Paradygmat rozwoju

Konsekwencje przesunięcia centrum świata na daleki wschód

 Świat się zmienił bardziej niż znacznie od momentu, kiedy Polacy odeszli od Okrągłego Stołu budować swoją niepodległość, dostatek i dobrobyt. Udało się nam osiągnąć dwa najważniejsze geopolityczne cele, jakimi było związanie się formalnymi sojuszami ze strukturami zachodnimi. Jesteśmy członkami NATO, jesteśmy uczestnikiem Unii Europejskiej. Udało się, przesunęliśmy się mentalnie, społecznie, politycznie, gospodarczo na zachód. Co prawda stanowimy dalekie przedmieścia zachodniej cywilizacji, jednakże lepiej jest być wschodem zachodu niż zachodem wschodu – jak mieliśmy nieszczęście przez większą cześć okresu ostatnich 300 lat. Dlatego minione 22 lata należy uznać za sukces, albowiem dokonaliśmy redefinicji geopolitycznej, a nawet udało się zbudować, „jako taką” stabilizację i stosunkowo niezły dobrobyt. A że nie wszystko wyszło, że straciliśmy okazje, że można było lepiej – tak, zgadza się, ale naprawdę liczy się tylko „tu i teraz”. Bo tu i teraz się konsumuje i głosuje w wyborach, jeden błąd w sprawie reformy emerytalnej może zmieść Polskę w erę postsmoleńskiego ciemnogrodu.

Tak się niestety śmiesznie złożyło, że chyba znowu możemy mieć pecha. No tak się składa w historii, że wszędzie gdzie są jacyś Polacy wcześniej czy później musi być jakiś feler. No i niestety, 38 mln Polaków w Unii Europejskiej musiało wywrzeć swój mimowolny skutek. Dla każdego, kto bacznie obserwuje trendy w ciążeniu strategicznym na scenie globalnej, jasnym jest, że Unia Europejska wyczerpała swoją tymczasową formułę. Nie da się dłużej udawać, że istnieje coś, czego w istocie nie ma – wspólnota nie ma sensu, jeżeli nie ma jednego omnipotentnego ośrodka zarządzania. Zrozumieli to już nawet sami Europejczycy, dążąc do pogłębionej integracji, która się dzieje. Państwa zachodnie – zwłaszcza Niemcy i Francja nie popełniają dwa razy tych samych błędów – wszyscy przygotowują się do nowego rozdania kart i przydzielenia miejsc, musi jedynie opaść pył, jaki wzniesie się nad zbankrutowanym Akropolem.

Rządzący Europą mają pełną świadomość, że pozycja międzynarodowa Unii Europejskiej opiera się na sile Euro, które jest pierwszym realnym zagrożeniem dla dominacji gospodarczej USA od zakończenia II Wojny Światowej. Amerykanie boją się siły Euro prawdopodobnie bardziej niż sowieckich rakiet z okresu zimnej wojny. Dlatego też, od powodzenia tego przedsięwzięcia zależy nie tylko prestiż, ale realne możliwości oddziaływania Europy na Świat – globalnie, bez jednego wystrzału. Wiedzą to Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie, Japończycy, Arabowie – wszyscy, którzy się liczą. Dolar trzyma się dzięki wymienialności na ropę naftową w portach Zatoki Perskiej, nie ma czegoś takiego jak waluta niezastępowalna – no chyba, że złota. To nie podlega dyskusji. Siłą Euro jest potęga eksportu Europejskiej gospodarki, bo w przeciwieństwie do USA, Europa nie jest tak bardzo oderwana od produkcji. Mamy szereg wyrobów, które w zasadzie każdy chce od nas kupić i nie ma problemu z ich zbytem. Stany Zjednoczone eksportują głównie kapitał (w odsetkach), zaawansowane technologie, wyspecjalizowane usługi, kulturę i broń. Czy ktoś z państwa widział jakiś amerykański produkt w supermarkecie? W przeciwieństwie do produktów chińskich. Unia nie pozwoli na upadek wielkiej idei, jaką jest Euro głównie, dlatego ponieważ to się wszystkim opłaca i realnie musi wymusić integrację. Musimy pamiętać, że przyjęcie Euro – nawet za cenę federalizacji i utraty podmiotowości międzynarodowej poszczególnych państw, to żadna cena w zamian za pełne sklepy, pracę i stabilizację ekonomiczną całego pokolenia ludzi od Lizbony po Helsinki! Odwrót od tej idei będzie oznaczał chaos i okresowe osłabienie całego potencjału, po jakimś czasie pojawi się Euro 2, ale odszczepieńcy nie będą mieli do niego wstępu.

