Polityka

Jeżeli nie naród to co? W drodze do społeczeństwa post-narodowego

 Naród, słowo fundamentalne dla określania podmiotowości zbiorowości przez ponad 2000 lat w Europie i 1000 lat w Polsce obecnie stało się słowem niemodnym. Nie ma przyzwolenia na to, co narodowe w określaniu paradygmatu funkcjonowania państwa. Interes narodowy, prawa narodu i inne atrybuty najwyższego suwerena – to drobiazgi na firmamencie okólników i nowomowy.

Przez ostatnie 22 lata wolnej Polski stopniowo eliminowano z życia publicznego, w tym zwłaszcza z publicystyki pojęcie narodu. Już w PRL-u naród kojarzony był z nacjonalizmem, czymś nieciekawym, złym z natury i wrogim postępowi. Wolna Polska odziedziczyła dobrostan państwa narodowego, zupełnie odcinając się od troski o podtrzymanie narodowych przymiotów w społeczeństwie Polskim. Stopniowo upadały – edukacja i nauka – dwa filary sprawy narodowej a religia dołożyła swoje. Tak oto mamy sytuację, w której polityk prawicowy odwołujący się czasami do narodu otrzymuje łatkę nacjonalisty a naród, jako taki jest synonimem wstecznictwa i wszystkiego tego, co uznajemy obecnie za bagaż narodowych – niechcianych doświadczeń. To, w jaki sposób zohydzono Polakom słowo „naród” to prawdopodobnie największy majstersztyk czarnego PR, jaki jest realizowany w ramach wielkiego liberalnego eksperymentu w Polsce.

W Unii Europejskiej wiele dyskutowano na temat roli narodów we wspólnocie. Teoretycznie państwa narodowe (wspólnotowe), są podstawą konstrukcji europejskiej. Naród jest uznawany za najważniejszego suwerena i podmiotowość państwowa bierze się z jego woli. Oczywiście mamy państwa jednonarodowe unitarne, dwunarodowe federalne, wielonarodowe federalne i quasi federalne. Polska jest jednym z tych szczęśliwych krajów, że co do zasady jest monolityczna. Jednakże, czy dzisiejsi Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym w istocie jest naród? Czy odczuwają potrzebę wspólnoty? Dzielenia się? Albowiem tym w istocie jest wspólnota – strukturą umożliwiającą podział ryzyka, obowiązków, dochodów i obciążeń. To niesłychanie skomplikowane sprawy najwyższego rzędu.

Naród to poczucie wspólnoty opartej na języku, historii, kulturze, wartościach, mentalności w pewnym sensie więzach krwi oraz bardzo często religii i rasie. Państwo Polskie przez cały okres międzywojnia opierało wzmacnianie tożsamości narodowej Polaków o komponenty języka i historii. Społeczeństwo dodało do tego samorzutnie religie a rzeczywistość wymusiła pewną atypową i bardzo specyficzną mentalność Polaków. Obecnie w zasadzie pozostał nam już tylko język – stanowiący spoiwo narodowe dominującej części społeczeństwa, historia odchodzi powoli do lamusa – prawdopodobnie z powodów politycznych jest uznawana za trudną (przyjaźń z wrogiem bez pojednania i przeprosin, zrzeczenie się prawa do zemsty). Religia traci na znaczeniu w ogóle, przeżywa kryzys, który pogłębi się jeszcze bardziej i może spowodować jej eliminację z życia publicznego. Nawet język wspomniany wcześniej, jako główne narodowe spoiwo nie dotyczy już elit, ponieważ znaczna ich część jest, co najmniej dwujęzyczna – a w życiu zawodowym posługuje się głównie językiem swojej korporacji.

Polacy w zależności od tego, do jakiej klasy społecznej się zaliczają żyją bardziej dniem codziennym, próbując jakoś związać koniec z końcem – albo planując kolejne luksusowe wakacje za granicą. Mało, kogo interesuje jakiś naród, a o poczuciu wspólnoty w ogóle trudno mówić.

Powszechne podziały klasowe, utrwalają się w wyniku administracyjnego rozdawnictwa. Powszechnie nie darzy się sympatią rolników, – bo wiadomo, że „mają ZUS za darmo”, nauczycieli, bo „pracują 18 godzin tygodniowo”, górników, żołnierzy, policjantów, prawników i innych grup zawodowych. Ostatnio zaczynamy w ogóle „nienawidzić” emerytów, ponieważ za dużo kosztują budżet. Na szczęście przestaliśmy być wrogo nastawieni do lekarzy, na szczęście wysokiej klasy światowi specjaliści o unikalnych umiejętnościach nie są już aresztowani o świcie. Jednakże lista „wrogów ludu”, a w istocie wrogów jedynej i słusznej słuszności w wykonaniu aktualnej władzy jest zawsze otwarta, można na nią wpisać, kogo się chce.

