Polityka

Jak to na wojence będzie ładnie…

graf. red.

Jeszce nie ucichły werble wzywające do boju o przewodnictwo w państwie posiadającym ogromne złoża ropy naftowej, położonym daleko od nas, ale niedaleko naszego strategicznego sojusznika, a już czuć zapach gotowanej smoły i siarki oraz słychać odgłosy żołnierskich butów, a właściwie plusk wody wzburzonej przez wojenne okręty przemieszczające się w bliższych nam rejonach. Tym razem wojna ma również dotyczyć państwa o ogromnych złożach ropy naftowej, które ma szczególe nieszczęście do tego, aby być doświadczanym sankcjami. Wcześniej ustalonymi przez ONZ, teraz przez naszego strategicznego sojusznika.

Nikt nie wie, czy na pewno wybuchnie prawdziwa wojna, ale nic nie kosztuje, aby ocenić szanse jej wybuchu. Najpierw przeanalizujmy czynniki, które przemawiają za jej wybuchem.

Największym zainteresowanym konfliktem wydaje się państwo o stosunkowo niewielkiej powierzchni, położone w pewnej odległości od przyszłej ofiary, ale mające ogromny wpływ na decyzje naszego sojusznika. Od lat nie tylko nawołuje do takiej wojny, ale również oficjalnie zapewnia o swojej gotowości do wzięcia w niej udziału. Te zapewnienia nie wydają się gołosłowne biorąc pod uwagę fakt, że to małe państwo jest permanentnie zaangażowane w większe lub mniejsze potyczki ze swoimi sąsiadami.
Drugim czynnikiem, który może pchać do wojny, jest brak sojuszników w najbliższym otoczeniu możliwej ofiary agresji. Ba, można śmiało stwierdzić, że państwo nie podoba się sąsiadów, którzy chętnie by wsparli działania wojenne, jeżeli nie fizycznie, to na pewno finansowo.

Wydaje się, że jednak najważniejszym czynnikiem przemawiającym za konfliktem są zbliżające się wybory prezydenta u naszego strategicznego sojusznika. Obecnie urzędujący prezydent nie ukrywa, że ma zamiar wziąć udział w tych wyborach. Mimo kłód podkładanych mu pod nogi przez opozycję we własnym państwie może pochwalić się osiągnięciami w gospodarce-bezrobocie jest niskie i powstała ogromna liczba nowych miejsc pracy. Jednego czego mu brakuje to oczywistego sukcesu militarnego. Małe państewko, którego obywatele na wiosnę podobno odżywiają się szyszkami i żołędziami, wymknęło się mu z garści. Nie pomogły starania, aby namówić jego przywódcę do przyznania się przed opinią światową, że czuje się politycznie pokonany i wystraszony sankcjami zawiesza programy zbrojeniowe. Mało tego. W kilkanaście dni po wycofaniu się naszego sojusznika z układu o zakazie produkcji rakiet krótkiego zasięgu, państwo od szyszek i żołędzi wystrzeliło dwie rakiety właśnie takiego typu.

Prezydent naszego sojusznika próbował chwalić się zwycięstwem nad ISIS w Syrii i Iraku. Nikt oficjalnie nie zaprzeczał zapewnieniom prezydenta o sukcesie, ale trzeba szukać ze świecą takiego, który by uwierzył, że to był sukces jego armii. Jak by tego było mało, prawdopodobnie nieumyślnie nadepnął na minę o nazwie 447 z opóźnionym zapłonem, która może mu odebrać prawie 10 milionów głosów Polonusów, którzy głosowali na niego w poprzednich wyborach.

Przeciwko wybuchowi konfliktu przemawiają dwa zasadnicze czynniki. Pierwszy to brak pewności, że państwo majce mieć przetrzepane futerko nie posiada borni atomowej. To, że ma środki do jej przenoszenia, jest powszechnie znanym faktem, ponieważ tego nie ukrywa. Tyle że są to rakiety balistyczne, które w dzisiejszych czasach łatwo przechwycić. Czy jest prawdopodobne, że ma broń atomową? Jeżeli państwo od szyszek i żołędzi jest w stanie, na naszych oczach, stworzyć arsenał broni atomowej oraz środki do jej przenoszenia, to gdzieś musi brać na to pieniądze. Jeżeli ktoś dał pieniądze na te kosztowne przedsięwzięcia wojskowe, to mógł dostać coś w rewanżu. Bardzo prawdopodobne, że w postaci właśnie tych produktów.

