Ekonomia

Kołacze bez pracy

Sobota – czyli pierwszy dzień bez pracy

Przez 20 lat 100 tysięcy ludzi budowało jedną piramidę w Egipcie. Podobno za pomocą systemu ramp wciągali coraz wyżej i układali z milimetrową precyzją kamienne blogi (literówka zamierzona, bo czasem czuję, że mój wysiłek jest równie sensowny) o wadze 70 ton. Byli więc raczej genialnymi budowniczymi ramp, jak zauważyli Algund Eenboom, Peter Belting i Peter Fiebag, a nie piramid… Cokolwiek budowali, niebotycznie rósł zapewne pkb Egiptu, a jego gospodarka miała się dobrze. Kto by tam zwracał uwagę na pukające się w czoło jednostki.

 Pewnie zwariowali, myślimy dziś, sami uczestnicząc w wysiłku, który – w przeciwieństwie do egipskiego – nie tylko nie ma sensu, ale nie ma nawet kresu. Pracujemy już od szóstego do niemal 70. roku życia. I podobno ciągle zbyt krótko, co jakoby jest efektem starzenia się społeczeństw. Żyjemy coraz dłużej, coraz dłużej pracujmy – nauczają ekonomiści, kasując spore honoraria za każdą udzieloną ex cathedra czyli z telewizora naukę i odkładając je przezornie na własną starość. Ale, proszę ekonomistów, co 7 miliardów ludzi – także starców, kobiet i dzieci – może sensownie wytwarzać i przetwarzać, nie podcinając jednocześnie gałęzi, na której siedzą? Dla kogo i po co? By przyspieszała gospodarka, mówią nam. Czy współczesna gospodarka, polegająca już raczej na kopaniu przez jednych dołów, które drudzy zasypują, ma więcej sensu przyspieszając niż zwalniając? A może jest sensowniejsza niż ów dwudziestoletni wysiłek 100 tysięcy Egipcjan, budujących rampy donikąd? Na pewnym poziomie rozumowania nie warto nawet wspominać, że większość pracujących ze swej pensji nigdy nie będzie w stanie odłożyć na starość znaczącego kapitału, bo pracodawcy dawno już obliczyli, ile muszą zapłacić, by siła robocza przeżyła i następnego dnia wróciła do pracy. Odkładanie nie jest w tych rachunkach brane pod uwagę. Nie, pracodawcy z własnej woli nie zapłacą ani grosza więcej, proszę ekonomistów.

Kiedyś, w innym systemie, naiwnie rozumowano, że postęp techniczny spowoduje, że ludzkiej pracy trzeba będzie coraz mniej, a uwolnione jednostki zajmą się kulturą, sztuką, rozwojem swych osobowości… System upadł, postęp techniczny się dokonuje, pracy ludzkiej potrzeba coraz mniej, jednak nikt nie wymyślił, jak utrzymywać przy życiu i zdrowiu niepracujących, ci zaś w swej masie kompletnie nie wykazują zainteresowania ani kulturą, ani sztuką, bo starają się przeżyć za upokarzającą jałmużnę. Może wcale tylu pracujących nie trzeba, może wystarczyłoby inaczej dzielić dochód? System ekonomiczny premiujący ciągły wzrost wyłącznie po to, by ludzie coraz dłużej pracowali, produkując nadmiary, jest systemem absurdalnym. A jak dalej wykażemy – także zbrodniczym.

Nic w naturze nie rośnie bez końca, a już na pewno nie coraz szybciej. Jednak gdy wzrost w systemie hamuje samozachowawczo, widząc przed sobą skraj przepaści, system nazywa to kryzysem i szuka sposobów, by wyhamowaniu zaradzić. Teoretycy ekonomii wołają: weź rozpęd, człowiecze, i skacz… System ekonomiczny zmuszający ludzi do coraz dłuższej i coraz mniej sensownej pracy to system obłędny. Poza tym, warto pamiętać, że upiorna pogoń za zyskiem – jedyna siła napędowa gospodarki kapitalistycznej – powoduje, że nieliczni cierpią z przejedzenia, jakże liczni zaś umierają w tym świecie obfitości z głodu. Etiopia, gdzie głód dziesiątkuje tubylców, sprzedaje ziemię bogatym państwom, te zaś produkowaną tam żywnością wzbogacają menu własnych cierpiących na otyłość obżartuchów. Czy system umożliwiający taką praktykę trudno nazwać zbrodniczym?

