Wojskowość

Jeżeli nasze wojska specjalne mają powstrzymywać „zielone ludziki” to już przegraliśmy

 W świetle najnowszych doniesień odnośnie sposobu myślenia jednego z najważniejszych strategów wojskowych w naszym państwie – to nawet będąc laikiem, można być zdumionym. Dowiadujemy się bowiem, że w istocie kluczowym zmartwieniem jest przeprowadzenie zmian w prawie umożliwiających użycie wojska i innych formacji z nim skojarzonych na własnym terytorium! Co więcej rzekomo wprowadzenie wojsk Obrony Terytorialnej, czy też powiększenie armii do 200 tyś., ma się automatycznie odbić negatywnie na jej jakości. To jest niestety dość wąskie myślenie o wojskowości, albowiem jest dla każdego oczywistym, że dwa razy tyle wojska ile mamy w tej chwili musi kosztować dwa razy więcej. Po prostu!

Natomiast szokują przecieki na temat przygotowań do prowadzenia tzw. wojny hybrydowej, zgodnie z którymi uganianiem się po lasach i polach za „zielonymi ludzikami” miałoby być zadaniem m.in. naszych wojsk specjalnych i formacji z nimi skojarzonych. Prawdopodobnie jest to błędna koncepcja w tym znaczeniu o ile nie jest celowo nadanym komunikatem, mającym na celu spowodowanie odpowiedniej reakcji potencjalnego nieprzyjaciela. Błędna dlatego, ponieważ jest to marnowanie potencjału wojsk specjalnych. Jednakże problem jest bardzo złożony i wieloaspektowy. Tutaj trudno jest być ekspertem, nikt w Polsce nie prowadził takich działań, a biorąc pod uwagę skostnienie naszej armii na wszystkich szczeblach dowodzenia, pewne sposoby zachowań będą na pewno trudne.

Przede wszystkim trzeba sobie zadać pytanie kim mogą być potencjalne zielone ludziki? Najprawdopodobniej mogą to być specjalnie szkolone do walki na zapleczu nieprzyjaciela oddziały specjalne jednego z państw, z którymi sąsiadujemy. Co powoduje, że rzeczywiście do ich zwalczania można użyć komponentu własnych wojsk specjalnych – odpowiednio przygotowanych fachowców, zdolnych sprostać wysokiemu poziomowi profesjonalizmu wojsk nieprzyjaciela. Jednakże w takim układzie – tracimy własne wojska specjalne w większości lub w części, wiążąc je w boju z przeważającymi liczebnie wojskami nieprzyjaciela, który dysponuje jeszcze więcej jednostek specjalnych niż my. Chodzi o to, że możemy wypłukać się z rezerw, których można użyć np. jako odwodu do zadania nieprzyjacielowi silnego ciosu. Zwłaszcza, że “zielonymi ludzikami” mogą być zwykli kryminaliści wypuszczeni przez stronę przeciwną, żeby spowodować chaos i wywołać naszą reakcję. Tu wszystko, każde kłamstwo jest możliwe.

Do zadań powstrzymywania i wyłapywania przysłowiowych „zielonych ludzików” prawdopodobnie o wiele bardziej przydałby się komponent mieszany. Tj. małe a elastyczne grupy bojowe wojsk specjalnych – oparte o profesjonalny szkielet dowodzenia wojsk specjalnych – mające pod swoją komendą i współdziałające z grupami bojowymi Obrony Terytorialnej (jakkolwiek byśmy jej nie nazwali). Takie oddziały musiałyby posiadać przewagę ilościową, przewagę mobilności i przewagę w sile ognia nad potencjalnym agresorem oraz jakby się dało przewagę znajomości własnego terenu. Tylko w ten sposób można próbować zrównoważyć przewagę w wyszkoleniu i profesjonalizacji „gości”.

Trzeba przy tym pamiętać, że podstawą naszej doktryny musi być automatyzm zakwalifikowania pierwszych przejawów wojny hybrydowej jako forpoczty pełnoskalowej agresji na Polskę i NATO. Tutaj nie może być w ogóle mowy o samodzielnym powstrzymywaniu – owszem, jak trzeba będzie, to trzeba będzie je realizować, jednakże w taki sposób żeby nie pozwolić się wmanewrować przeciwnikowi i jego potężnemu aparatowi medialnemu w sytuację, w której komunikat dla świata będzie dwuznaczny. To znaczy, przeciwnik stwierdzi że to my zaatakowaliśmy w reakcji na jakiś wybryk bandycki lokalnych złodziei lub nieustalonych sprawców – w domyśle wykazując naszą własną prowokację. To jest największe zagrożenie jakie dla nas płynie w wojnie hybrydowej. W praktyce oznacza to konieczność odsunięcia wojska od granicy, tak żeby móc wykazać przez pierwsze dwa lub trzy dni działań, że mamy do czynienia z agresją na terytorium naszego kraju. Oczywiście nieprzyjaciel nie jest naiwną dziewczynką w różowych pantofelkach i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w takim przypadku musiałby także „ostrzelać swoją stronę”, żeby mieć dowody naszej rzekomej inicjatywy.

Właśnie między innymi na powyższym polega problem z wojną hybrydową, bo nie tylko ona jest i wywiera skutki w rzeczywistości, ale dodatkowo rozgrywa się w mediach, a poprzez nie w percepcji decydentów krajów sojuszniczych i opinii publicznej – własnej, nieprzyjaciela i krajów trzecich. W ten właśnie sposób wojnę hybrydową można przerobić na wojnę wirtualną, to dopiero jest “zabawa”!