Za jakiś czas, wraz ze zmianami funkcjonowania i podejmowania decyzji przez Unię Europejską, zacznie się w naszym kraju pogłębiona dyskusja o integracji unijnej, – wśród której sprawcza elita będzie chciała przemyć odejście od paradygmatu państwa – upodmiotowionego narodowo, na rzecz narodów we wspólnej Europie, wspólnego europejskiego domu wszystkich narodów, europy wielonarodowej – czy innej równie podobnej poczwary historii. Warto wówczas sobie przypomnieć nieboszczkę monarchię Austro-Węgierską, prawdopodobnie najbardziej udaną wspólnotę wielu narodów – w nowożytnej Europie, która przetrwała stosunkowo najdłużej, – przy czym, jawnie uprzywilejowana była tam głównie jedna nacja. Pamiętajmy, że idea połączenia narodowo żywiołów germańskich, słowiańskich, madziarskich i bałkańskich rozpadła się z wielkim hukiem, – ponieważ jako twór poza słabnącą przemocą ze strony jedynowładcy nie miała żadnej racji bytu. A jak we współczesnej Europie kończą się narodowe niesnaski zbyt dobrze pamiętamy z upadku byłej Jugosławii.

Czy możemy sobie pozwolić na eksperyment? Prawdopodobnie tak, jednakże musiałoby to oznaczać, dla nas podwyższenie poziomu życia, jeszcze większą transmisję papki medialnej z telewizji do naszych mieszkań – bzdury musiałyby się wręcz wylewać pod ciśnieniem z ekranów naszych telewizorów. To da się zrobić, to nie jest problem – jedna dobrze działająca stacja telewizyjna prowadzona przez polskojęzycznych celebrytów i w miarę dobry program – i mają nas. Jesteśmy zahipnotyzowani przed telewizorami, a na zakupy wiadomo, do „jakich” sklepów pójdziemy – nie ma dużego wyboru albo wielko powierzchniowe albo dyskonty, przy czym wiadomo czyje.

Nie minię pół pokolenia, a staniemy się społeczeństwem post-narodowym. W tą stronę nieuchronnie zmierzamy. Winę ponoszą wszyscy, zarówno „łże-elity” jak i ci, którzy odważyli się w swojej skundlonej bezczelności buczeć i gwizdać nad grobami tych z „Zośki”, „Parasola” i innych mogił na cmentarzu powązkowskim. Jeżeli to tam – ten mały skrawek ziemi wokół „Gloria Victis” nie jest już miejscem absolutnie i ponad wszystko – świętym, to zaczyna się już bezhołowie a naród się kończy! Jeżeli tak jest dzisiaj i na skundlenie pozwalają sobie dorośli ludzie, co będzie za pół pokolenia? Czy ktokolwiek będzie jeszcze pamiętał – najważniejsze narodowe wydarzenia? Nie chodzi nawet o dokładne daty, albowiem przy takiej ilości powstań, wojen i bitew, – jakie mieliśmy w historii – niezwykle trudno jest być omnibusem. Ale czy za 20 lat przeciętny Polak kończący szkołę średnią będzie potrafił wyjaśnić sytuację geopolityczną Polski z września 1939 roku? A czy dzisiaj potrafi? Historia jest drugim obok języka niezbędnym elementem narodowej edukacji – budującej wspólnotę i poczucie łączności z narodem. W momencie, gdy tego zabraknie – pozostanie filar ostatniej obrony, jakim jest język. A potem, co? Emocjonowanie się śpiewaniem hymnu, którego treść mało, kto zna – pomijając już kontekst historyczny każdej zwrotki na stadionie lub przed telewizorem?

Bezapelacyjnie zmierzamy w stronę społeczeństwa post-narodowego. Można się zastanawiać, w jaką stronę zmierzają inne narody Europy. Tendencje są różne, niektóre jak Czesi – okopali się w swojej odmienności, inne jak Holendrzy, Niemcy! Budzą swoją narodową tożsamość. Jeszcze inne jak Anglicy, Francuzi – są już chyba na straconej z powodów przegranego eksperymentu wielokulturowości pozycji. Jeszcze inne jak Włosi, Hiszpanie, Szwajcarzy, Norwegowie, są na tyle odrębni i inni od reszty, że zawsze zachowają cząstkę własnej tożsamości. Jednakże czy Ida się to Polakom pozbawionym narodowej historii, odartym z kultury, z kulejącą nepotyzmem nauką i po zupełnym odrzuceniu religii?

2 komentarze

  1. Stach Głąbiński

    Jeżeli Autor ma ambicję, by traktować go poważnie, winien stawiane tezy uzasadniać przykładami, podaniem źródeł, lub podobnie. Skąd bierze się twierdzenie o jakiejś deprecjacji słowa “naród”? Ja nie spotkałem się w publicystyce lub w rozmowach z czymś podobnym! Faktem jest natomiast, że pewne, zresztą słabo uwidoczniające się, oznaki niechęci, a niekiedy nawet wrogości budzą osoby nadużywajace tego słowa do podbudowywania swoich fobii i animozji, ale to z opisanym w artykule zjawiskiem nie ma nic wspólnego. A pozbawione uzasadnienia opowiadanie o jakimś zatraceniu cennych cech narodowych to zwyczajne, powtarzające się od wieków, idealizowanie “dawnych, dobrych czasów”. Wiele w Polsce jest do naprawienia, jednak nic pożytecznego nie powstanie z narzekania na wytworzone przez “widzimisię” przewinienia. Jeszcze raz powtarzam: piętnując jakieś postawy należy najpierw udowodnić, że one są rzeczywistością w skali uzasadniającej obawy.

    • Witam. dziękuję za krytykę. proszę pamiętać że felietonistyka rządzi się swoimi prawami. Mam problem – bo inni np. osoba podpisująca się jako “amator” stale mnie kopie za to że piszę za długie teksty – a takie z obszernymi analizami także są 🙂 Więc postaram się sprostać wymaganiom. Serdecznie pozdrawiam stałego czytelnika.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.