Drugim czynnikiem przemawiającym przeciw wybuchowi konfliktu jest brak informacji na temat broni, jaka to państwo mogło potajemnie zakupić w okresie, kiedy sankcje były zawieszone. Zawieszenie sankcji odblokowało ogromne zasoby finansowe tego państwa wcześniej ulokowane w zachodnich bankach. Oficjalnie, największe pieniądze zostały przeznaczone na zakup samochodów i samolotów pasażerskich. Nie wydano pieniędzy na zakup drogich samolotów wojskowych, prawdopodobnie wyciągając wnioski z kilku niedawnych wojen, w których brał udział nasz strategiczny sojusznik. Nikt nie może się równać z jego potęga lotniczą – ktokolwiek ryzykuje takie starcie jest z góry skazany na utratę samolotów. Rakiety S-300 miał już wcześniej. Na pewno coś kupił nowoczesnego, tylko co?

Według mojej opinii kluczem do rozstrzygnięcia, czy będzie nowa wojna jest znajomość odpowiedzi na pytanie, jaką broń mógł sprzedać potencjalnej ofierze ataku nasz były sojusznik? Jeżeli byłyby to rakiety typu Kalibr lub Cyrkon to decyzja o rozpoczęciu wojny staje się ryzykowna. Takie rakiety dosięgają cele. Jeżeli decyzja o wojnie już została podjęta, to niespodziewana podróż sekretarza stanu do naszego byłego sojusznika może świadczyć o pojawieniu się obaw co do słuszności takiej decyzji. A jak będzie? Jak to się mówi, pożyjemy, zobaczymy.

Autor: Mikołaj

7 komentarzy

  1. Trochę pośpieszny, ale jednak celny komentarz.

    Dla nas w Naszym Nadwiślańskim Macondo istotna jest sprawa ustawy 447, która stała się obowiązującym prawem u naszego Głównego Sojusznika.

    Może trzeba będzie sprzedać paręnaście tysięcy kilometrów kwadratowych Naszej Umęczonej Macondańskiej Ziemi, żeby zaspokoić roszczenia wynikające z tej ustawy?

    Kto ją kupi i za ile?

    To są pytania na najbliższe lata.

    Do tego wydatkowanie kilkudziesięciu miliardów złotych na zakup uzbrojenia …

    Nic tylko “siąść, płakać i płacić”.

    Wobec tych problemów kłopoty “frankowiczów” – to “mały pikuś”.

    Amen.

  2. Świetny tekst. Mikołaj – zacne imię Cesarza, Imperatora Wszechrosji (m.in. Króla Polski). Godny kontynuator wielkiego dzieła Krakauera.

  3. Wierny czytelnik

    Dobrze napisane w starym obserwatorium stylu…

  4. No to wygląda na to, że bez przyzwolenia naszego byłego sojusznika ta wojna się nie uda, a takiego przyzwolenia zapewne nie będzie, bo oni podobno nie zdradzają przyjaciół. Wygląda na to, że nasz strategiczny sojusznik ma kupę bezużytecznego żelastwa, które zamienia się powoli w złom. Jeżeli świat nauki mając na względzie humanitaryzm i pokój na świecie przestanie pracować dla nich, to wkrótce będą mogli co najwyżej stroszyć pióra i głośno piać o swojej wolności i demokracji. Ale to już nie będzie groźne.

  5. 50-parolatek

    “Mimo kłód podkładanych mu pod nogi przez opozycję we własnym państwie może pochwalić się osiągnięciami w gospodarce-bezrobocie jest niskie i powstała ogromna liczba nowych miejsc pracy”

    Silnie powątpiewam w powyższe…
    https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/843799,coraz-wiecej-biednych-w-ameryce.html

    Proszę zauważyć, że artykuł jest z 2014-go. Jeśli dobrze pamiętam, to wówczas zadłużenie fachowcówodwypasów było na poziomie 18 biliardów zielonego badziewia, dzisiaj przekroczyło już 22 biliardy (w ciagu tylko 5 lat ich zadłużenie wzrosło o ponad 22%)!
    – a “źródła dochodu” ciągle “znikają”…

    Nie, nie nadrobią już tego, co sami sobie zniszczyli.
    Właściwie, to zniszczyła ich własna PAZERNOść…
    To wymyślona w 90-tych latach “globalizacja”…
    – po to, by tylko zwiększyć swoje zyski, dobrowolnie “oddali” swoje techniczne osiągnięcia Azjatom.