W tej sytuacji pytanie o sens ludzkiego życia brzmi jak ponury żart. Jaki sens może mieć życie wariata, jawnie już zmierzającego ku samozagładzie? Że wszystko musi się opłacać, że ludzką egzystencją rządzi popyt i podaż, wmówiono skutecznie lekarzom, farmaceutom, filozofom, a nawet poetom, pisarzom, blogerom i teoretykom literatury. Nie powstają więc idee, na które “nie ma popytu”, bo jak może być popyt na coś, co nie powstało? Popyt i podaż, a także uznanie za naturalne ludzkich potrzeb: dominacji i chciwości to najobrzydliwsze zasady, organizujące życie współczesnego “zachodniego” społeczeństwa. Bo czy można sobie wyobrazić lepszy i jednocześnie bardziej niemoralny interes, niż leczenie chorób czy ratowanie życia? Niż pożyczanie ludziom pieniędzy na paskarskich warunkach, by kupowali niezbędne do założenia rodziny i przeżycia mieszkania? W wielu krajach takim interesem jest również ratowanie, za pieniądze, bogatych od więzienia, a nawet od stryczka.

Ktoś powie: ludzie tego chcą. Chcą, dopóki nie stracą pracy, dopóki nie zachorują, dopóki nie wejdą w konflikt z prawem i nie oddadzą swego losu w ręce adwokata z urzędu. Dopóki się nie zestarzeją i nie staną się, tym samym, zbędni na rynku pracy. Wmawia się ludziom, że gdyby nie byli zawistni i chciwi, staliby się nieludzcy. Wmawia się im, że żądza zysku to główna siła napędzająca gospodarkę, i że to jest dobre. Otóż to nie jest dobre. Nie wszyscy są chciwi, ale ci co nie są – siedzą cicho ze strachu. To wy macie rację, nie lękajcie się. A wmawiają wam ci, którzy rzeczywiście są chciwi i zawistni, ale to nie oni stanowią o normie człowieczej.

Niedziela – czyli drugi dzień bez pracy

Najbardziej frustrująca dla człowieka myślącego jest świadomość, że rozwinięte państwa dawno osiągnęły stan nadprodukcji dóbr i usług. Wymyśla się więc sposoby, które mają zwiększyć ich sprzedaż. W tym celu powstała nowa gałąź ludzkiej aktywności, zwana marketingiem, ten zaś od dawna już nie informuje o dostępnych produktach i ich cechach, lecz poprzez zabiegi socjopsychologiczne usiłuje tworzyć w ludzkich umysłach ciągle nowe potrzeby. Marketing wraz z nadprodukcją, jako lek szarlatana na autentyczną chorobę, napędzają błędne koło gospodarki, która zdaje się funkcjonować wyłącznie już tylko dla samej siebie.

W skrócie więc: człowiek osiągnąwszy poziom technologicznego rozwoju umożliwiający zaspokojenie jego naturalnych potrzeb bez większego wysiłku, zabrnął w ślepą uliczkę produkowania potrzeb, których dotychczas nie miał, by utrzymać cały proces w ruchu. Czy wynika to z jego naturalnego wiecznego niezaspokojenia, czy też z błędu idei, według której funkcjonuje? Pesymista stwierdzi w tym miejscu, że problem tkwi w układzie dążenie -zaspokojenie. Ponieważ dążenie znika w swym zaspokojeniu, a dążeń potrzebujemy coraz to nowych, jako niezbędnych do życia bodźców, wynajdujemy coraz nowsze cele, by nie przerwać owej drogi donikąd. Optymista zaś zastanowi się, nie negując przedstawionej tu psychologicznej prawidłowości, czy właściwie definiujemy dążenia, skoro ich spełnianie niszczy nie tylko nas samych ale i – jak się ostatnio okazuje – także całą otaczającą nas naturę.

