Paradygmat rozwoju

Jak przełamać syndrom drugiej kadencji? – przywróćmy 5-cio latki!

 Jeżeli w demokratycznym kraju posiadający pełnię władzy premier boi się syndromu drugiej kadencji i w jej połowie musi potwierdzać swoje partyjne przywództwo, jak również nie są mu obce (lub jego otoczeniu) myśli o przyśpieszeniu wyborów – to znaczy, że mamy problem z systemem władzy. Jest oczywistym, że wielu chciałoby się pożywić padliną Tuska i wyrwać z jego krwawiącego boku tyle mięsiwa na ile im starczy kłów i pazurów, jednakże to nie na tym polega. Mianowicie demokracja nie może polegać na tym, że w połowie drugiej kadencji – następuje kryzys obozu władzy podsycany jakimiś żałosnymi publikacjami na temat kupowania garniturów i innych banałów. To jest po prostu nienormalne, zwłaszcza w kontekście całego wydarzenia – jako głównego tematu politycznego kraju na kilka dni.

Może rozwiązaniem dla władzy byłaby zmiana długości kadencji? Rząd (czyli Sejm i Senat) przykładowo 6 lat a Prezydent od razu 7? Wówczas czas trwania władzy mógłby się wpasować w trend gospodarczy, a rządzący mogliby w pierwszym roku rządzenia po prostu uchwalać pięciolatkę – na resztę kadencji, z której byliby rozliczani pod koniec rządów, które mogłyby być nudne i mdłe – ale skoncentrowane na sukcesie jakim byłoby osiągnięcie wyznaczonych celów. W obecnym zakresie planistycznym – konsekwencje błędów zawsze przenoszą się na kolejną kadencję, czego właśnie doświadcza Platforma. Z sukcesami bywa różnie, czasami w ogóle się nie ujawniają, ponieważ prawa ekonomii sobie a myślenie życzeniowe sobie.

Poza tym sześć lat to wystarczająco długo, żeby władza poczuła się zmęczona sprawowaniem władzy i chciała odmienić swój los poprzez przekazanie pałeczki komuś innemu. Jeżeli weźmiemy bowiem pod uwagę wiek w jakim są przeciętni polscy politycy decyzyjni, to nie oszukujmy się – dużo życia w pełni sił witalnych już im nie pozostało i po co mają rządzić? Tylko dla kłopotów? Kiedy mają się cieszyć owocami swojej pracy? Byłoby to o wiele bardziej naturalne.

Zwłaszcza w przypadku gdy – rządzący wygrałby wybory po raz drugi – miałby wspaniałe pole do popisu a społeczeństwo dużo spokoju i o ile mniej wyborów! To by była rzeczywista stabilizacja władzy, w dwóch kadencjach – zawierałyby się trzy obecne kadencje! Tego właśnie potrzebuje nasze państwo – stabilnej władzy do przeprowadzania reform.

W ostateczności można się zastanowić nad zupełnie innym systemem wyborczym, albowiem mechanizm poddawania władzy pod osąd wyborców w równych odstępach czasu – nie jest uwarunkowany niczym innym jak zwyczajem i obowiązującymi standardami rozwiniętych demokracji zachodnich. W naszych realiach o wiele lepiej sprawdziłby się system lekko autorytarny – oparty na władzy premiera lub prezydenta z rzeczywistymi kompetencjami w zakresie władzy wykonawczej jak i stanowienia prawa. Coś na wzór połączenia najlepszych wzorów z modeli: francuskiego i niemieckiego. Wynika to z praktyki, otóż bowiem ludzie i tak kojarzą system władzy z perspektywy rządzących „twarzy”, głównie premiera i prezydenta, którzy jednak nie mają wystarczającej władzy umożliwiającej jej realne sprawowanie.

Przeformułowanie uprawnień zawartych w konstytucji wraz z wydłużeniem kadencji władzy wpłynęłoby kojąco na wszelkie problemy naszej sceny politycznej. Nikt nie byłby preferowany bez decyzji wyborców, a udzielony mandat zaufania na długo zmieniłby nasz krajobraz wyborczy.

Oczywiście są też i zagrożenia, mianowicie – rządzący mogliby śmielej dokręcać śrubę społeczeństwu – nie licząc się z tym, że zaraz skończy się ich władza. Sześć lat to już naprawdę długi okres czasu. To jedna czwarta okresu naszej transformacji – okres jaki zmienił nasz kraj nie do poznania!

Zdecydowanie niebezpieczeństwo „tyranii” jest największym zagrożeniem jakie może nas spotkać w takim układzie czynników, jednakże przy odpowiednim działaniu mediów nie ma niebezpieczeństw nieodwracalnych.

O wnioski trudno, jednakże trzeba coś zrobić z systemem władzy, tak żeby była ona bardziej efektywna. W tym celu warto pomyśleć o wydłużeniu konstytucyjnych kadencji oraz o zmianie kompetencji w ten sposób, żeby władza była skupiona w rękach osób, z którymi jest kojarzona i wobec których wystawiane są postulaty o podejmowanie decyzji. Aczkolwiek, żeby nie było powyższe odebrane jako próba usprawiedliwienia obecnego rządu, trzeba stwierdzić że Donald Tusk do niedawna był omnipotentny i mógł przepchnąć przez Radę Ministrów i parlament każdy swój pomysł (z wyjątkiem uderzenia w przywileje socjalne rolników).

Tak na marginesie – jeżeli jakikolwiek rząd cierpiałby na “syndrom drugiej kadencji” w przyszłości, to warto zapisać w konstytucji obligatoryjne zgilotynowanie jego członków i członkiń, żeby nie bolały ich głowy!

2 komentarze

  1. Przypomina stare hasła: w walce o plan 5-letni … i tu daty.
    Niech żyją 5-latki!

    Przy okazji: czy nie należałoby obniżyć rozpoczynanie szkoły właśnie od 5-ciu lat?

    Wówczas młody obywatel Polski mógłby wyjeżdżać już na zmywak do Londynu w wieku lat 17, tuż po skończeniu liceum.
    Jego pełny staż pracy wynosiłby wówczas pełne 50 lat!

  2. To jeszcze się nie skończyła pierwsza w historii druga kadencja, a już jest jej syndrom.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.