Innowacyjność w Polsce? A co to takiego?

Wiele mówi się w naszym kraju o zagadnieniu innowacyjności. Wszyscy eksperci, dziennikarze i politycy traktują to zjawisko, jako jakiś niedościgniony totem, którego wystruganie jest niezwykle trudne przez tutejszą ludność tubylczą. Innowacyjność uwodzicielsko mruga do nas z wielu folderów reklamujących programy rządowe, jest wypisana na sztandarach wykorzystywania środków unijnych, wszystkie samorządy posiadają strategie rozwoju zawierające inwokacje do innowacyjności i prowadzą zakrojone działania mające na celu jej pobudzanie – a tu niestety pomimo wysiłków wszystkich i naprawdę szczerych chęci – nie udaje się i prawdopodobnie się nie uda.

Nasz kraj wyszedł z gospodarki centralnie planowanej z wysoce zacofaną i trudną w dostosowaniu do potrzeb rynkowych strukturą gospodarczą, w której szereg przedsiębiorstw zatrudniających olbrzymie ilości ludzi – nie produkowało nic, co ktokolwiek chciałby kupić. Charakterystyka ta jest ogólnym i generalnym opisem ówczesnej gospodarki, jednakże nie możemy mieć złudzeń, w momencie przełomu dysponowaliśmy jakimś tam potencjałem, jednakże był to potencjał, którego w żadnej mierze nie potrafiliśmy wykorzystać i nie mieliśmy środków na jego utrzymanie. W konsekwencji, przy pełnej bierności strony rządowej, milczeniu związków zawodowych – sytych odprawami i gwarancjami pakietów socjalnych oraz ku uciesze uwłaszczających się zarządców mienia publicznego – od 22 lat postępuje trwała deindustrializacja Polski.

Największe zakłady przemysłowe, pogrupowane w większe grupowania gospodarcze – centrale, zjednoczenia itp., zostały zlikwidowane lub przejęte już na samym początku. Program Powszechnej Prywatyzacji, znany pod magicznym skrótem NFI i świadectw udziałowych zakończył erę przemysłową w Polsce. Swoje po pewnym czasie dołożyło kilku „baronów” i „caryc” – niewiadomo skąd wysterowanych ekspertów, którzy sowimi poradami prywatyzacyjnymi a także bezpośrednim zarządzaniem majątkiem – bardzo szybko i skutecznie doprowadzili do zniknięcia polskich marek, likwidacji dobrze zapowiadających się i mających potencjalne znaczenie ośrodków produkcji, a w konsekwencji w ogóle myśli przemysłowej w Polsce.

Z czasem upadły biura projektowe, ponieważ nikt nie zamawiał od nich usług, w międzyczasie upadło i zostało pochowane szkolnictwo zawodowe – kształcące technologów i bezpośrednich wykonawców. Obecnie umiejętność czytania rysunku technicznego, trasowania, czy też sterowania maszynami – jest tak rzadka jak znajomość języków Biblii – aramejskiego lub starogreckiego! Zniknęła z Polski klasa inżynierów, pojechali na zachód montować sedesy naszym nowym sojusznikom i przyjaciołom. Projektanci wysokiej klasy wyjechali do Californii lub gdziekolwiek na zachód, gdzie płacono im za prace – lub przebranżowili się. Wielka rodzina polskiego przemysłu, którego początków należy szukać w kulturze przemysłowej Centralnego Okręgu Przemysłowego oraz konstruktorach – projektantach z tego okresu zniknęła z powierzchni Polski, – chociaż nikt po 1990 roku nie organizował akcji „AB”, nie robił łapanek na inteligencję „techniczną”, nie rozstrzeliwał w piwnicach, nie wywoził do lasu, nie głodził w bunkrach głodowych, ani nie ładował z rodzinami do wagonów bydlęcych – otwieranych za kołem podbiegunowym lub na pięknym kazachskim stepie. Wszystko zniknęło – samo! Młodzi Polacy nie myślą o trudnych studiach technicznych, matematycznych – generalnie inżynierskich. Wzorem aspiracji dla krajowej inteligencji jest np. zawód lekarza, zawód prawnika, lub inne nieprodukcyjne, – ale gwarantujące udział w wyższej półce narodowego tortu z tytułu kwalifikacji rzadkich i gwarantujących sensowną stopę zwrotu.

