Interes

Jedynymi posłami, o których wiemy, czyje interesy reprezentują w Sejmie, są poseł Biedroń, posłanka Grodzka, poseł mniejszości niemieckiej i, być może, senator Bierecki. Choć ten ostatni zaprzecza. Proszę mi jednak powiedzieć, czyje interesy reprezentuje poseł Kalisz na przykład? A czyje rząd, owa crème de la crème wyekstrahowana z sejmu?

Dopóki to nie będzie całkiem jasne, sejm nie jest żadną reprezentacją nikogo przed nikim, prócz siebie samego przed Najwyższym. Bo choć z nawyku pilnie śledzę, jak jakiś masochista, różne poczynania sejmu, nie zauważyłem, by ktokolwiek tam reprezentował interesy milczącej większości czyli biedoty, lub prekariatu, na przykład, czyli moje.

Zauważcie, jak skrzętnie w Polsce, już nie obszarniczej, ale na powrót burżuazyjnej (bo burżuazja to historyczna nazwa właścicieli środków produkcji) – unika się słowa INTERES w jakimkolwiek kontekście. Polska ukonstytuowana została przecież nie jako państwo narodu, nie wartości nawet, bo te są sprzeczne także w konstytucji, ale jako państwo gospodarki rynkowej, dla złagodzenia wymowy raczej niż z przekonania nazwanej społeczną. A w gospodarce rządzą interesy, najczęściej globalne, nie zaś, jak chcą pięknoduchy, jakieś tam społeczeństwo.

O ile jednak interes w sensie gospodarczym, czyli korzyść wymierna i przeliczalna, rozumiany jest dość jednoznacznie, o tyle mniej jasny i trudniejszy do zdefiniowania jest interes grupowy, kiedyś zwany klasowym. Tworzy się dziś złudne przekonanie, że interes ten jest jednaki dla wszystkich. Oto Polacy, niczym światowy ewenement, niemal wybryk natury, mają jeden olbrzymi ale wspólny Interes. O który walczyć powinni wszyscy, jak jeden mąż, silni jednością, także w sejmie, co z tego, że różnie go sobie wyobrażają, a więc i definiują. Skąd nieuniknione potyczki. W sumie jednak, uważa się, wszystkim chodzi o to samo dobro. Czytaj: o dobro wspólne jakieś, czyli dobro tych samych.

A co, jeśli interesy stają się nie tylko różne, ale wręcz sprzeczne? Na to polski dyskurs żadnej odpowiedzi nie ma. Do sejmu wybierani są ludzie przypadkowi, to jasne. Jednak łączy ich jedno – wszyscy należeli, bądź po obraniu należą – do warstwy dobrze uposażonej i dobrze ustosunkowanej. Która zawsze sobie poradzi, byle jej nie przeszkadzać. W czyim więc interesie sprawują swe poselskie mandaty? Oprócz swojego? Oczywiście w interesie warstwy dobrze ulokowanej w oczkach siatki interesów, dzięki której żyją w warunkach ponadprzeciętnych. Dla większości Polaków – czyli wyborców – nieosiągalnych.

Celowo unikam tu określenia „interes wyborców”, bo posła nie wybierają wyborcy świadomi swego miejsca w społeczeństwie, także w gospodarce, by reprezentował ich interesy. O nic bowiem w Polsce nie dba się tak rzetelnie, jak o to, by żadna podrzędna grupa społeczna nie była zdolna zdefiniować swego grupowego interesu. Ci, którzy go zdefiniowali jako pierwsi, na początku, mają władzę, także poprzez media, nad tymi, którzy połapali się dopiero wtedy, gdy już podano desery a służba zabrała się za sprzątanie po suto zakrapianej uczcie przy okrągłym stole.

Wyborca więc, czyli ta mniejszość Polaków, która wybiera, nie wybiera posła podobnego do siebie, o tożsamych interesach, by ją w sejmie reprezentował. Kogo więc wybiera? Kogoś, z kim utożsamia się najwyżej charakterologicznie, wizerunkowo. Dobrze, gdy nie charakteropatycznie, ale i to się zdarza. Kogóż lub co reprezentuje potem taki poseł? A licho wie. Najczęściej samego siebie. Bywa też, że interesy wąskiej grupy, z której się wywodzi, i które zna jako jedyne, więc za jedynie słuszne uważa. Ale każdy z posłów i za każdym razem, gdy go o to spytać, nazywa je bałamutnie interesami państwa polskiego. Czymże jest jednak państwo polskie, jak nie zbiorem obywateli o NAJRÓŻNIEJSZYCH interesach?