Zostawiwszy pesymistów z ich pesymizmem i przekonaniem, że nic lepszego niż stały wzrost pkb wymyślić się nie da, pozostańmy przy optymizmie, który przynajmniej nie twierdzi, że pora przestać myśleć.  Co by było, gdyby przedefiniować ludzkie potrzeby tak, by nie wymagały obłędnego tańca wokół produkcji i konsumpcji? Podstawowe, egzystencjalne potrzeby to – w mniej przyjaznym klimacie – ubranie, mieszkanie i – wszędzie – jedzenie. Gdy jemy i mamy dach nad głową, możemy przeżyć. Cała reszta to kultura a więc zabawa. Można więc dojść do wniosku, że całe zło tkwi w kulturze właśnie. To ona oczekuje od nas, między innymi, że staniemy się konsumentami, że pożądać będziemy coraz to nowych rzeczy i usług, by nie różnić się od innych lub by różnić się w sposób budzący zazdrość. Czy cała kultura jest więc człowiekowi niezbędna? Cała na pewno nie.

Być może w dziejach ludzkości – dzięki morderczej, czego nie neguję, pracy pokoleń – po raz pierwszy pojawiła się okazja, by nie martwić się o kołacze. Żeby nadać ludzkiej egzystencji więcej sensu, należałoby więc oderwać ją od produkcji i konsumpcji. Najnowsza historia dowodzi, że człowiek potrafi wymyślać systemy alternatywne wobec tego, który rozwija się jako jego środowisko w sposób naturalny, jednak te wymyślone, jako nienaturalne  – siłą rzeczy – muszą być mu narzucane. Powstaje pytanie, kto ma prawo narzucać, kto zaś jest obowiązany przyjąć. Na to pytanie człowiek odpowiedział “demokracją”, czyli zdał się na wolę większości. Cóż z tego, skoro “demokracja” nie działa zgodnie z założeniami, bowiem, po pierwsze, większość to niestety jednostki dalece nie wybitne, a po drugie – “demokracja” okazała się systemem równającym w dół, a więc ujednolicającym. Żadna sensowna koncepcja w “demokracji” nie ma szans na realizację, bo albo “zabrania jej konstytucja” albo nigdy nie uzyska większości. Demos czyli lud rządząc sam sobą nie życzy sobie bowiem ryzykownych, w jego mniemaniu, zmian ani tym bardziej zmiany swych przyzwyczajeń i chce podróżować utartymi ścieżkami. “Demokracja” okazała się więc praktyką z wmontowanym bezpiecznikiem, który uniemożliwia nawet najbardziej racjonalne i pożądane z punktu widzenia zdrowego rozsądku modyfikacje systemu. Głównym zadaniem “demokracji”, prócz funkcji wentyla bezpieczeństwa skutecznie pacyfikującego niezadowolenie,  stała się zatem ochrona struktury przed zmianami.

Ludzkość stanęła więc na końcu drogi, bo z jednej strony system polityczny wyczerpał swój potencjał zmian, z drugiej zaś – gospodarka wyrodziła się w absurdalnego, niszczącego wszystko wokół potwora. Ta mniejszość, która ma się dobrze i żyje z potworem za pan brat, ma jednocześnie siły i środki, by skutecznie przeciwdziałać zmianom. Większość, której wcale nie bawi zarabianie w pocie czoła na chleb i mieszkanie, kuszona jest do większej aktywności zabawkami, najczęściej zupełnie, tak z punktu widzenia egzystencji jak i kultury nawet, zbędnymi.

Powie ktoś – diagnoza może i przekonująca, ale gdzie terapia? Oto pierwsza z brzegu, jeszcze ciepła. Wyobraźmy więc sobie świat, w którym ci co chcą pracować, którzy znajdują w pracy przyjemność i spełnienie, pracują, a dokonany już postęp technologiczny – jako się rzekło – sprawia, że ich praca jest w stanie utrzymać przy życiu także tych, którzy w pracy akurat niczego pociągającego nie widzą. W zasadzie mielibyśmy sytuację podobną do dzisiejszej – z pracującymi i bezrobotnymi, tyle że pracujący mają w świadomości społecznej wysokie notowania, bezrobotni zaś to sam ciężar na barkach pracujących i w ogóle niechciany margines. Gdyby jednak odwrócić proporcje i dać pracę nielicznym tylko, którzy naprawdę jej pragną, jako niezbędnej im do szczęścia, a całej reszcie pozwolić zajmować się czym innym…? Proszę bardzo – nieliczni pracujący mogliby otrzymywać wysokie wynagrodzenie, skoro tak im na nim zależy, a spokój społeczny utrzymany by został kosztem wysokich – choć zdecydowanie niższych, lecz nieupokarzających świadczeń dla tych, co nie pracują. Wtedy dopiero okazałoby się, czy praca to takie szczęście i ilu z nas naprawdę zdecydowałoby się żyć w warunkach dyktowanych przez korporacje nastawione na zysk i ekspansję.