Jakoś tak sprytnie się stało, że licząca ponad 70 lat tradycja planowania przemysłowego w Polsce nagle w III RP zanikła, ze wszelkimi pozostałościami. Przykładowo nie produkujemy już lokomotyw, a jedynie pudła do nich, sterowanie i silniki są importowane nawet do lokomotyw konstruowanych w kraju. Statki – produkcja stoczniowa dogorywa w wyniku skandalicznej wręcz niekompetencji i braku skuteczności obecnego rządu. Samochody – nic nie zostało z opłacanych statkami węgla licencji motoryzacyjnych, przemysł, który jest to producenci komponentów i montownie cudzych pomysłów. Zero polskiej myśli technicznej, wdrożeniowej i marketingu. Przemysł lotniczy – lepiej się nie wypowiadać żeby nie denerwować czytelników. Elektronika – nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać? Produkcja specjalna – wojskowa – dogorywa. Produkcja aparatury pomiarowej itp., – w zaniku. Produkcja narzędzi i maszyn wykorzystywanych w procesach produkcyjnych – ma się nieźle, – ale w zakresie realizacji obcej myśli projektowej. Podupada nawet produkcja maszyn dla górnictwa, co było przez lata naszą chlubą. Ciężka chemia, polimery itp. – średnio dobrze, bez sukcesów własnych – głównie półprodukty i produkty proste. Przetwórstwo żywności – ma się nieźle, ale brakuje czerpania korzyści ze skali.

Jest to dość subiektywny przegląd, ale należy mieć świadomość prostego porównania, – jeżeli w latach 50 tych niespełna dziesięć lat po odzyskaniu niepodległości, w kraju wyniszczonym przez wojnę, w trakcie odbudowy, przy konieczności organizacji na nowo życia społeczno-gospodarczego na tzw. ziemiach odzyskanych – byliśmy w stanie produkować na licencji – cały samolot Mig 15! Czy dzisiaj bylibyśmy w stanie podjąć się całościowej produkcji licencyjnej – adekwatnego samolotu – pod względem następstwa w typoszeregu rozwojowym konstrukcji lotniczych – Miga 29? Odpowiedź brzmi nie. Nie bylibyśmy w stanie. A czy chociaż bylibyśmy w stanie, przy założeniu, że do władzy w Polsce dostał się jakiś szaleniec i ogłosił pełną autarkię – wznowić produkcję Miga 15? Prawdopodobnie nie, albowiem starzy fachowcy, ludzie, którzy stworzyli całkiem niezły i wydajny przemysł lotniczy w Polsce powojennej już nie żyją, albo są w zaawansowanym wieku – a niestety nie mieli, komu przekazać zgromadzonej przez lata wiedzy na temat organizacji produkcji i samych procesów produkcyjnych. To w Polsce umarło. Jeżeli zatem, dopuściliśmy się do zaprzepaszczenia krajowego potencjału z takim trudem rozbudowanego – nie ma ciągłości przemysłowej, nie ma rozwoju myśli technicznej, nie ma kontaktów międzypokoleniowych starych doświadczonych kadr z młodymi – zanika pamięć instytucjonalna, a właściwie zanikła, albowiem instytucje też zanikły – to, po co w ogóle mówimy o innowacyjności. Przecież taki proces nawet, jeżeli się rozwinie i wykiełkuje, to nie będzie miał gdzie być wcielony w życie. Obcy właściciele majątku produkcyjnego w Polsce, realizują tutaj własną politykę produkcyjną – traktując nasz kraj, jako miejsce np. montażu, dostarczania komponentów, składania części podzespołów, integracji, itp. Jednakże wszystko to, aczkolwiek jest w swojej złożoności doskonałe i niesłychanie wydajne – to praktycznie zawsze, z wyjątkiem nielicznych zakładów – branż – stanowi element składowy większej całości, dla której realizacja procesów w Polsce – to jedynie składowa większej, innej, zewnętrznej dla naszej gospodarki całości. Tu nie ma prawdziwej produkcji, produkcji, która tworzy miejsca pracy dla projektantów, stymuluje wynalazczość, wspiera „kulturę pracy”, wykorzystuje marketing, buduje własne marki i reinwestuję wartość dodaną – rentę z całokształtu działalności – w rozwój prowadzonej działalności – celem dalszej ekspansji, zmniejszania kosztów i podwyższania użyteczności. Tego wszystkiego w naszym kraju nie ma i trzeba to sobie otwarcie powiedzieć – nie będzie.

