Polityka

In vitro tylnymi drzwiami? Może czas na autorytaryzm Tuska?

 Premier zdecydował się na prowadzenie polityki na poważnie, z jednej strony słyszymy o wykastrowaniu przywilejów górniczych, z drugiej uśmiech w stronę pana Palikota pod hasłem In vitro. Nieco wcześniej pomoc dla nieudolnych kobiet – roczne urlopy macierzyńskie. Na łamach Obserwatora politycznego negatywnie oceniliśmy te kwestie, zwłaszcza In vitro – naprawdę są inne kwestie wymagające wsparcia finansowego przez NFZ – rak, choroby wieńcowe, niepełnosprawni, rzadkie choroby itp. Ale dobrze, szanujemy decyzję pana premiera – zdecydował, nie ustawą – bocznymi lub wręcz tylnymi drzwiami – korzystając z uprawnień Ministra Zdrowia wprowadzi to co chce. Może rzeczywiście czas jest na autorytaryzm premiera Tuska? Jeżeli nie ma możliwości inaczej zapanować nad własnym zapleczem niech stosuje metodę faktów dokonanych – o ile będzie skuteczna.

Kwestie moralne In vitro pozostawmy do oceny etykom, więcej niż to, co napisaliśmy nie da się wyartykułować, jest to na pewno kwestia trudna, kwestia wymagająca indywidualnego podejścia, trudno jest jednoznacznie popierać technologię, która ma tak negatywne skutki poboczne (zamrożone zarodki). Mniejsza z tym – jest decyzja, ma być realizowana – ten, kto z tego korzysta będzie to robił na odpowiedzialność własnego sumienia. Można jedynie mieć nadzieję, że przed przyznaniem prawa do świadczenia – zostanie sprawdzony PIT, żeby nie korzystali z tego tylko bogaci no i jakiś filtr moralny – eliminujący samotne panie, którym znudziły się już pieski a nie chcą poznawać mężczyzn.

Jednakże In vitro to bardzo istotny wyłom w dotychczasowych relacjach Platformy Obywatelskiej z Kościołem, jeżeli ta instytucja jest już tak słaba, – że przed przyszłymi wyborami nie trzeba się z nią liczyć, to znaczy, że naprawdę gwałtownie zmienia się nasz kraj i coś przegapiliśmy. Można jedynie mieć nadzieję, że pan Tusk wie, co robi i właśnie nie przekazał 2 mln głosów dla prawicowej opozycji, zapewniając nam rządy numerowanych rzeczpospolitych przez kolejne kilkanaście lat?

Jeżeli premier tak ważną sprawę przeprowadza sam, nie decyduje się na przeprowadzenie jej z pompą przez Sejm, to znaczy, że nie jest pewien wyniku, a za wszelką cenę potrzebuje pokazać, że jest skuteczny. Można to zrozumieć, albowiem oskarżenia – nic nie robienia były powszechne i po prostu obiektywne, ale żeby od razu odstawiać nawet własną partię?

Nie ma jeszcze zdania koalicjanta, albowiem przecież jest to decyzja de facto rządu, czyli bierze za nią odpowiedzialność także pan Waldemar Pawlak, no chyba, że jesteśmy już w jakiejś nowej formule rządzenia, gdzie można być w rządzie a zarazem nie odpowiadać za decyzje podejmowane przez jego drugą część. Może się za parę dni okazać, że pan premier dostanie od pana wicepremiera rachunek, który będzie musiał zapłacić za to, że ten przełknął tą żabę.

Można się zastanowić, czy pan premier tym aktem w sprawie In vitro, – po co najmniej pięciu latach jałowej dyskusji o tym, czy warto? – Zapoczątkuje czas szybkich decyzji? Może jednak nie chodzi tu wcale o n In vitro, ale o zamaskowanie problemów rządu na poziomie europejskim, – ponieważ wiadomo już, że nie ma szans na 300 mld-ów, to przynajmniej da się narodowi In vitro? Kilku publicystów i polityków sugerowało ten scenariusz w dzisiejszych przeglądach mediów, albowiem nic nigdy się w naszej polityce nie bierze samo z siebie.

Reasumując – fakt, że partia, która rządzi tylnymi drzwiami metodą „na dopalacze” wprowadza nowe rozwiązania – dotyczące niezwykle delikatnych i drażliwych społecznie spraw, to znaczy, że coś jest nie tak. Nie bójmy się tego powiedzieć wprost – to lekkie nadgryzanie państwa, albowiem rząd boi się swojego własnego koalicjanta i chyba też własnych parlamentarzystów. Jest oczywistym, że polityka ma na celu realizację rzeczy możliwych, jednakże nie robi się tak ważnych kwestii metodą „na podpis”, albowiem mogą tak samo łatwo zniknąć, też jednym podpisem. Pozostaje nam czekać na reakcję najbardziej jednoznacznie nastawionego do tematu Kościoła i reperkusji, jakie to przyniesie dla sceny politycznej, a właściwie umocnienia jej prawej strony. Za wszystko w polityce się płaci, doskonale rozumie to pan premier. Wielka szkoda, że innych niezwykle ważnych spraw nie przeprowadza tak zdecydowanie i ekspresowo! Pomijając już kwestię, czy In vitro w ogóle powinno być finansowane z pieniędzy publicznych, albowiem są ważniejsze problemy zdrowotne. Przy czym absolutnie nikt rozsądny nie śmie powiedzieć, że to nie jest ważna społecznie sprawa, a premier swoją decyzją uspołecznia program In vitro, albowiem nie każdego na nie stać. Jednakże jak udowodnić, że od roku z żoną staramy się o dziecko? A co jeżeli żona ma żonę? Dobrze, już nie zaczynajmy…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.