    Lenin (chyba to on powiedział?) miał rację, powiedział (cytuję z pamięci): “kapitalista jest na tyle pazerny (czytaj GŁUPI), że, by tylko zarobić, to wyprodukuje i sprzeda ci sznur, na którym sam zawiśnie”

    Teraz, choćby i nawet pościągali spowrotem całe linie technologiczne do Krowolandu, to i tak fachowców tam nie ściągną…
    – fachowcy to Azjaci i za ocean raczej im nie spieszno…
    A jak na razie, to oprócz kilku nieistotnych produktów i broni, Krowoland już NICZEGO ISTOTNEGO NIE PRODUKUJE I NIE EKSPORTUJE…!

    Oczywiście, próbują odwrócić sytuację. Taka np. “afera dieslowa”, to nic innego, jak próba zmiany rodzaju napędu na elektryczny. Niby nie ma to żadnego związku w/w sytuacją…
    A jednak !
    Chyba w ub. tygodniu słuchałem oficjalnych wiadomości w Niemczech (DLF – Deutschlandfunk) na temat planów głównych producentów aut (VW, AUDI, itd)…
    – oczywiście, zgodnie z oczekiwaniami wszyscy “przechodzą” na napęd elektryczny…
    No cudnie !
    Jest tylko jedno małe “ale”…
    – ALE AKUMULATORY PRODUKOWANE BęDą W USA !
    Niby “drobiazg”, ale obrazuje z jaką determinacją próbują na nowo budować rynki masowego zbytu produktów, które mogłyby być wytwarzane za oceanem…
    Przez tą ich neoliberalną, kapitalistyczną pazerność nawet nie zauważyli, jak im się wszystko “wyśliznęło z rąk”.
    Teraz to już tylko “walka o przetrwanie”….

    • Już coraz więcej jest oznak nadchodzącego kryzysu gospodarczego, ale dotyczy on wszystkich (USA, EU, Chiny,…).
      W USA bardzo się starają nadrobić zaległości, przede wszystkim w zakresie nowoczesnej techniki – widać wsparcie, ale mimo tego może się nie udać. To już nie ta dawna powszechna mentalność ludzi w podejściu do pracy, a raczej dużo chaosu. Ratuje ich jeszcze imigracja fachowców z biedniejszych państw, którym zależy.

      Globalizacja nie jest wymyślona – ona staje się rzeczywistością, i to nieodwracalną. Rozwój środków transportu oraz łączności i internetu powoduje, że coraz łatwiej jest się przemieszczać w odległe miejsca lub kontaktować z odległymi ludźmi. To stworzył postęp techniczny, i tego się nie cofnie. Szczelnych granic pomiędzy państwami, np. w UE, się już nie wprowadzi. Jak również nie wróci się do wysokich stawek roomingu. A jednocześnie kultura coraz bardziej się ujednolica przez te same książki, filmy, festiwale itp. Nie cofnie się tego.

      Może Amerykanów “zniszczyła ich własna PAZERNOść”, tj. pogoń za zyskami, ale to już raczej naturalna kolejność w rozwoju społeczeństw, które dorabiają się ciężką pracą, a ich wychowane w dobrobycie potomstwo ma już inną mentalność. W ten sposób powstawały i upadały wszystkie wcześniejsze imperia, i tu też tak będzie.

      Akurat fachowców dawniej ściągali, a teraz też ściągają. Powstają tam (i dobrze egzystują) duże firmy (głównie elektroniczne), które zatrudniają nawet po kilka tysięcy fachowców wykształconych w Chinach. Nawet zasadnicze narady odbywają się w języku chińskim. Chętni do pracy się znajdują (inny poziom zarobków). Może cudzymi siłami, ale starają się odnaleźć w tych najnowszych technologiach i utrzymać konkurencyjność. Inaczej niż w Polsce, gdzie ściąga się imigrantów do prostych prac.

      Ponadto, potrafią narzucić wiele swoich standardów całemu światu (Windows, Word, Android, itd.) i trzymać rękę na pulsie, aby tego nie stracić. Podobnie w systemach finansach, w zbrojeniach, w zależnościach międzynarodowych, w mediach i światowym systemie informacji, oceny i propagandy. To może ich trzymać na powierzchni jeszcze długo, chociaż nie można wykluczyć nadejścia jakiejś kryzysowej destabilizacji świata i powstania nowego jego porządku.

  6. Mnie to boli

    Doskonale napisane, może nieco naiwne jednak odniesienia do rzeczywistości są wymowne. Ciesze się że OP ma nowego zdolnego autora bo to już kolejny tekst pana Mikołaja…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.