Nie wynika to z jakiegoś wielkiego spisku międzynarodowego kapitału, który nas prześladuje – i nie będzie stawiał na Polskę. Po prostu taki jest międzynarodowy podział pracy i dochodów na międzynarodowym rynku – w realiach globalizacji. My się niestety nie załapaliśmy na kawałek tortu, zostało nam nasze stare, dobre i znane nam od pokoleń kartoflisko – gdzie możemy sobie wykopać bulwy, ewentualnie popić zrobiony z nich wywar drogim napojem gazowanych – globalnego producenta. Ale naprawdę nic więcej się nie zmieniło, nie awansowaliśmy w konkurencji międzynarodowej tak jak inne kraje. Polska to dalej kraj kartofla, przy czym trzeba pamiętać, że kartofliska zawdzięczamy pewnej niezwykle innowacyjnej zagranicznej królowej! Natomiast doskonale skalę potrzeb zrozumiała Korea Południowa i Taiwan, a także w ostatnim dziesięcioleciu Turcja – kraje, które odpowiednio wcześnie postawiły na rozwój własnej myśli technicznej i własnych grupowań gospodarczych – dążących do integrowania ww. czynników i składowych procesów wytwórczych we własnych rękach. Obecnie te kraje są jednymi z kluczowych państw w międzynarodowych łańcuchach wytwórczych. Korea, Taiwan, to potentaci w produkcji elektroniki, budownictwie a także przemyśle ciężkim. Przykładowo Taiwan stawia na rozwój branży medycznej, oraz wysoko specjalizowanego rolnictwa. Turcja buduje swój potencjał gospodarczy, stając się islamskim przemysłowym tygrysem, korzystającym na dostępie do unijnego rynku a zarazem monopolizującym kontrakty w wielu branżach w krajach Bliskiego wschodu i Azji postsowieckiej. Tureckie lodówki i pralki – pod turecką marką są do kupienia praktycznie w każdym polskim sklepie z AGD, bez problemu można je zamówić – w dowolnym kolorze i w kilku wariantach wyposażenia (segmentach cenowych) w Internecie. Kraj inwestuje w przemysł elektroniczny, produkcję nowych technologii – sięga po technologie kosmiczne. Turcja! Która przed wojną kupowała samoloty z naszego PZL, obecnie sama montuje u siebie F 16, produkuje doskonałe pojazdy kołowe – właściwie całą rodzinę pojazdów kołowych klasy naszego „Rosomaka”, w bardzo udanej współpracy z potentatem technologicznym z Singapuru. Jest to dowód na to, że jak się chce to się da. I nie trzeba do tego funduszy unijnych, komisarzy, projektów, programów, – z których jedyne, co zostaje to grawerowane laserem okolicznościowe kubki i długopisy.