Następne kilkadziesiąt lat, jeżeli nie uda nam się uzyskać jakiegoś spektakularnego elementu przewagi komparatywnej – będzie należało do dalekiego wschodu. Tamtejsze gospodarki staną się tak potężne, że na pewnym etapie zaczną traktować gospodarki starego świata, jako dodatki do własnej potęgi. Polski rynek w skali rynku chińskiego nie istnieje, Unijny wręcz przeciwnie – ma się jak 1:2! Z czasem nastąpi zrównanie potencjałów ekonomicznych w przeliczeniu PKB na głowę. Chińczycy i inni Azjaci będą zarabiać więcej i lepiej, podobnie obywatele innych krajów rozwijających się. Będzie to oznaczać silniejszą konkurencję o środki produkcji, surowce, kapitał i prawo do konsumpcji. Jedynie innowacyjność i wzrost efektywności może zagwarantować nam utrzymanie poziomu życia. Tylko wspólnym wysiłkiem mamy szanse grać w pierwszej lidze, bo Amerykanie sobie sami doskonale poradzą. Rola Europy jest nadal niewiadomą, aczkolwiek dużą szansą jest dla nas przyciągnięcie Turcji i innych państw muzułmańskich z bezpośredniego otoczenia. Być może integracja gospodarcza regionu pomogłaby utrzymać pokój i włączyć także Izrael do unijnych struktur gospodarczych? Równolegle szansą jest Rosja, której zagłaskać się nie da i która będzie w znacznej mierze grała własną grę, – ale wcześniej czy później będzie skazana na konfrontację z Chińską potęgą. Jeżeli nie chce zostać wówczas sama, musi z nami obecnie współpracować, a to oznacza niewyczerpalne źródło surowców wszelkiego rodzaju, jakie tylko istnieją na tablicy Mendelejewa i nieskończenie chłonny rynek. Połączenie tych potencjałów oznacza, że Europa ma możliwość realnej dominacji w globalnej gospodarce nawet, jeżeli Amerykanie będą mieli przewagę technologiczną a Azjaci przewagę kosztów wytwarzania. Europejska technologia, rosyjskie surowce i arabska ropa oraz rynki tych trzech podsystemów gospodarczych, oznaczają nieskończone możliwości rozwoju wszystkich potencjałów, które posiadamy – bez konieczności realnego konkurowania z Amerykanami i Azjatami, jeżeli tylko uda się politycznie zapewnić supremację. Oczywiście do tego potrzeba projektów w rodzaju kolej Berlin – Bagdad, a nie bombardowania libijskiej pustyni.

Prawdopodobnie już za 10 lat, eksport na daleki wschód będzie trudnością – albowiem na tamtych rynkach będzie wszystko, co potrzeba przeciętnemu konsumentowi, a ewentualne produkty opatrzone rentą technologiczną zostaną obłożone wysokimi cłami lub barierami administracyjnymi. Ten los już dzisiaj spotkał sztandarowy produkt Apple, któremu Chińczycy przeciwstawili własne patenty. Co to oznacza? Azjaci znają wartość pieniądza, nie pozwolą łatwo sprzedać skóry, dla nich liczy się tylko dominacja!