Pomysł jak pomysł, może nawet nierealny, najgorzej jednak, gdy nikt nic nowego nie proponuje, w ugruntowanym prawem kaduka tkwiąc przekonaniu, że umysł ludzki stanął u szczytu swoich możliwości i jedyne co może, to stoczyć się w przepaść, nadmiernie kombinując wokół idei. Nowe idee muszą się rodzić przecież i konkurować ze sobą, jak nowe produkty, tyle że w świecie idei konkurencja ma o wiele więcej sensu niż w świecie samochodów, na przykład, te bowiem od początku swego istnienia realizują jeden cel – przewieźć człowieka z punktu A do B i nawet najwymyślniejsza i najbardziej wyrafinowana technologia tej podstawowej funkcji samochodu nie zmienia. Budowanie coraz droższych, coraz bardziej skomplikowanych i… coraz trudniej dostępnych samochodów to tylko dreptanie w miejscu. Tu o postępie moglibyśmy mówić dopiero z chwilą wynalezienia teleportacji, która przecież dla interesu producentów samochodów okazałaby się zabójcza, jak zabójcza dla współczesnej energetyki jest idea energii odnawialnej, ci wolą więc snuć mrzonki o szczęściu i pomyślności drzemiących jakoby w łupkach. Idee powinny rozwijać się wraz z ludzkim rozumem i, stając się coraz doskonalsze i bardziej wyrafinowane, nadawać życiu człowieka coraz więcej sensu.

Ja wiem, że trudniej wpaść na sensowną ideę, niż zbudować szybszy procesor… Ale gdzie podziały się nasze intelektualne ambicje? To przecież inżynierowie, także od procesorów ale i od rynków finansowych, wmówili nam, że tylko rozwój technologii ma sens, a humaniści są kulą u nogi pędzącej – nieważne że donikąd, ale ważne, że coraz szybciej – gospodarki. Pora wyprowadzić ich z błędu.

Nemo

5 komentarzy

  1. Niestety ale nie ma innej drogi niż postęp, zużywamy coraz więcej zasobów i potrzebujemy coraz więcej prądu czy to się nam podoba czy nie …. dlatego owszem artykuł ciekawy, ale liczą się fakty i realpolitik 🙂 Zdjęcie smaczne…

    • Szanowny Kolega zdaje się uważać za postęp to, że już nie budujemy piramid. I tu zgoda. Jednak nadal uważam, że większość prac, jakim się oddajemy, to wysiłek bezsensowny, podobny do tego egipskiego. Zużywamy zasoby, pracujemy ponad siły, a kończymy dokładnie tak, jak Egipcjanie, tyle że już nie jako mumie. A postęp, jakkolwiek go definiować, powinien konotować się pozytywnie…

  2. świetny tekst! wręcz rewelacyjny… dziękuję

  3. Definicja problemu znakomita. Ośmiesza wszystkich polityków, którzy obiecują znalezienie wyjścia z matni a tu widać jak na dłoni, ze żadnego wyjścia nie ma. Baumamn napisał książkę “Ludzie na przemiał”, Houelbacq “Cząstki elementarne”. Pewnie istnieje wiele innych książek opisujących różne wariacje na temat co czeka ludzkość. Szkoda, że wszystkie widzą kwestię z perspektywy człowieka i według naszych ograniczonych kryteriów. Dinozaury tez pewnie kombinowały jak się uratować przed zagładą ale nie były do takich intelektualnych zadań predysponowane. Podobnie jak my. A gdyby nawet kilka wybitnych mózgów znalazło sposób na zażegnanie katastrofy, na przykład poprzez ograniczenie liczby mieszkańców Ziemi do 1% na początek tylko, to niby jak mieliby przekonać 99% ludzi do samo utylizacji?

    • Szanowny Panie, cieszymy się że podoba się panu poziom naszych artykułów – zapraszamy częściej – zachęcam do zarejestrowania konta i subskrypcji newslettera. Jeżeli pan sobie życzy – chętnie opublikujemy pana teksty – zapraszamy do współpracy 🙂

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.