Jasykutry mają duszę

Trudno jest zacząć, bo trudno opisywać zjawisko piękne, romantyczne i jednocześnie zapomniane. To wysiłek podobny do tego, kiedy malarzowi drga ręka podczas tworzenia dzieła. Zresztą, co ja wiem o malarstwie.

Wąskimi uliczkami Jastarni kierowaliśmy się do cukierni Capuccino Cafe. Pogoda była raczej wrogo nastawiona w ten Lany Poniedziałek. Wiał silny, zimny wiatr, wychładzał nam policzki i zaciskał kurtki tak silnie jak tylko mógł. A może to my byliśmy wrodzy wobec niej(?) Znad zatoki dobiegał bardzo uspakajający dźwięk przypominający ten, który wydobywa się z pustej butelki, gdy pod kątem w jej szyjkę dmuchamy powietrzem. Na początku nikt na ten odgłos nie zwracał uwagi. Tuż przed cukiernią zaintrygował już mocniej. Weszliśmy do cukierni, by wybrać najsłodsze ciasta, jakby w opozycji do pogody: Sernik, beza, tort wiśniowy. Nie słodkości zajmowały mi dzień, spokoju nie dawał dźwięk, toteż po udanych zakupach oderwałem się, świadomy winy, od rodziny i skierowałem w stronę brzmienia w porcie jak pies, który lokalizuje źródło zapachu. Spacer trwał raptem 5 minut. Gdy dotarłem na miejsce winnym wydarzenia okazał się jacht w szarościach, podparty stojakami tuż przy głównej drodze, jakby gotowy na leczenie szpitalne. Wiatr grał na jego maszcie, a tajemniczy odgłos przeszywał go całego, od najwyższego punktu do najniższego, od dziobu do rufy tak bardzo, że trudno było jednoznacznie obwiniać tylko maszt. Być może był początkiem instrumentu, zaś cała reszta pudłem rezonansowym, drewnianą gitarą klasyczną z własnym stalowym gryfem. Czy zatem wiatr był grajkiem w knajpie przyrody?

fot. Jerzy Krawiec-Mostowiak

Stałem tak, a sekundy tworzyły minuty, a nawet dziesiątki ich, i tylko mrok daleki wspomniał o reszcie, upomniał delikatnie o nieubłaganym czasie. W porcie cumowały dziesiątki kutrów, łodzi i łódek umalowanych farbami nadziei, tak pięknymi i intensywnymi, że czyniły oczom słodki ból. Postanowiłem więc zajrzeć im w duszę, a raczej odkryć, czy ją posiadają. Udałem się na lewą część portu, zziębnięte uszy nie pokrzyżowały mojego planu. Zacisnąłem mocniej czapkę na głowie i począłem je wyliczać:

– JAS – 112, JAS – 77, JAS – 12, czerwony KUS – 147, ten nazwany, tamten nie.

Na najdalej wysuniętym końcu portu odpoczywał stary, 80 letni, drewniany, z obdrapanym, opalonym na brązowo ciałem kuter, pozbawiony imienia i numeru dowodu osobistego… zapomniany. Choć dumny i gotowy na wszystko, wielce doświadczony, teraz porzucony na pastwę zimnych wód Bałtyku. A może jednak nie, teraz widzę go w barze przy whiskey, w prawej dłoni dopalone do połowy cygaro, a na scenie grajek gra. Gra pięknie, w rytm wiatru i akompaniamencie morza fal. Starzec jest szczęśliwy… Oddałem mu cześć, a on w ramach wdzięczności odprowadził mnie swoim majestatycznym bujaniem gdy postanowiłem zawrócić i udać się w kierunku dalszej części portu śpiących Jasów. Ponownie przechodziłem obok Szarego Grajka i na nowo moje bębenki obdarował tym pięknym dźwiękiem, niesłyszalnym dla mnie z głębi portu, najpewniej kierunek wiatru na to nie pozwalał. W połowie drogi port pustoszał, ale do brzegu przycumował kuter w średnim wieku. Jakiś Edward. Jego bok był zabezpieczony oponami, które w rytm bujania ocierały o brzeg tworząc charakterystyczną melodię, znaną przecież nam wszystkim, to chrapanie. Chrapanie bardzo rytmiczne, spokojne i regenerujące do dalszej pracy. To musiało wzbudzać zachwyt i wzbudzało. Na tyle mocno, że na przedramionach poczułem gęsią skórkę. Przecież on zwyczajnie spał niczym żywa dusza.

fot. fot. Jerzy Krawiec-Mostowiak

Za nim, zupełnie po cichu, spoglądała w jego kierunku Magdalena w kolorze niebieskim. Kołysała się delikatnie i opiekuńczo, jakby matka wszystkich tych małych łódek na czole portu, nieokrzesanych, niespokojnych i żądnych młodzieńczych wygłupów. Oczyma wyobraźni widziałem jak na wielkich szydełkach tka masztami swemi sieć rybacką dla swoich chłopców – bujając się w przód i w tył na wodnym fotelu – chłopców, którzy nazajutrz udadzą się w toń, pomiędzy niebem, a morzem. Gdy wiatr ucichnie, dźwięk odejdzie, fale wyprostują podłoże pod kutrami i spokojny niepokój obudzi wypoczęte JASY, do wnętrz zapukają narratorzy ich losów, lekarze życia, artyści morza.

Magia tego miejsca była bardzo silna, jej aura odziana w tajemnicę włożyła mi w rękę przysłowiowe pióro i szepnęła do ucha “twórz”.

Nie zadaję dziś pytania, czy kutry mają dusze,

lecz czy są głębokie… spytać powinienem, zapytać muszę.

 Esej dla OP

 ~ Jerzy Krawiec-Mostowiak

4 myśli na temat “Jasykutry mają duszę

  • 14 kwietnia 2021 o 04:57
    Permalink

    Ciekawe i jakże odmienne od politycznej tematyki.

    Odpowiedz
  • 14 kwietnia 2021 o 09:39
    Permalink

    Bardzo interesująca sprawa, to naprawdę tak jest ? Super że mamy takie miejsce, wspaniale że ktoś to zauważył. Kim jest autor?

    Odpowiedz
    • 17 kwietnia 2021 o 13:00
      Permalink

      Dziękuję. Bawię się w poezję od kilku lat. Powoli się zbieram z wydaniem swoich dzieł. Pozdrawiam 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.