Wystarczającym dowodem na celowość takiej polityki Pekinu jest dumping całej gospodarki, poprzez mieszanie z błotem własnej waluty, to perfidna i niesłychanie konsekwentna strategia gospodarcza Chin, na którą zachód dał się doskonale nabrać. Generalnie wszystkie towary importowane z Chin powinny być obłożone cłem w wysokości 100 lub 200% jeżeli uwzględnimy koszty środowiskowe, które Pekin ma w totalnym niepoważaniu. Co to by oznaczało dla światowego handlu? Oczywiście natychmiastową reakcję Pekinu, wprowadzającego takie same restrykcje względem towarów importowanych. Kto by na tym zyskał? To zależy od determinacji stron ich sił i możliwości. Wojny handlowe zawsze oznaczają stratę dla wszystkich, ale obecnie ta wojna już trwa – Pekin stale zaniża kurs własnej waluty, dodatkowo stosuje administracyjne ograniczenia w dostępie do własnego rynku! Nie mówiąc już o udzielaniu zamówień publicznych! Wprowadzenie cła na chińskie produktu, miałoby tylko wówczas sens, jeżeli wprowadziliby je razem USA, Rosja i Unia Europejska. Feedback ekonomiczny spowodowałby spadek zamówień na chińskie produkty i wywołał drastyczny spadek popytu na produkty, w gospodarce uzależnionej od eksportu. Pamiętajmy o tym, że z eksportu żyje znaczna część chińczyków. Brak dochodu będzie oznaczał konieczność wprowadzenia zmian, w tym w jakimś stopniu politycznych. Nie da się poskromić chińskiego smoka, ale można mu pokazać, kto decyduje. A jeżeli Chińczycy przestaliby kupować amerykański dług, to nic nie szkodzi, albowiem amerykanie mają doskonale sprawdzone mennice, potrafiące generować dowolne ilości zielonych papierków. W każdym bądź razie sam mechanizm wymiany handlowej, w której kupujemy od Azjatów olbrzymie ilości produktów średniej i niskiej, jakości w zamian za obligacje jest równie głupi jak próba płacenia w sklepie liśćmi zerwanymi z drzewa. Nawet, jeżeli sprzedawca nam uwierzy, to wcześniej czy później spróbuje coś kupić za nasze liście. A co wtedy? Oddamy mu dom? Czy może wyciągniemy pistolet? Zwłaszcza, jeżeli mamy nie jeden i to najlepszy na świecie… W każdym bądź razie, na nie agresywną strategię względem Chin w przypadku kontynuowania obecnych trendów przez okres kolejnych 10 lat będzie za późno. Za 10 lat, to Chińczycy będą decydowali, kogo i na jakich warunkach wpuszczają na własny rynek, umożliwiając mu zarazem płacenie za produkty, bez których nie może funkcjonować – a dostępne tylko na chińskim rynku. Wiem, że to trudno zrozumieć, ale bogactwo stopniowo odpływa na daleki wschód. Już to można zaobserwować na podstawie zbytu produktów najdroższych przeznaczonych dla elit, azjatycki rynek produktów luksusowych rośnie szybciej niż arabski!

Przy założeniu, że udałoby się nam skutecznie zaszantażować Chiny bez konsekwencji, zyskalibyśmy szansę rozwoju rodzimego przemysłu – prawdziwej reindustrializacji Europy (i tych systemów, które by się na to równolegle zdecydowały). W efekcie podniesiona zostałaby stopa wzrostu gospodarczego, część produkcji ponownie zapełniłaby miasta i miasteczka średnio zamożnej i ubogiej części Europy. Na tym prawdopodobnie najbardziej zyskałaby Polska, jako kraj masowej produkcji wyrobów średniej jakości, nie wymagających znacznego wkładu technologicznego. W dłuższej perspektywie, Chińczycy musieliby zrezygnować z części produkcji, w istocie otwierając swój rynek na import – na bardziej partnerskich zasadach. Różnie szacują ekonomiści, ale niedowartościowanie Yuana na poziomie około 20% wymusza stagnację w Europie i USA, ponieważ znaczna część naszych gospodarek nie jest jeszcze dostosowana do „opierania się na wiedzy” i dla wielu ludzi po prostu brakuje pracy – a mogliby oni zajmować się produkcją prostszą. Chyba najlepszym przykładem jest przemysł stoczniowy, który w USA jest w zaniku, a w Europie utrzymują się jedynie produkcje specjalistyczne. Niestety cena ludzkiej pracy ma drugie oblicze, jest nim siła nabywcza społeczeństwa. Nie można o tym zapominać, dlatego czasami opłaca się lekki lub nawet istotny protekcjonizm. Zwłaszcza, jeżeli kontrahent nie gra czysto.

