Społeczeństwo

Jak wygląda prawdziwe życie?

 Jak wygląda prawdziwe życie miała niedawno szansę przekonać się jedna z przedstawicielek rządzącej elity, co prawda “odstawiona od żłobu”, ale radząca sobie. Co ciekawe, ta inteligentna kobieta dała się zaskoczyć zwyczajnej rzeczywistości w postaci pociągów rodem z późnego PRL-u, w których siedzenia są starannie obciągnięte sztuczną skórą “sympatycznej krowy”, którą wszyscy znają jako „Skaya”, oczywiście mówimy o dermie – jest to tkanina poliestrowa pokryta warstwą plastyfikowanego polichlorku winylu. Niezapomniana w dotyku zwłaszcza gorącym latem, chyba każdy pamięta wrażenia z podróży na tego typu siedziskach i oparciach? Generalnie jeżeli tylko takie siedzenia nie są pocięte, są stosunkowo wygodne, łatwo się zmywa mocz i wymiociny, a jak wiadomo mocz i wymiociny to standard w naszych pociągach podmiejskich.

Warto byłoby, żeby większa ilość przedstawicieli naszej politycznej elity przypomniała sobie jak wygląda prawdziwe życie w naszym kraju. Można byłoby np. przeprowadzić tzw. warsztaty z przeżycia, które miałyby na celu wcielenie konkretnego polityka w przeciętnego reprezentanta społeczeństwa np. emeryta, pacjenta, pracownika z minimalną, bezrobotnego itd.

W pierwszym przypadku polityk miałby za zadanie przetrwać w specjalnie udostępnionym mieszkaniu emeryckim w dużym mieście za przeciętną emeryturę – powiedzmy około 1300 zł netto żeby nie miał za trudno, dla urozmaicenia można byłoby mu zrobić tzw. obóz przetrwania rencisty, czyli 704 zł z groszami i niech spróbuje przetrwać jeden tydzień z prawem wynoszenia fantów do lombardu! W drugim przypadku pan/i polityk miałby udać się do lekarza i przejść przez cykl upokorzeń, zeszmacenia, niepowodzeń, porażek i oczywiście z ukoronowaniem w postaci wstydliwego odejścia spod aptecznego okienka z niewykupioną receptą! W trzecim wariancie – dostałby na utrzymanie żonę w ciąży i jedno dziecko „już gotowe” oraz pokój „u teściów” oraz pracę za pensję minimalną – jakąś lekką, nie szczególnie obciążającą np. na kasie w supermarkecie (autor przeprasza wszystkie panie kasjerki i panów kasjerów – chodzi o odniesienie państwa zawodu do np. kontekstu zbrojarz-betoniarz – takiej pracy chyba żaden polityk by nie przetrwał, a na kasie kilka procent ma szanse). Następnie polityk otrzymałby wynagrodzenie, co do grosza pensję minimalną z jakąś małą premią np. 150 zł brutto (za nadgodziny w święta) i musiałby tak żyć z żoną w ciąży, opłacić jej np. USG 3D itd., kupić ubranie dla już dużego dziecka, dołożyć się do czynszu, kupić bilet miesięczny i nie zwariować, ani nie popełnić samobójstwa z biedy i świadomości braku perspektyw jakichkolwiek. W przypadku symulacji bezrobotnego – warto byłoby aplikować wariant „hardcore”, czyli bez prawa do zasiłku, w którym to pan polityk musiałby się stawiać w Urzędzie Pracy na każde wezwanie i otrzymywałby upokarzające oferty pracy – do odwiedzenia pracodawców, którzy wcale nie chcą go zatrudnić, a jedynie przybiją mu pieczątkę. Ewentualnie można jeszcze pomyśleć o losie emigranta, ale zdaje się że jeden polityk takie doświadczenie sobie przeprowadził i wyjechał na Wyspy…

Po takich doświadczeniach, być może nasz polityk lub pani polityczka (niech to będzie za nasz wkład w rozwój Gendera), po takiej próbie zderzenia się z rzeczywistością miałby minimalne pojęcie graniczne jak wygląda prawdziwe życie za minimalną, w warunkach jakie nasz kraj oferuje dla dominującej części społeczeństwa. Takie doświadczenia mogłyby być aplikowane naszym przedstawicielom cyklicznie np. raz w roku na jeden miesiąc – zgodnie z grafikiem, każdy by się szkolił. W zamian za poświęcenie mógłby nawet dostawać podwojone swoje pobory z racji pełnionej funkcji, ale po zaliczeniu szkolenia. To, żeby się krzywda naszym biedactwom nie stała, bo jeszcze mogliby się przerazić. Jeżeli ktoś dawałby sobie radę – miałby prawo do kolejnej tury w wariancie wiejskim…

Natomiast odnosząc się do samego użytkowania infrastruktury, to raczej nie ma się czym emocjonować, po prostu jest tutaj tak jak jest, rzeczywistość szału nie robi i to nawet w miastach, które oczywiście przypadkowo mają prawie pięć razy więcej funduszy unijnych na osobę niż inne miasta w Polsce i nie ma znaczenia, że mieszka w nich były pan premier ze swoją rodziną.

Co poradzimy? Nic, nie jesteśmy w stanie zmienić, ponieważ nasz cały kraj wymaga zmian i reform, ale niestety przeprowadzanych w sposób dla znacznej większości naszych polityków niesłychany – mianowicie z troską o ludzi. Tutaj na szczęście jeszcze spełniają się samorządy, poza nimi nic nas już nie izoluje od bylejakości – naprawdę samorządy się nam udały w Rzeczpospolitej jak nic innego, dlatego szanujmy naszych samorządowców i życzmy im dużo zdrowia!

Ps. Autor z szacunku dla osób chorych pominął w symulacji jeszcze tego typu warianty jak np. połączenie statusu emeryta z chorobą nowotworową, ponieważ są to okoliczności tak dramatyczne, że nie wypada ich przedstawiać w żadnym innym niż rzeczywistym świetle, zwłaszcza w kontekście obecnie ujawnianych zmian.

3 komentarze

  1. Dzień Dobry
    Powinno być w końcówce: Szanujmy samorządy, te które nam się udały. Niewiele tego ale zawsze. Pisanie jednak jakoby wszystkie czy powiedzmy co drugi to duże nadużycie.
    Pozdrawiam
    Udanego weekendu

  2. Świetny pomysł, każda osoba, która dostała się do Sejmu, Senatu, Rządu, Samorządu powinna raz na pół roku “zaliczyć” przez jeden miesiąc szkołę przetrwania czyli warunki w jakich żyje Kowalski oczywiście z pensją Kowalskiego, nie ma mowy o żadnej kontrabandzie tego przypilnują już sami Kowalscy.

  3. inicjator_wzrostu

    Doskonale utopijny tekst!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.