Kampania wyborcza w cieniu zupek w proszku i szkół językowych

Wspaniałe są kampanie wyborcze w Polsce! Zwłaszcza parlamentarne, wypadają przeważnie we wrześniu i październiku, ewentualnie zahaczą o listopadowe święto, jednak zawsze w tym okresie kandydaci mają jeden i ten sam problem, a w zasadzie dwa problemy. Po pierwsze wszystkie sensowne miejsca outdoorowe są już wynajęte przez realizujących promocję zupek w proszku – bo idzie zimno, Naród biedny, a zupkę za 2 zł można sobie zalać w kubku gorącą wodą i przynajmniej jest zapach! Więc zupki nasilają swoją sprzedaż właśnie jak się robi zimnawo, o czym doskonale wiedzą specjaliści od marketingu. Ponieważ producenci zupek to przeważnie globalni potentaci przemysłu spożywczego, a ich budżety reklamowe, realizowane w ramach korporacji – wyglądają też nazwijmy to globalnie, ewentualnie można powiedzieć że pieniądze są dla nich jednym z ostatnich problemów. Po drugie jest problem z lokalnymi szkołami językowymi, które prowadzą rekrutacje na semestry dopasowane do semestrów studenckich. W efekcie przybywa realizującym kampanie wyborcze – drugi poważny konkurent, zwłaszcza w zakresie plakatowania w miejscach zapewniających najlepsze dotarcie do odbiorców.

Ujawnia się tu władza właścicieli i menadżerów firm zajmujących się reklamą outdoorową. W największych miastach – dominują ogólnopolskie firmy, z których część to własność zagranicznego kapitału. Te podmioty to prawdziwe kombajny marketingowe, zdolne do oplakatowania centrów naszych miast w zasadzie w ilościach nieograniczonych. Wiele z tych firm, często ma podpisane umowy z zarządcami dróg i innymi podmiotami, uprawniające je do tymczasowego rozmieszczenia dodatkowych punktów reklamowych. Powoduje to znaczący wzrost możliwości proliferacji przekazu na życzenie, w zależności od potrzeb.

Czy ktoś kiedyś badał powiązania pomiędzy właścicielami firm outdoorowych, wielkimi domami mediowymi, a politykami? Wiadomo, że im wyżej tym bardziej gra się na logotyp, a tak się składa że mamy w Polsce co najmniej jedno poważne imperium medialne, dysponujące w swoim portfolio nie tylko pewną gazetą, ale także o czym mało kto wie – również firmą umożliwiającą wyświetlanie i plakatowanie wizerunków zupek lub polityków – w zależności od potrzeb w centrach naszych miast i nie tylko? Nie ma potrzeby grzebać kijem w mrowisku, bo może się okazać, że mrówki przechwycą kij i jeszcze zdzielą badacza przez plecy, no przyjmijmy, że takie mamy zdolne mrówki w tym kraju.

Pozostaje jednak kwestia kosztów. Wiadomo że Komitety Wyborcze mają limity i to one finansują kampanię, a nasi politycy nie dokładają nic ponadto, co można wpłacić na kampanię zgodnie z właściwymi uchwałami i podziałkami. Jednak można bardzo łatwo ustalić ile jest podobizn danego kandydata i danego Komitetu łącznie w danym mieście, czy też na nośnikach danej firmy outdoorowej. Tutaj nie ma litości, zupki płacą potężne pieniądze, żeby wesoło uśmiechać się do nas na przystankach, szkoły językowe płacą również za dostawki przenośnych słupów ogłoszeniowych z włókna szklanego – to wszystko ma swoją cenę. Musi dojechać ekipa, rozkręcić kaseton, wymienić plakat, albo nakleić – to trwa, kosztuje i te kwoty przechodzą przez faktury. Taniej się nie da kupić powierzchni, aczkolwiek firmy mają głowy nie od parady i tak mają skonstruowane cenniki, że bazują na upustach. Jednak jeżeli dysponuje się odrobiną czasu i pewną grupą przyjaciół – można bardzo łatwo i to nawet w dużych miastach policzyć ile było powierzchni, kogo i gdzie. Wówczas widać – jakie realnie pieniądze poszły na kampanie wyborczą, ewentualnie kto i jak duże dawał ulgi!

Zawsze można kleić nielegalnie! Ile to mamy w naszych miastach płotów, na których Komitety Wyborcze dzięki niezliczonym szeregom swoich działaczy dokonują istnych cudów, wręcz często niesłychanych. Oczywiście nikt nie chce się przyznać do nielegalnego plakatowania, więc „zdarza się tak”, że często działacze np. zasypiając z plakatami jadąc w tramwaju, które niechcący gubią, albo które im ukradziono. Oczywiście sprawców nie da się wykryć, bo wiadomo jak jest! Natomiast, jeżeli gdzieś mamy naklejoną podobiznę naszego kandydata lub kandydatki „na nielegalu”, to Komitet i sam kandydat – może z marsową miną powiedzieć, że to na pewno te plakaty, co zgubili ich działacze – ktoś teraz klei, żeby zaszkodzić ich wizerunkowi. Proste jak słońce – można w ten sposób legalnie działać na nielegalu, tylko nie można dać się złapać, ale od tego są wolni najmici.

Trzeba bowiem pamiętać, że Komitety Wyborcze mają obowiązek usunięcia wszystkich materiałów wyborczych, którymi obkleili miasto. W przeciwnym wypadku samorząd ma pełne prawo po prostu przysłać fakturę za koszty jakie poniósł z usuwaniem materiałów wyborczych.

Ot, takie nasze polskie niuanse i didaskalia, można powiedzieć „barwy kampanii” taka kampania wyborcza w cieniu zupek w proszku i szkół językowych. No, a tak na marginesie – jakie to miłe, że kandydaci spoglądają na nas z pomiędzy reklam zupek i szkół językowych, w sumie to czym się różni taki modelowy kandydat od zupki?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.