W zasadzie najskuteczniejszym sposobem do przeciwdziałania wojnie hybrydowej powinno być posiadanie zdolności do przeprowadzenia na terytorium nieprzyjaciela własnej wersji wojny hybrydowej, poszerzonej o inne aspekty działań zbrojnych – współcześnie pod pewnymi względami uznawane za terroryzm. Jednakże ponieważ sama wojna hybrydowa zakłada bandycki sposób walki, nie można czynić zarzutu ze sposobu walki nieprzyjaciela, jeżeli wybierałby głównie cele o znaczeniu wojskowym lub infrastrukturalnym. To znaczy, powinniśmy sami posiadać zdolność do przeprowadzenia wojny hybrydowej na terytorium nieprzyjaciela w sposób paraliżujący np. jego komunikację lub funkcjonowanie ważnych elementów infrastruktury transportowej lub gospodarczej na danym terenie. Chodzi przede wszystkim o to, żeby móc adekwatnie reagować na bandyckie działania nieprzyjaciela – na jego terytorium, w sposób dla niego przykry i nieunikniony. Oznacza to w praktyce zmuszenie nieprzyjaciela do rozważenia za i przeciw, bo jeżeli w zamian za swoje działania otrzyma ciosy w głębi własnego kraju – istotnie ograniczające jego potencjał gospodarczy, utrudniające funkcjonowanie społeczeństwa i gospodarki, to się będzie musiał zastanowić, czy opłaca mu się atakować nasz kraj przy pomocy tego typu działań, jakimi zostali zaskoczeni ostatnio modelowo wręcz Ukraińcy.

Właśnie do tego celu można użyć wojsk specjalnych i rozbudowanej agentury, przy czym uwaga – bez względu na stopień zezwierzęcenia nieprzyjaciela – nigdy nie można tolerować zabijania cywili, ponieważ to wykracza poza konwencje. Chodzi przede wszystkim o niszczenie potencjału militarnego i gospodarczego na głębokim zapleczu, które będzie dla nieprzyjaciela niezwykle kosztowne.

Oczywiście, żeby móc tak działać, najpierw trzeba mieć zabezpieczone obiekty własne i silny kontrwywiad, mający możliwość przechwycenia agentury nieprzyjaciela. Tutaj znowu kłaniają się wojska specjalne.

Wnioski – wojna hybrydowa to nic nadzwyczajnego, nie ma się czego bać. Trzeba umiejętnie przygotować się do obrony oraz zadania adekwatnych ciosów nieprzyjacielowi, tak żeby zrozumiał że podejmowanie tego typu działań na naszym terytorium mu się nie opłaca, ponieważ mamy możliwość uderzyć o wiele mocniej i w sposób mający znaczenie istotne dla życia społeczno-gospodarczego u niego w kraju, gdzie decydując się na wojnę z nami – nie może już nigdzie czuć się bezpiecznie.

5 komentarzy

  1. Największym wrogiem Polski są Polacy-a nie ludziki

  2. Szanowny Autorze!
    Masz rację! A działac już trzeba! Należy “od wczoraj” postawić w stan alarmu i wzmocnić służby ochrony granicy oraz wzmocnic garnizony nadgraniczne! Należy wprowadzić kontrole wszystkich wyjeżdżających i wjeżdżających!

    To naprawdę nie są przelewki!

    Mamy długą i idąca częściowo w terenie górzystym granicę z Ukrainą. Klęska militarna, polityczna oraz całkowita zapaść gospodarcza tego kraju spowoduje już w niedługim czasie przenikanie przez naszą granicę nie żadnych “zielonych ludzików” ale z jednej strony wygłodniałych i zdesperowanych cywilów a także uciekinierów, “ochotników” z Donbasu, morderców którzy posmakowali krwi i będą całą swą wściekłośc na nas wyładowywać!

    Pamiętajmy że dla banderowców wrogiem nie są “moskale” ale “lachy”!

  3. Najbardziej to chyba w strachu są ci, którzy nami zarządzają. Zresztą tak często było i w przeszłości co jest zrozumiałe. Władza jest jak narkotyk, a wiadomo – każdy narkoman boi się odstawienia narkotyku. To wydaje mi się prawdą w odniesieniu i do innych krajów.

  4. Ortodoksyjny kolega z biurka obok postawił śmiałą tezą: “W Polsce już są zielone ludziki. Noszą garniaki i niebieskie krawaty”. Śmiała teza nie powiem, śmiała 😀

  5. Kolega prawdopodobnie z “szerokim spojrzeniem”, widzi
    to co na pozór niewidoczne. Jest tajemnicą poliszynela,
    iż po Polsce obce służby ( ludziki),hasają jako ongiś
    bywało.Oczywiście mam na myśli służby z krajów
    “zaprzyjaznionych”, “strasznych xxxxxxxxx”.
    A tak na poważnie, czy my jeszcze posiadamy jakieś
    “tajne/przez specjalnego znaczenia” – trzymane
    w tajemnicy przed “przyjaciółmi.”

    Noszą garniaki i niebieskie krawaty”

    Tak to oni,rozmienili Polskę “na drobne”.
    “Strzeż się euroatlantów,nawet gdy przynoszą zasiłek
    czy jałmużnę”.

    Czy na pewno “to” śmiała teza?? A może to MY jesteśmy
    nieśmiali?!? Zagubieni…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.