Ekonomia

Jak antycypować skutki greckiej katastrofy dla polskiej gospodarki?

 Wystąpienie Grecji ze strefy Euro będzie oznaczać początek chaosu i budowy nowego porządku. Wszyscy spekulanci, którzy okresowo podtrzymują kurs naszej waluty i innych walut krajów wschodzących, zamkną swoje pozycje na złotym i innych niepewnych inwestycjach. Można się pocieszyć, że najpoważniejsi gracze już się wycofali, zdywersyfikowali albo w ogóle wkalkulowali ryzyko w prowadzoną grę inwestycyjną. Jednakże z perspektywy londyńskiego City, gdzie odbywa się dominującą większość transakcji na złotym – pozbycie się wszystkiego, co rodzi jakiekolwiek zagrożenie w przypadku pojawienia się spodziewanego greckiego impulsu – jest koniecznością!

W wyniku upadku Grecji nie czeka nas nic innego jak silny impuls zamykający spekulacyjne pozycje inwestycyjne. Ze względu na natężenie tych zjawisk, ryzykiem jest utrwalenie ich konsekwencji – w tym przekleństwa inflacji napędzanej wzrostem cen paliw.

W praktyce oznacza to, że rynek zostanie zalany złotówkami, jeżeli nam się uda przygotować znaczne rezerwy walutowe – moglibyśmy na tym wahnięciu kursu nieźle zarobić, jako państwo, a zarazem obronić kurs złotówki. Potrzeba do tego około 10 mld Euro kilka miliardów dolarów amerykańskich oraz kilkanaście miliardów złotych. Niestety nie mamy w kraju, poza NBP dostępu do takich pieniędzy, które trzeba wyłożyć do gry. Czy nasz bank centralny podejmie taką grę? Zobaczymy, z pewnością sama obrona złotówki byłaby błędem, bo się jej obronić przy pełnej wymienialności nie da, jednakże przy odrobinie silnych nerwów można ograniczyć ewentualne straty. Co to znaczy? NBP powinno wykupić złotówki, w momencie zamykania pozycji przez zagranicznych inwestorów spekulacyjnych. W zależności od tego jak to będzie głęboki proces, obronimy się mniejszym kosztem lub wcale. Jest to gra o nasze ceny, inflację, siłę nabywczą ludności i nie przekroczenie progów konstytucyjnego zadłużenia! Przekroczenie kursu 5 zł za Euro nie będzie totalnym dramatem, ale musimy się przyzwyczaić do benzyny po 6 zł! Po prostu, nasza siła nabywcza wyrażana w złotych spadnie.

Właśnie we wzroście cen paliw i generalnie importowanej energii należy upatrywać największego zagrożenia wynikającego ze skokowego osłabienia złotówki. Nic bardziej nie napędza inflacji niż ceny energii. Niestety nie mamy rezerw strategicznych jak USA, które premier wzorem prezydenta USA – może w każdej chwili rzucić na rynek, uspokajając ceny. Wielka szkoda, albowiem rezerwy paliwowe na rok zapotrzebowania umożliwiłyby nam gładkie przechodzenie przez wszelkiego typu kryzysy. Paliwa byłyby drogie, ale stabilnie! Czyli drożałyby stabilnie – stopniowo, a nie skokowo. Proszę sobie wyobrazić szok, jeżeli zobaczymy z tygodnia na tydzień wzrost cen paliw o złotówkę! Tego nie wytrzyma żadne społeczeństwo, zwłaszcza tak ubogie jak nasze.

Równolegle można by prowadzić kampanie informacyjną, wskazującą podstawy naszej gospodarki – to czysty PR, nie daje gwarancji powodzenia – jednakże stwarza szansę przynajmniej na to, że mamy szansę być wysłuchani.

Co jeszcze możemy zrobić? Najlepiej byłoby poprawić koniunkturę wewnętrzną, licząc na to, że nasz rynek w wyniku wzrostu ilości realnego pieniądza w rękach inwestorów i konsumentów – dorobi 1 może 2 % PKB, którego w wyniku impulsu spowodowanego ucieczką spekulantów może nam na koniec roku brakować. Wymagałoby to odważnej decyzji politycznej rządu i natychmiastowych działań jak – obniżenia podatku VAT wraz z wyrównaniem wszystkich stawek do np. 18% – czyli wszystko w kraju, co się sprzedaje opodatkowujemy jedną stawką 18% i kropka. Równolegle, można by pomyśleć o osłabieniu kleszczy zgniatających stosunki pracy. Nic nie zaszkodziłoby, jeżeli zlikwidowalibyśmy np. Fundusz Pracy. Podobnie, chyba nic dramatycznego nie stałoby się, jeżeli dobilibyśmy OFE do końca, bo to efemeryczne rozwiązanie w obecnym kształcie nie ma już sensu, to tylko koszt ponoszony przez system. Nie udało się, może spróbujemy od nowa z emeryturami kapitałowymi? Do tego wszystkiego warto byłoby pomyśleć o odmrożeniu wszystkich ustawowych wskaźników zmuszających do sztywnego konstruowania budżetu. Nic nie szkodzi, jeżeli obetniemy wydatki na wojsko, „święte krowy” (instytucje ustalające samodzielnie swój budżet), i inne. A na koniec, warto pomyśleć o ogłoszeniu abolicji dla przestępców skarbowych i wszystkich ukrywających swoje dochody. W zamian za ryczałt, można by uniknąć odpowiedzialności.

Całość tych działań, spowodowałaby, że w gospodarce pojawiłaby się większa ilość pieniądza – przy mniejszym opodatkowaniu. Jest jeszcze połowa roku, byłby to silny impuls dla gospodarki umożliwiający znaczne zwiększenie zakupów a zarazem przejrzystość cen. Oczywiście jednolita stawka podatku VAT w naszych warunkach to byłby przełom, ale zasadniczo nie mamy innego wyjścia, gdyż dalszego podwyższania podatków ludzie po prostu nie wytrzymają – a jak mechanizm wzrostu napędzanego konsumpcją krajową się zatrzyma to będzie oznaczało kilka lat stagnacji, czyli pełnego dramatu cięć i oszczędności. Dlatego warto podejmować aktywną politykę budżetową, jeżeli to jeszcze jest możliwe. W ostateczności, jeżeli nam się wszystko nie uda i tak trzeba będzie przeprowadzić reformy na serio.

Być może proponuję ucieczkę do przodu, ale zawsze lepsze są zachowania aktywne niż bierne oczekiwanie chyba, że można się skutecznie schować, ale nie mamy takiej szansy w tym przypadku.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.