Innowacyjność w polskich realiach jest w istocie problemem, słyszeliśmy o polskim wynalazcy urządzenia absorbującego energię kinetyczną, którego działania na kilka lat sparaliżowały polskie służby specjalne – troszcząc się o jego wynalazek. Słyszymy o pionierach lotnictwa z Bielska-Białej, którzy w garażu sami opracowali mały samolot odrzutowy – z własnych pieniędzy, bez pomocy z zewnątrz. Słyszymy o pojawiających się pod Warszawą producentach mniej lub bardziej wesoło wyglądających, – ale o pełnej użyteczności! Pojazdów elektrycznych. Mamy szanse na grafen, produkcję specjalnie hodowanych kryształów. Produkujemy doskonałej, jakości luksusowe łodzie i jachty. W oprogramowaniu tj. produkcji oprogramowania – bylibyśmy graczem globalnym, gdyby istniał krajowy program wyławiania talentów informatycznych i zatrudniania ich w kraju w jednej z kilku współpracujących ze sobą korporacji zajmujących się wymyślanie, projektowaniem, pisaniem i wdrażaniem oprogramowania na wszystko – i wszędzie tam, gdzie jest potrzebna działająca maszyna. Z niewiadomych powodów nie wykorzystujemy szans, jakie daje nasze rolnictwo dla odpadowej produkcji biopaliw, już o produkcji pełnoskalowej biopaliw nie mówiąc. Odłogowane pola – przynoszą dopłaty, ale mogłyby dostarczać paliwa. Tego też nie potrafimy zorganizować. Co więcej, rolnictwo – nasz wielki atut – kuleje w kajdanach niewolniczego postpańszczyźnianego systemu mało wydajnej produkcji. Nie jesteśmy w stanie od 20 lat zdobyć się na reformę rolną, polegającą na stworzeniu mechanizmów podatkowo – finansowych – skłaniającej rolników do sprzedaży ziemi na rzecz większych producentów rolnych. Tak jak to miało miejsce we Francji – generalnie na zachodzie w latach 70 tych. Nadal konserwujemy – rozdrobnienie będące pozostałością w pewnych miejscach jeszcze stosunków przed zaborczych! Czyniąc rolników – upośledzoną ekonomicznie warstwą społeczną. Przemysł przetwórczy, z wyjątkiem kilku diamentów zupełnie się nie liczy na rynku europejskim, krajowe mleczarnie związane limitami skupu – produkcji – ledwo funkcjonują na krajowym rynku – bez szans na komasację produkcji i masowy – eksport – zdobywanie rynków azjatyckich i bliskiego wschodu. Małe i średnie przedsiębiorstwa to niestety nadal firmy działające wg schematu – „ja i szwagier” a czasami dwóch pomocników zatrudnionych „na czarno” – jedziemy montować kabinę prysznicową, malować, tynkować itp. Wszystko to w oparciu o kapitał własny, albowiem uzyskanie kredytu na działalność gospodarczą w Polsce – w bankach działających na terenie tego póki, co kraju – jest równie mało prawdopodobne jak spotkanie Marsjanina na ul. Wiejskiej w Warszawie.

Jak w takich warunkach – braku kultury technicznej w ogóle, braku krajowych centrów grupowania kapitału – zainteresowanych wdrażaniem innowacji, albowiem mogą mieć z nich natychmiastowe korzyści – i przy braku normalnych źródeł finansowania, można w ogóle mówić w Polsce o innowacjach na serio? To, co się czasami gdzieniegdzie pojawia, to efekt pracy badawczej jakiegoś geniusza, czyli zainteresowań naukowych i pracy – często całego życia zawodowego. Ewentualnie jakiś młody geniusz komputerowy, zaproponuje coś nadzwyczajnego w informatyce. Jednakże nie ma czegoś takiego jak krajowa „wylęgarnia” pomysłów, inaczej się tego nie da nazwać, – ale czegoś na kształt Massachusetts Institute of Technology, gdzie uczelnia i to w oparciu o granty prywatne – stale wypuszcza geniuszy – twórców, odkrywców – patentujących więcej niż cała Polska. Nasze parki technologiczne, to przeważnie miejsca lokowania produkcji – w rajach podatkowych, gdzie polski rząd zrzeka się części przysługującego mu władztwa podatkowego – a inwestorzy – głównie zagraniczni – mogą montować rękami tubylczej klasy pracującej swoje pralki, lodówki, samochody, skrzynie biegów, itp.

