Kultura

Interwencja 1

Mglisty deszczowy poranek

Rozpadał się deszcz. Ponury poranek stał się jeszcze bardziej ponury. Powietrze stało się parne. Woda, która dopiero co zaczęła spływać z chmur na ziemię, zaczęła zaraz parować. Zrobiło się duszno i mglisto. Deszcz po chwili przeszedł w ledwo siąpiący kapuśniaczek, który słabł i słabł. Nie wiadomo już było, czy jeszcze pada, czy też to już tylko osadzająca się na twarzy wilgoć unosząca się tak wszechobecnie w powietrzu. Nie było czym oddychać. Wiatr zaszył się gdzieś w najlepsze sprawiając, że ociekające wodą powietrze wisiało niczym wodna kurtyna ani myśląc ustąpić miejsca choćby lekkiemu ożywczemu powiewowi. O promieniach słońca nie było co marzyć tego poranka. Ziąb przenikał do szpiku kości. Bardziej z powodu nadmiaru wilgoci, niźli rzeczywistego zimna. Na wciąż bezlistnym drzewie kuliło się stadko mokrych jak kury wróbli. Żaden się nie odezwał ni ćwierknięciem. Żaden nie dał spłoszyć przechodzącym pośpiesznie nielicznym przechodniom. Każdy z nich chciał tylko przeczekać tę parszywą pogodę i doczekać się kojących promieni słońca. Wtedy znów odżyją i zaczną, jak to mają w zwyczaju, przekomarzać się na pełne gardło.

Podjechał samochód i zaparkował przy ulicy na wolnym miejscu. Wysiadł z niego niemłody mężczyzna. Rozejrzał się niepewnie sprawdzając coś na kartce. Rzucił okiem na numer widniejący nad oberwaną bramą obskurnej kamienicy. Naciągnął zieloną czapkę z żółtym daszkiem głębiej na oczy, wcisnął ręce w kieszenie swej skórzanej kórtki i nieco zgarbiony podszedł do stojącego nieopodal radiowozu.

Nim zdążył wyjąc dłoń z kieszeni, by zastukać w szybę, uchyliło się okienko w drzwiach.

– Czekamy jeszcze na kuratora z nakazem – padło zdanie z wnętrza wozu.

– Długo? – zapytał.

– Winien już być. Wsiądzie pan?

Skinął ochoczo głową. W tym momencie rozsunęły się drzwi z głuchym trzaskiem. Mimo woli wzdrygnął się nieznacznie. W środku siedziało jeszcze dwoje: policjant i policjantka. Gestem ręki wskazali puste miejsce na ławeczce. Wsiadł. Przywitał się. Wymienili się nazwiskami. Zdawkowe uprzejmości. Zapadło milczenie. Czas stanął w miejscu. Dłużył się niemiłosiernie. Ciszę umilał sączący się delikatnie z głośników jazz.

Przez coraz gęstszą mgłę niewiele było widać. Odległy koniec chodnika ginął w nieprzeniknionej mlecznej zupie. Na dźwięk puknięcia w drzwi wszyscy podskoczyli wyrwani z zamyślenia.

– Przepraszam, że czekaliście, ale wiecie, korki. Autobus wlókł się noga za nogą i stąd to spóźnienie. Długo czekacie?

– Niespecjalnie…

– To co, idziemy?

– Możemy. Jest nakaz?

– Tak, proszę – powiedziała podając kierowcy papier wyjęty ze zgrabnej czarnej teczki.

Policjant rzucił okiem na dokumenty. Studiował je dłuższą chwilę. Zmarszczył lekko brwi.

– Będą chyba kłopoty – powiedział zwracając papiery.

– Zrobimy tak. My idziemy pierwsi. Wy zostajecie na półpiętrze póki was nie poprosimy do mieszkania. Jadźka, ty ich ubezpieczasz w razie czego.

– Brał pan udział w takich akcjach już? Wie pan co należy robić?

– Tak – odpowiedział starszy mężczyzna.

Drzwi otworzyły się z przytłumionym hukiem. Mgła nie zamierzała rzednąć. Przeciwnie. Jakby jeszcze bardziej zacieśniła swój oślepiający uścisk umniejszając ilość tego, co dawało się dostrzec. Powoli wysiedli przeciągając się nieco dla rozprostowania zastałych kości. Wilgoć sprawiła, że poczuli chłód. Na twarzy momentalnie osiadły im krople wody. Powoli, gęsiego weszli do kamienicy.

– Trzecie piętro. Najpierw spróbujemy zasięgnąć języka po sąsiadach.

Stuk Puk Kto tam?

