Ekonomia

Koniunktura czy nie, zawsze tutaj jest źle lub gorzej

 Polska to zadziwiający fenomen, w okresie podobno najlepszej od wielu dziesiątek lat koniunktury wyjechało z kraju 2 mln obywateli a kilka milionów się nie narodziło, ponieważ ich rodziców nie stać na założenie rodziny i jej utrzymanie. Obecnie podobno mamy spowolnienie gospodarcze lub nawet już kryzys, dla większości społeczeństwa jest to nie odczuwalne, ponieważ nie widzą żadnej różnicy pomiędzy koniunkturą w gospodarce lub jej brakiem. Nie można się temu dziwić, ponieważ jeżeli żyje się za 700 zł świadczeń socjalnych miesięcznie to, czego można oczekiwać? Co można nawojować? Kupuje się z zasady te same produkty w tych samych miejscach – od dawna uznawanych za najtańsze i jakoś próbuje się przetrwać.

Czy w realiach tak mizernej egzystencji w ogóle można mówić o odczuwaniu koniunktury? Może jak premier Tusk zarządził indeksację kwotową świadczeń, to nieco się poprawiło. Oczywiście tylko pozornie, ponieważ podwyżka podatku VAT o 1% pożarła nie tylko jakikolwiek nawet relatywny wzrost świadczeń. Tutaj zawsze jest źle lub gorzej – nie odczuwa się koniunktury, zwłaszcza jeżeli pracuje się w branżach uzależnionych od kondycji systemu finansów publicznych.

Nie mamy mechanizmów gwarantujących jakikolwiek udział osób biednych i wykluczonych w gospodarczym cudzie. Państwo wszystko, co robi to symbolicznie indeksuje świadczenia, równolegle takie zagadnienia jak przesunięcie progu kwoty wolnej od podatku, czy też zmiana samych progów podatkowych, nie mówiąc już nawet o takich ekstrawagancjach jak przesunięcie ciężarów podatkowych z podatków osobistych najuboższych i podatków pośrednich, też głównie płaconych przez najuboższych na dochody majątkowe – właścicieli kapitałów i wszelkiego rodzaju własności – jest poza zainteresowaniami naszych decydentów. Chodzi o to, że to biedni muszą finansować ten system i płacić za funkcjonowanie całości, jako systemu, nie liczą się przy tym dramaty jednostek, w zasadzie nie liczą się także dramaty całych wykluczonych osiedli lub mono-miasteczek. O ludności wiejskiej w ogóle nikt nie mówi, oskarżając ją o pasożytowanie na systemie, podczas gdy pobierane przez nich świadczenia należą do najniższych w systemie i nie mówi się nic o tym, żeby miały wzrosnąć. Pamiętajmy o tym, że rolnikom nikt żadnych prywatnych emerytur nie oferował, są poza systemem podobnie jak zawody specjalne. W efekcie takiego traktowania mamy cały szereg subsystemów – dla specyficznych grup zawodowych powodujących, że bieda lub biedniej – to synonimy stanów, w jakich żyją całe pokolenia Polaków.

Na sukcesie gospodarczym obecnej transformacji najbardziej skorzystała zagranica, następnie elita w kraju, w tym w szczególności ci, którzy się dorobili własności zdolnej do generowania renty odsetkowej. Klasa średnia, w rozumieniu tych, co obsługują elitę i jej interesy, w tym pośrednio poprzez aparat państwowy – wyszła na tym średnio, najczęściej ma mieszkanie, może dom, może dwa samochody na raty. Natomiast cała reszta, w tym w szczególności ludzie utrzymujący się z pracy własnych rąk, tj. ze świadczenia pracy – po prostu przetrwali, być może kupując na raty jakiś telewizor, ewentualnie robiąc remont łazienki. Nic poza tym, właśnie taką skalą mierzone są korzyści Polaków z życia w Polsce w okresie koniunktury.

Nie ma czegoś takiego jak model średni gospodarstwa domowego w Polsce, w którym rodzina rozumiana w sposób społeczno-ekonomiczny gospodaruje – stopniowo bogacąc się i zapewniając rozwój ilościowy (prokreacja) oraz jakościowy (wykształcenie) kolejnych pokoleń. Rodzina dzisiaj dla Polaków stała się synonimem luksusu lub ekstrawagancji, na którą można sobie pozwolić, co najwyżej z przymusu, zwyczaju lub najczęściej z konieczności.

Niestety 23 lata transformacji były złe dla Polski i Polaków, dobre dla części z nich i niektórych miejsc w naszym kraju oraz doskonałe dla nielicznych oraz zagranicy. Generalny bilans tego okresu na pewno musi być gorszy niż bilans dramatycznie przerwanego i realizowanego w realiach – mimo wszystko dyktatury – XX-to lecia międzywojennego. Wówczas Polska pomimo wrogości praktycznie ze wszystkimi sąsiadami, wojną handlową z najważniejszymi i przy totalnej biedzie i nędzy – była zdolna przynajmniej do osiągania zaprogramowanych celów rozwoju. Dzisiaj? Dzisiaj liczy się tylko „tu i teraz” – cytując pana premiera – niestety obecnego i chyba najbardziej wyobcowanego ze społeczeństwa od czasów nieudacznika Jerzego Buzka.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.