemnicę Trójcy Świętej – dla wszystkich w Kościele powinno znaleźć się miejsce, albowiem jest tak olbrzymią arką, że przy odpowiedniej postawie kapitana – nie byłoby z tym problemu. Tu nie ma dyskusji, albowiem przykładowo, żeby poważnie dyskutować o Biblii wypada znać, co najmniej starożytną grekę i łacinę, a pasowałoby także aramejski i staro hebrajski – dopiero wówczas można silić się na interpretowanie czegokolwiek. Tą rolę właśnie zapewnia nam Kościół, albowiem ma w swoich szeregach ludzi posiadających takie umiejętności, jednakże nie ma, co nawet liczyć na to, że chociaż starogrecki powszechnie opanują dążący do zgłębiania wiedzy wierni. Stąd też, każda postawa – nawet krytyczna wobec Kościoła wymaga odpowiedniej dawki pokory, żeby nie zatracić istoty spraw, o których, na co dzień się nie ma pojęcia, a próbuje się wypowiadać sądy mogące mieć wpływ na rzeczywistość. Na każdym etapie podejścia do dialogu potrzeba przede wszystkim olbrzymiej dawki wiary i pokory, albowiem tylko to jest podstawą uczciwości. W przeciwnym wypadku – wystawiając się naprzeciwko księdza profesora teologii wyspecjalizowane np. w apologetyce zupełnie nie istniejemy i nawet nie wiemy, że nie wiemy, gdyż nie tylko nie mamy instrumentarium, ale nie jesteśmy w stanie nawet się zbliżyć do istoty omawianych przez tak wykształconą osobę zagadnień, jeżeli ta nie zastosuje odpowiedniej przekładni umożliwiającej nam po pierwsze rozumny odbiór komunikatów a po drugie właściwą percepcję. Taką właśnie rolę powinien pełnić Kościół, czym byłby nie do pobicia, jednakże z niewiadomych powodów tej drogi nie realizuje.

Niestety, jesteśmy w takich realiach, w jakich jesteśmy. Kościół jest wewnętrznie podzielony, a podział ten widać także w Kościele polskim. Jedność Konferencji Episkopatu chyba najbardziej przejawia się w luksusie aut, którymi poszczególni hierarchowie są dowożeni, gdyż sądząc po tolerowaniu „poziomek” będących w zasadzie jawną alternatywą dla głównego nurtu, z opcją zawłaszczania monopolu na „prawdę” włącznie – nie można uważać jej za zjednoczoną. To, co widzimy na zewnątrz i co ujawnia się w postaci komunikatów, najczęściej listów to wynik kompromisu, który we wszystkich ciałach rządzących się zasadą wymyśloną przez starożytnych greków polega na polityce. Ktoś ustąpił, ktoś dostał „coś za coś”, inne sprawy przesunięto w czasie i oto mamy efekt. Starsi panowie mogą wracać do swoich księstw w wielkich i wygodnych limuzynach, chyba to staje się w tej zabawie najważniejsze.

Ponieważ nie da się jednocześnie być katolikiem a zarazem kontestować jego fundamentalnych zasad prowadzących do ograniczenia roli hierarchii można szukać innej drogi do tego samego, albo, co jest o wiele częstsze – milczeć, wierząc w to, że jeżeli sam Pan mówił, że nie jedną ma owczarnię, to być może zlituje się nad niepokornym, który próbował miej lub bardziej skutecznie wesprzeć swoją wiarę budową świadomości.

W efekcie mamy nie tylko kościół toruński i kościół łagiewnicki, który chyba też już stał się toruńskim (mówią, że na starość ludzie robią się bardziej religijni), ale mamy agresywną mniejszość, która rezerwuje sobie prawo do monopolu na „prawdę” i rząd dusz w ogóle, traktując, jako wroga lub co najmniej, jako tkwiącego w błędzie, każdego, kto pozwoli sobie na nawet najmniejszy przejaw zapytania, – dlaczego? Rzeczy należy nazywać po imieniu. Nie ma dwóch Kościołów i nie może być. Tak też nie może być dwóch hierarchii. Nie może być przewagi odpustowej obrzędowości nad wiarą, nawet, jeżeli byśmy na tym odpuście włączyli wiadomo, jakie radio z tysiąca radioodbiorników i wiadomo, jaką telewizję z tysiąca odbiorników telewizyjnych! To, że ktoś nawołuje do modlitwy poprzez eter nie może świadczyć o większej mocy sprawczej jego modlitwy niż pokorne trwanie w milczeniu pod krzyżem w zakamarkach jakiegoś starego kościoła, na starym mieście dowolnego polskiego miasta! To musi być to samo! Ale niestety nie jest, gdyż ci od eteru rezerwują sobie monopol na „prawdę” i słuszność. Przyzwyczajenie do klepania „zdrowasiek” i troska o formalną obrzędowość prowadzi w konsekwencji – powiedzmy to wprost – do bezrefleksyjnego przyjmowania za słuszną narzucanej rzeczywistości, nawet bez szans na rozpoznanie czy „zrodzi ona dobre owoce”. Po prostu działa mechanizm „Klick wrr”, znany przez studentów pierwszego roku psychologii z książek prof. Cialdiniego! Leci „zdrowaśka” z eteru to „ją klepię”, bo myślę, że to słuszne i zbawienne! Koniec! I nie ma miejsca na pytanie, dlaczego? No a potem mamy bitwy o krzyż, rozkład wspólnoty hipokrytów przejawiający się rozdarciem narodu, jawną nienawiść „do brata” – podsycaną roszczeniami socjalnymi i wszystkim, co się po drodze nawinie. I żeby było naprawdę groźnie – w tak zreformowanej wspólnocie – albowiem to, co płynie z eteru w istocie jest reformacją Kościoła, ale idącą z wewnątrz) – nie ma miejsca, dla tych, którzy chcieliby po prostu wierzyć i się modlić. O nie, to za mało! Trzeba uczestniczyć w krucjacie! Minimum bierności to przynajmniej płacenie! Tu nie ma litości, liczy się skuteczność, wpływ, rozdźwięk, dotarcie do jak największej ilości dusz. A można zapytać gdzie pokora i ufność Panu?

One Comment

  1. Niesamowite!
    Krakauer musiał studiować teologię, albo jest byłym księdzem, pozbawionym prawa wykonywania zawodu z powodów znanych Jego Biskupowi …

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.