Poseł to więc osobnik przypadkowy, wybrany przez przypadkowych wyborców – tych tylko, którym się chciało wybierać, i mieli na to czas, bo mogli jeszcze opłacić ciepłą wodę w kranie. Reszta zajęta jest przeżyciem i jeśli obejmują ją jakieś sondaże, to wyrywkowo i na sondażach zwykle się kończy. To jest właśnie tak zwane, przez posłów, przypadkowe społeczeństwo, którego nie warto pytać w referendach o zdanie w żadnej kwestii. Bo odpowiedzi mogłyby się uprzywilejowanym nie spodobać.

Nie wiadomo, na koniec, nie tylko czyj interes posłowie w sejmie reprezentują, ale i kogo nawet. Mówi się najczęściej, że wyborców. Ale wyborca, dalibóg, nie wie wcale na kogo głosuje, bo Pierdziński z PKP mówi mu tyle, co Pipsztycki z KPP. Już prędzej wie, co to PKP. Ale głosując na PKP wybiera Pierdzińskiego właśnie, choćby nie chciał. Ten zaś, znalazłszy się w sejmie, szybko zapomina, że wybrany został z powodu PKP, nie zaś przez wzgląd na swą urodę, takoż czym prędzej PKP opuszcza i zakłada KPK, bo mu z PKP już nie po drodze. Kogo zatem wtedy reprezentuje? Siebie i tylko siebie.

Radę na to wszystko widzę jedną. Uposażenie posłowi wypłacać jako wielokrotność najniższej płacy krajowej netto. Niech nawet nie płaci od tego podatków. Niech to będą jednak 3 najniższe krajowe, nie więcej. Wtedy zadba, by najniższa realnie nie była taka niska. Poza tym, co również nie bez znaczenia – do posad poselskich startować będą w konkursie wyborczym najlepsi z nas, a więc bezinteresowni, nie zaś najbardziej pazerni. Zasadę tę zastosowałbym również do innych posad państwowych, by oczyścić je z przypadkowych karierowiczów. I oddać prawdziwie obywatelom społecznie zaangażowanym.

Kto miałby tej rewolucji dokonać? Nie sejm przecież i nie politycy. Przykro o tym pisać, ale prawdziwych rewolucji dokonują tylko rewolucje.

4 thoughts on “Interes

  • 11 marca 2013 o 09:50
    Permalink

    Doskonale ujęta kwestia oderwania warstw rządzących jako elementu elity

    Odpowiedz
  • 11 marca 2013 o 13:07
    Permalink

    Temat i jego ogólne przedstawienie – 100% sluszności. Szczegóły – dużo demagogii i nieporozumień. Nie zgadzam się z tezą, iż większość posłów reprezentuje tylko sibie. W PiS jest spora grupa reprezentujących interesy kleru katolickiego, a poza nimi, w klubach poselskich mamy tych, którzy bezwzględnie podporządkowują się koterii trzymającej władzę w partii lub “wodzowi” przez tą koterię wysuniętemu. Być może, bardziej skomplikowana jest sytuacja w PO i w RP. Oczywiście ten opis potwierdza konkluzję Autora o nie istnieniu sejmowej reprezentacji społeczeństwa. No, ze względu na trudność określenia postaw posłów z PO i RP, może należaloby skorygować sąd: reprezentantów interesu większości społeczeństwa jest bardzo mało.

    Całkowicie błędnie jest podany środek zaradczy, który spowodowałby tylko napływ zadowalających się niskim zarobkiem nieudaczników nawet bardziej dbających o własną korzyść. Skuteczne może się okazać wprowadzenie JOW (jednomandatowych okręgów wyborczych) osłabiajacych zależność posła od partii i konsekwentne żądanie jawności dzialania wszystkich władz i urzędów. Jak to wykonywać, to już osobny temat.

    Odpowiedz
  • 11 marca 2013 o 20:04
    Permalink

    To, że posłowie dbają tylko o własne czyli poselskie dobro, społeczeństwo polskie wie od co najmniej 20-lat.
    Im wcześniej posły /słownictwo celowe/ to zrozumieją tym lepiej dla posłów. Nawiążę również do wpisu internauty, zadziwiające jest, jak wiele dbałości wykazują polskie posły gdy chodzi o Krk.

    Odpowiedz
  • 11 marca 2013 o 20:58
    Permalink

    A dlaczego niby mamy się interesować kto ma TAM i JAKI MA interes pomiędzy nogami?
    To jakaś perwersja.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.