Ekonomia

Inflacja wzrosła bez wzrostu płac?

 Najnowsza informacja Głównego Urzędu Statystycznego w przedmiocie inflacji dostępna [tutaj], pokazuje, że w naszej gospodarce dzieją się jakieś fascynujące procesy, których po pierwsze nikt nie przewidział a po drugie, których wyniki zaskoczyły wszystkich. Jak to jest możliwe, że w gospodarce w której nie rośnie ilość pieniądza w obiegu – mamy do czynienia ze wzrostem inflacji?

To bardzo ciekawe, bo pensje nie rosną – ilość pieniądza w obiegu pozostaje taka sama, oddolne procesy mnożnikowe w gospodarce nie startują (konsumenci nie wydają, nie generują popytu na nowe produkty, nie tworzą nowych miejsc pracy, banki nie mają większego obrotu, nie kreują więcej pieniądza), w zamian za to – jak wynika z ww. informacji GUS rosną te koszty, które musimy płacić żeby żyć. Czyli koszty utrzymania mieszkania i oczywiście żywność, co dla 90% społeczeństwa oznacza dramaty związane z wydawaniem wszystkich wolnych pieniędzy poprzez jeszcze większy drenaż naszych kieszeni na rzecz nieszczęsnych wydatków podstawowych. Których koszty rosną, ale ilość czy też dostępność się nie zmienia – niczego nie przybywa, ani nie poprawia się żadna jakość czy też efektywność. TAK PROSZĘ PAŃSTWA NIC NIE ROŚNIE POZA CENAMI to naprawdę polski fenomen!

Częściowo „winna” jest pseudo reforma śmieciowa, gdzie nie dość że państwo nie potrafiło wprowadzić banalnie prostego i zestandaryzowanego systemu segregacji dla całego kraju opartego na kolorach kubłów (jak np. w Niemczech), to jeszcze żaden z genialnych planistów nie przewidział że zmiana zachowań tak wielu mikro podmiotów – polegająca głównie na zwiększeniu tego para podatku – spowoduje „jakieś” skutki w ujęciu zagregowanym, czyli makro.

Jednakże najbardziej zabójcza okazuje się jak zawsze żywność, były burze, długo było zimno – wcześniej ceny owoców zwariowały do tego stopnia, że np. puszkowane mandarynki są w Polsce tańsze niż świeże śliwki. Teraz szał cen ogarnia świeże warzywa – wszystko drożeje, z miesiąca na miesiąc. Oczywiście rząd tego zupełnie nie przewidział, no bo wiadomo że mamy wolny rynek, na którym niewidzialna pięść pokazuje nam jego oblicze za każdym razem kiedy sięgamy po portfele. Jednakże co szkodzi temu rządowi, który od lat prowadzi tak totalnie stymulacyjną politykę rolną – wymagać stabilizacji cen? Nie chodzi o to, że rząd ma coś skupować z rynku i sprzedawać nadwyżki jak są niedobory lub jak ceny znacząco rosną, takie interwencje – owszem są możliwe – ale w dobie tak doskonale rozwiniętej logistyki produktów żywnościowych jak dzisiaj – będą one zawsze nieefektywne. Chodzi bardziej o to, żebyśmy nie płacili na polskich straganach takich samych cen jak Niemcy u siebie za te same przeważnie nasze lub rumuńskie owoce. To nie będzie łatwe, albowiem mamy generalnie wolny rynek – silnie stymulowany przez państwo, na którym konsumenci płacą podwójnie. To znaczy najpierw płacą z podatków na dotacje dla rolnictwa a potem płacą cenę za produkty w wysokości – już nie oszukujmy się unijnej. Czyli wszystko działa z wyjątkiem naszych płac powodujących, że nasza siła nabywcza jest upośledzona. W efekcie eksportujemy coś czym powinny zajadać się polskie dzieci, których rodziców nie stać na owoce i ledwo stać na warzywa. Inflacja przy tym rośnie, a my nie jemy tyle ile powinniśmy – płacąc więcej. I w ten oto sposób robi się z tematu „głupiej” sałaty temat polityczny.

Żeby było już zupełnie śmiesznie, w międzyczasie okazało się że nasz eksport bije historyczne rekordy! Polska ma nadwyżkę handlową – BĘDĄC W RECESJI! Można nieśmiało zatem zapytać – kto jest szczęśliwcem konsumującym benefity? Wiadomo – zagraniczne korporacje, które w swoich skonsolidowanych sprawozdaniach finansowych wykazują jakie to są biedne i jakie mają gigantyczne koszty działalności, bo przecież inwestują – na szczęście!

Wnioski – coś bardzo dziwnego dzieje się w naszej gospodarce, która przecież jest gospodarką nadążną za zachodnimi i uzależnioną od zagranicznych rynków w stopniu decydującym o naszej przeżywalności lub samozatopieniu. Jeżeli nie wiadomo o co chodzi – na pewno chodzi o pieniądze. Tak się akurat składa, że za wielką wodą w Rezerwie Federalnej zaczynają przebąkiwać o chęci zakończenia luzowania ilościowego dolara. Będzie to oznaczać, że globalne rynki przestaną dostawać to co kochają najbardziej na świecie, czyli pieniądze, które mogą sobie gromadzić. Nie można się więc dziwić, że ci, którzy mają pieniądze i wpływy próbują antycypować zmianę pochodzenia swoich zysków. W momencie, gdy dotknie to naszego kraju, to wzrost inflacji o coś tam ponad jeden procent z powodu zwiększenia ceny wywozu śmieci i drożejącej żywności będzie jedynie wspomnieniem czasów błogiej niewinności.

Póki co wzrost inflacji w Polsce bez wzrostu wynagrodzeń to dowód na drenowanie naszych kieszeni przez system.

4 komentarze

  1. Bardzo wnikliwy tekst. Mało kto zauważa takie trendy i wyciąga prawdziwe wnioski. Mój jest taki, że Polska stała się dojną krową dla cwaniaków z międzynarodowych globalnych korporacji, a rządzący Polską pełnią rolę podobną do tej jaką ma jeden z ministrów wobec niemieckiego właściciela w podkrakowskim Zabierzowie.

  2. W Europie na polskich reformach najlepiej wychodzą banki w Londynie.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.