Polityka

Jaki będzie w tym roku 11 listopada?

 Wszyscy pamiętają zeszłoroczne walki uliczne w Warszawie podczas obchodów jednego z najważniejszych świąt narodowych, 11 listopada – święto odrodzenia państwowości polskiej po 123 latach niewolnictwa narodu polskiego. Intensywne świętowanie w tym dniu przez organizacje prawicowe swojego sposobu rozumienia niepodległości i podkreślania jej wartości weszło już do kanonu języka politycznego naszej sceny politycznej, nikogo nie dziwią pokrzykiwania, prawdopodobnie też mało, kto rozumie symbolikę tego, gdzie się przemarsz zaczyna a pod czyim pomnikiem kończy.

W zasadzie jednak to mało, kogo interesuje, albowiem nie jest w ogóle tematem odnoszenie się do starego powodu tego święta, chodzi o coś zupełnie innego – o kształtowanie sceny politycznej dzisiaj, poprzez odwołanie do tej szlachetnej daty. A jak bardziej wymownie kształtować scenę polityczną niż nie poprzez masową demonstrację, przeistaczającą się w burdę uliczną i regularne starcia grup „patriotycznie” nastawionej młodzieży walczącej z policją państwową o prawo do demonstrowania tak jak się im podoba, – czyli np. rabowania sklepów z alkoholem, skakania po samochodach, czy też bicia innych uczestników manifestacji, tylko, dlatego bo mają włosy ufarbowane na jakiś kolor lub je w ogóle mają.

Państwo nasze z niewiadomych względów przekształciło prawo do demonstrowania i wyrażania w ten sposób wolności słowa w czystą anarchię, podczas której różne grupy demonstrantów – mogły w jednym i tym samym miejscu krzyczeć w istocie na siebie, co im się podoba, albo bez skrepowania wyzywać się od „takich i owakich”, biorąc za podstawę wyróżnik stosunku danego osobnika do seksualności, poglądy polityczne, czy też nienawiść do mniejszości narodowej dawno już w Polsce niewystępującej masowo. Państwo tolerowało to przez 22 lata, od kolejnego roku ma się to zmienić poprzez zakaz organizowania manifestacji w tym samym miejscu i czasie przez konkurencyjne opcje ideologiczne. Niestety za miesiąc możemy być ponownie świadkami rozumienia przez Polaków wolności.

Zadziwiające jest to, że wypadki z zeszłego roku nikogo niczego nie nauczyły i nikt nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Czy naprawdę można terroryzować Warszawę i jej mieszkańców? Napadać na fotoreporterów? Palić wozy transmisyjne telewizji (warte wiele milionów złotych)? A przede wszystkim – czy nie ma kary dla tych, którzy uniemożliwiają normalnym Polakom wyrażenie swoich patriotycznych uczuć poprzez spokojne manifestowanie na ulicy wraz z rodziną w otoczeniu innych normalnych ludzi – niepałających żądzą niszczenia wszystkiego i wszędzie? Przecież ktoś za to powinien odpowiadać, nie chodzi tu o pojedynczych wyłapanych z tłumu prowodyrów, ale o osoby odpowiedzialne za intencje zgromadzonych – o władców tłumów, wielkich demiurgów społecznych, którzy swoim nawoływaniem – w tym nienawistną retorykom powodują w tłumach niewłaściwe i niepotrzebne emocje.

Jeżeli święto narodowe, będące symbolem niepodległości, czyli stanu, który obecnie uznajemy za normalny, a jeszcze nie tak dawno – za upragniony – nie spaja ze sobą Polaków, nie powoduje, że normalna większość nie bierze góry nad krzykliwymi mniejszościami spychając je na margines dyskursu politycznego, to naprawdę źle się dzieje w państwie.

Rolą elit, rolą władz jest odpowiednie przygotowanie społeczeństwa do przeżycia tego święta, które w swojej wymowie jest naprawdę tragiczne, albowiem nie może być postrzegane inaczej niż poprzez pasmo krwawych klęsk i niepowodzeń, które doprowadziły nas do niepodległości. Organizowanie w tym dniu wielkich defilad wojskowych w centrum miasta okazało się czymś niepotrzebnym, na tyle niecodziennym, że nie spodobało się warszawiakom, jednakże wymuszało na organizatorach spowodowanie wyższego stanu bezpieczeństwa publicznego – chociażby ze względu na obecność masy wojska. Może to jest jednak jakiś sposób na zapewnienie widowiska w stolicy?

Odrębną kwestią jest potrzeba politycznego konsensusu, który zapewni nam, że na tak ważnym wydarzeniu nie będą podejmowane sprawy banalne, wręcz trywialne i w istocie ulotne, nie wspominając już o lokalnych. Manifestacja patriotyczna w stolicy w dniu najważniejszego święta narodowego to coś o wiele więcej niż protest przeciwko samorządowi, cenom przedszkoli czy też częstotliwości kursowania komunikacji publicznej. Jednakże o taki konsensus jest niesłychanie trudno, zwłaszcza na scenie politycznej, która ze sobą w ogóle nie rozmawia.

Trzeba mieć na uwadze, że dla wielu obserwatorów z zewnątrz przebieg tego typu uroczystości to istotny barometr nastrojów społeczno-politycznych w kraju. A my i bez tego sposobu wyrażania się jesteśmy stosunkowo łatwym kąskiem do rozgryzienia, nie musimy podawać na tacy kolejnej szramy na społeczeństwie, naprawdę nie powinniśmy budować niczego więcej, co dzieli. Można jedynie mieć nadzieję, że tegoroczne uroczystości przebiegną przynajmniej w milczeniu. Władza doskonale rozumie, że określone siły mogą jej pokazać, co potrafią, nie trzeba do tego demolować centrum i tak niezbyt ładnego miasta.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

four × 3 =