Wyobraźmy sobie inną sytuację, w której Unia Europejska decyduje się na deprecjację swojej waluty względem Dolara i Yuana o np. 30% W efekcie siła nabywcza Europejczyków maleje, mogą kupować zdecydowanie mniej chińskich produktów, amerykańskiej broni, kina z amerykańskimi filmami świecą pustkami. Równolegle kupujemy mniej surowców, albowiem nasz potencjał konsumpcyjny uległ samoograniczeniu. Poziom życia ulega znacznemu ograniczeniu, cofamy się gospodarczo o 10 lat, a przynajmniej strefa Euro – Polska o 15, albowiem ludność eurozony kupuje mniej polskich produktów i podzespołów. Jednakże na rynkach globalnych nasze produkty stają się dostępne dla znacznie większej ilości odbiorców. Ulice azjatyckich i arabskich miast zdobią reklamy Mercedesów i BMW w cenie VW! A Skoda, samochód doskonałej, jakości kosztuje dla chińczyków na poziomie ich produktów. Co to oznacza? Nasz eksport rośnie, rosną zamówienia, Niemcy odnotowują 10% wzrost PKB rocznie, podobnie ściśle kooperujące z nimi kraje. Jednakże nikt nie jest zadowolony pamiętając swój wcześniejszy dobrobyt, bogaci Szwajcarzy i Norwegowie są powszechnie znienawidzeni… Na taki scenariusz nikt się nie zdecyduje, albowiem nie ma jak wytłumaczyć ludziom, dlaczego tak drastycznie spadła ich siła nabywcza. A jeżeli ta siła nabywcza, poprzez deprecjację waluty potrwa 10 lat? Wówczas będziemy mieli do czynienia z ułożeniem nowych stosunków gospodarczych i wszyscy będą chcąc nie chcąc zadowoleni z tego, co mają. Wiele nie potrzeba, wystarczy dodrukować więcej pieniędzy na pokrycie zadłużenia południowców, które następnie odłożą się w podwyższonych cenach spekulacyjnych surowców, ziemi i żywności, – czyli tego, co jest niezbędne do życia. Raz uwolniony demon inflacji bardzo trudno jest przezwyciężyć.

Chińczycy nie są naiwni i dobrze widzą, co się dzieje. Rząd już tylko z nazwy komunistyczny ma pełną świadomość, że dotychczasowego modelu rozwoju nie da się bez końca utrzymać. W pewnym momencie stopniowo władze w Pekinie będą musiały pozwolić na realne bogacenie się ludności. A to oznacza więcej wolności, na co jest im niesłychanie ciężko się zgodzić. Jak do tej pory, chiński konfucjański komunizm powstrzymał pochód zachodniej – amerykańskiej demokracji. Bez swojego soft power zachód przegrywa konfrontację ekonomiczną, ponieważ nie ma szans z systemem centralnie sterowanym dzięki tabelom przygotowywanym w arkuszach kalkulacyjnych, przy kapitalistycznych metodach rozliczania (nie pracujesz = nie jesz).

Zastanówmy się już dzisiaj, co będziemy mogli sprzedać chińczykom za 10 lat, żeby kupić od Arabów ropę, Rosjan rudę, a u samych chińczyków masową drobnicę (np. elektronikę). Kłopot Europy polega na tym, że jeżeli wejdzie ona na ścieżkę supremacji technologicznej w kooperacji z USA, – bo inaczej już się nie da – to z czasem, staniemy się kontynentem czekającym na bogatych azjatyckich i arabskich turystów. Pełnym podstarzałych ludzi, pałających się kelnerowaniem…