Drewniane schody zaskrzypiały pod ich krokami. Okna na półpiętrze wychodziły na podwórzec. Szary i równie brzydki co kamienica. Ze ścian odpadała wielkimi płatami złuszczona farba. Tu i ówdzie gryzmoły. Nikt nie próbował dotykać poręczy, która nawet w panującym tutaj półmroku wyraźnie ociekała brudem. Drugie piętro. W nos uderzył ich ostry odór moczu. W kącie pod oknem świeża jeszcze kałuża. Ktoś się tutaj niedawno załatwiał. Wprost na wilgotną nadal ścianę.

– Dobra poczekajcie tutaj. Może da się otworzyć to cholerne okno, bo się podusimy w tym szambie.

Chwilę szarpali się z oknem. Już zdawało się, że nie ustąpi w ogóle, ale w końcu się udało. Niewiele to co prawda pomogło, bo mgła i bezruch powietrza nie wywołały żadnej cyrkulacji. Smród nadal bił po nozdrzach wywołując z trudem powstrzymywane torsje.

Kuratorka z mężczyzną się zatrzymali. Podała prowadzącemu nakaz oraz decyzję. Od policjantki wziął wydruk listu gończego.

– Blokuj schody, gdyby chciał wiać w górę, na dach. A ty Jadźka, jakby spieprzał na dół.

Niedbałym ruchem sprawdził kajdanki z tyłu spodni i kaburę z pistoletem przytroczonym do pasa. Zapukał do drzwi po lewej. Cisza. Zapukał ponownie. Dało się słyszeć kroki wewnątrz. Ktoś zdjął łańcuch i przekręcił stary zardzewiały i piszczący niemiłosiernie rygiel. Drzwi równie niemiłosiernie piszcząc otwarły się z wyraźnym trudem. Najwidoczniej zostały kiedyś uszkodzone i źle leżały na od dawien dawna nieoliwionych zawiasach. Policjant odruchowo cofnął się o pół kroku. W rozwartych drzwiach stała mocno starsza przygarbiona lekko kobieta z wielkim nożem w ręku. Włosy jej były rozwichrzone, tłuste, mocno siwiejące. Miała na sobie poplamioną podomkę i rozwalone kapcie na nogach. Nóż nosił jeszcze ślady masła…

– Czy…

Tyle zdążył powiedzieć lekko zaskoczony tym widokiem spięty policjant. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Trzask piskliwego rygla. Potrząsanie łańcuchem. Skrzypienie desek podłogowych niosło oddalające się w głąb korytarza kroki.

– Ja piernicze!– westchnął poirytowany.

– Ale stwór  dodał drugi – dobra, może z drugiej strony…

Porzuconych zakochanych

1994-03-12
Łódź

winno dobijać się
z czystego miłosierdzia

zbyt okrutne bowiem
jest życie porzuconych

zbyt boli samotność
dobijają wspomnienia

chciałoby się umrzeć
lecz nie jest to rozwiązaniem
porzuceni zakochani
żebrzą o miłość
z tęsknoty wyją nocami

chcieliby kochać
lecz kochać nie ma już kogo

Adam Gabriel Grzelązka

C.D.N. (1 z 3)

Poznań, 2016.03.30
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

4 komentarze

  1. takie sa realia
    smutny swiat i bezwxgledni
    Ludzie,spetani w okowach
    brutalnego zycia.
    Slaby musi ustaopic .mocnym
    Bieda i bogactwo od lat
    tocza batalie,a tak naprawde
    niewiadomo o co, magia
    pieniadza oslepia i czaruje.
    I to tocza walke te dwa
    zywioly na tym padole
    ziemskim i nie widza
    ze zycie im ucieklo
    i dalej bogactwo gra
    swoja role, nawet sie
    nie spostrzeglo ,ze jemu
    niewiele zostalo do konca.
    Prosi o przebaczrnie
    i nawrocenie lecz to
    juz za pozno.
    Kamienie i lzy.
    I bogactwo ubolewa
    nad swoim losem.
    No nic sie nie stalo,
    nic sie nie stalo
    Jestem szczesliwy
    O tak …
    Jestem Panem zycia
    i smierci.Tylko kto
    ciebie slucha…
    Biedne bogactwo
    I tak mowilo sobie
    I pozniej odeszlo
    z tego podolu ziemskiego.
    Nikt nawet nie zauwazyl
    tego

  2. Tekst smutny a ja nie chcę wprowadzać się w ponury nastrój. Nawiąże natomiast do zamieszczonego zdjęcia budynku. W mojej okolicy jest trochę takich i też niestety zaniedbane. Zamiast wydawać pieniądze unijne na aguaparki i różne inne parki a zwłaszcza na wsi, należało remontować budynki jak choćby ten przedstawiony na zdjęciu to historia i przekaz dla potomnych.

  3. Smutne, ale prawdziwe.

  4. Smutny tekst, z zycia wziete ..kurator, nakaz….list gonczy… kajdanki …by kogos zaaresztowac…taka ponura kamienica jak z “Pokoju na poddaszu”…,
    Zamieszczony wiersz wysoce nastrojowy
    Autor jest mistrzem nastroju …

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.