Reasumując, innowacyjność w Polsce to bujda na resorach. Podstawy dla niej wykorzeniliśmy sami w długim okresie deindustrializacji kraju. Tam gdzie nie ma przemysłu, nie ma produkcji, nie ma projektowania – nie ma zapotrzebowania na myśl techniczną, którą można wdrożyć, sprawdzić w działaniu i spieniężyć – nie może być mowy o jakimś wytrysku gejzerów innowacyjności. Polityka państwa i samorządów w tym zakresie to bicie piany, ewentualnie, – co jednak jest szczególnie cenne – wspieranie wysp rozwoju, tam gdzie jest to możliwe. Jednakże w ten sposób nie da się nic trwałego, przynoszącego długofalowe efekty, proliferującego się i co najważniejsze – przynajmniej – samofinansującego nie da się zbudować. Dlatego, głównie ze względu na konkurencje międzynarodową – szczupłe środki krajowe i wsparcie unijne, należy wyjątkowo sprytnie ulokować w gałęziach innowacyjnych, zdolnych do stworzenia „przemysłu” z niczego – od podstaw, lub takiego zrewolucjonizowania danej gałęzi, żeby w kilku dziedzinach być nr 1-2-3 w skali globalnej. Tylko wówczas, byłoby możliwe przynajmniej nadążne, uczestniczenie na równych prawach w globalizacji. Inaczej czeka nas los zaplecza – surowcowo-pracowniczo- rolnego, dla Unii Europejskiej a w ostatecznym rozrachunku dla głodnych państw Azji i Bliskiego wschodu. Nawet bez innowacji, będziemy się rozwijać, jednakże będzie to rozwój w oparciu o produkcję tradycyjną w rodzaju „mebli”, „masła” i „sera” oraz „przetworów mięsnych” – albowiem miedź się za niedługo skończy. A wtedy i tak niekorzystny bilans handlowy, na trwałe zanurkuje w odmętach uzależnienia gospodarczego. Niewielki dystans dzieli nas od Grecji, musimy przy tym pamiętać, – że u nas zimy są ostrzejsze. Jeżeli nie zarobimy pieniędzy, czeka nas głód i zimno, albo powrót do gospodarki pierwotnej.

6 komentarzy do “Innowacyjność w Polsce? A co to takiego?

  • 26 marca 2012 o 19:29
    Permalink

    No i mamy całkiem fajny napisany przystępnym językiem artykuł streszczający polską gospodarkę i to dlaczego nie jest dobrze a będzie prawdopodobnie już tylko gorzej, bo jakoś nie mam wiary w odwrócenie obecnego trendu. Mam malutką nadzieję że ktoś w ministerstwie gospodarki albo Kancelarii Premiera czyta te artykuły i do tego jeszcze myśli.

    Odpowiedz
  • 26 marca 2012 o 19:39
    Permalink

    Proszę pana, ostatnim rządem który na ziemiach polskich myślał był rząd Generalnego Gubernatorstwa ! POtem było już tylko gorzej!!!

    Odpowiedz
    • 26 marca 2012 o 19:54
      Permalink

      Tak powiem Panu/Pani że jest dużo prawdy w tych słowach. Widzę to po swoim mieście. Niemcy w cztery lata zrobili tyle co cały PRL a obecna władza po 89 roku to w ogóle szkoda mówić. Jest to przykre ale prawdziwe.

      Odpowiedz
  • 26 marca 2012 o 20:47
    Permalink

    Nas nie stać nawet na wyprodukowanie choć 1 sztuki nie tylko pierwszego mikroprocesora 4004 – ale nawet tranzystora TG1 z końca lat 50. Wiadomo, że się to nie opłaci, element będzie miał mierne parametry i kosztował fortunę, ale NIE MA KTO TEGO ZROBIĆ. Nie ma ludzi, laboratoriów, ciągłości technologii. Przykre.

    Odpowiedz
  • 26 marca 2012 o 20:51
    Permalink

    Narzekacie tylko! mamy produkty regionalne – importowane z CHRL!!! ku chwale Ojczyzny !

    Odpowiedz
    • 4 listopada 2012 o 23:10
      Permalink

      Podoba mi się wizja produktów regionalnych importowanych z CHRL

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.