Gospodarka to ciągła walka o dominację, trzeba też pamiętać, bez względu na to jak by to nie brzmiało złowróżbnie, ale czasami jedyną metodą na przywrócenie równowagi jest wojna. Otwarty konflikt zwłaszcza, jeżeli ma się przewagę. W 1990 roku, prawdopodobnie nikt nie spodziewał się, że w konsekwencji upadku ZSRR i rozbrojeniem bloku wschodniego, cała półkula północna straci na znaczeniu. Przecież nie doszłoby do rozwoju handlu i przeniesienia produkcji, jeżeli zachód miałby presję rosyjskich dywizji pancernych i rakiet wycelowanych w swoje miasta. A kraje trzeciego świata, w tym Chiny, co najwyżej mogły się ubiegać o zakupy broni z jednego lub drugiego obozu w imię mniej lub bardziej wymuszanych sojuszy. Wówczas, nikomu nie przyszło do głowy, że całe Chiny mogą powielić sukces gospodarczy Hong Kongu i Tajwanu! Jeżeli dodamy do tego, że początki masowej wymiany handlowej Chin i Europy przebiegały pod groźbą użycia Europejskiej siły widać, jaką daleką drogę przeszliśmy. Jeszcze w 1912 roku, państwa europejskie w tym Rosja, miały w zasadzie pełnie władzy nad Chinami. Minęło jedynie 100 lat!

Jeżeli nie uda się nam znaleźć sposobu na rozwój antycypujący chińską przewagę ilościową i wszystko, co ona implikuje, to wcześniej czy później dojdzie do wojny, jednakże nie na naszych warunkach, – ale narzuconych przez chińczyków.

Wniosek dla nas Polaków jest jeden, musimy zrobić wszystko dla powstania jednolitej władzy Unijnej, a w konsekwencji federacji europejskiej. W kontekście samych Chin, w perspektywie długookresowej nie liczymy się, bez względu na to jak bardzo byśmy się napinali.

One Comment

  1. Troche demoniczne widzenie Chin i nie do konca przekladajace sie na rzeczywistowsc. Wedlug mnie Europa ma zupelnie inny interes w stosunku do Chin, niz Ameryka. Niestety Polskie elity zapatrzone sa w Ameryke jak nastolatka w Michaela Jacksona i nie dostrzegaja wielu retuszy i operacji plastycznych u idola.
    Chinska szanse nalezy w Polsce wykorzystac, aczkolwiek swiadomie, a nie na takiej zasadzie jak ostatnie 20 kilka lat wspolpracy z zachodem.
    Dla Ameryki Chiny sa zagrozeniem, glownie chodzi o status dolara jako waluty rezerwowej – taki nowoczesny sposob wasalizacji nieogarnietych krajow. Co jakis czas podpisywane sa dwustronne umowy o wymianie handlowej w juanach, wiec raczej nie mozna powiedziec ze juan nie jest nic wart, bo dlaczego wszyscy chca go miec? To ze nastepuje przekierowanie gospodarki Panstwa Srodka na rynek wewnetrzny mozna zaobserwowac od poczatku roku, co zreszta zgodne jest z kolejnym planem piecioletnim KPCH. Tyle, ze to kraj o populacji 1.2 mld ludzi, wiec doswiadczenie w zarzadzaniu takim molochem maja jeszcze Indie, a idzie im duzo gorzej. Aprecjacje juana dopuszczono w ograniczonym zakresie i co sie stalo, zyskala na tym na przyklad Brazylia (poprawiajac bilans handlowy), a deficyt w Ameryce jak byl tak i jest. Wynika to przede wszystkim z tego, ze tak jak Pan napisal Ameryka nic uzytecznego od dawna juz nie produkuje (i jest to ich problem), a ciezko sie utrzymac tylko z produkcji Hollywood. Udzial Ameryki w swiatowym handlu sukcesywnie spada, wiec tak naprawde jest niekonkurencyjna wobec wielu gospodarek, nie tylko chinskiej (takze wobec europejskiej). To ze chetnie wielki brat poszedlby znowu na wojne jest jasne, bo jest to sprawdzony sposob na wyciaganie Ameryki z zapasci gospodarczej.
    UE z Chinami chce handlowac jeszcze wiecej, Polsce moze sie to oplacic, a pouczanie o prawach czlowieka i tak dalej zostawmy wielkim, bo na to jestesmy za biedni, a przede wszystkim za mali.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.