Paradygmat rozwoju

Idea regulowania naszego życia

 Władza zawsze bierze się z możliwości decydowania. Decydowanie o sprawach ważnych dla społeczności jest jej wyznacznikiem pozycji władzy. Od stylu sprawowania władzy zależy a zarazem co jest sposobem na praktyczne określenie jej charakteru, czy dana władza ma charakter władzy przyzwalającej, czy też władzy zakazującej. Już starożytni nad tym deliberowali przez wieki – tocząc wybitne filozoficzne dysputy nazywając kogo trzeba tyranem, despotą itd. Wiele w ten sprawie powiedziano także w czasie średniowiecza a następnie renesansu i oświecenia – słynny „Książe” autorstwa Niccolò Machiavellego to przecież wielki hołd w stronę odpowiedzialnego (ale skutecznego) rządzenia.

Dzisiaj każda władza nawet ta demokratyczna może przyjąć postawę przyzwalająco-aprobującą albo zakazująco-nakazującą. Odpowiednią sztuką jest połączenie ze sobą tych dwóch kwestii w taki sposób, żeby być stanowczym, ale nie despotycznym a zarazem przyzwalającym jednakże w znaczeniu aspiracyjnego wymagania od obywateli czegoś więcej – z czego wyniknie jakaś publiczna korzyść przy okazji ich wolności.

Nasza Konstytucja wiele mówi o wolności, przedstawiając pewne sprawy wprost – co niestety nie znajduje przełożenia na praktykę organów państwa, które często zachowują się jakby nie wiedziały o jej istnieniu. Co więcej – co jest najgorsze zapominają o niej także politycy, a demokracja niestety ma taką zaletę, że rację w praktyce ma ten, kto ma więcej szabel na sali sejmowej. Rodzi to pewną niebezpieczną pokusę, szczególnie niebezpieczną po przymknięciu oczu na Konstytucję. Otóż krzykliwa mniejszość może bardzo szybko przerodzić się w większość zbudowaną w imię własnej słuszności wywodzącej się z podbudowy ideologicznej i narzucić ogółowi (czyli czemuś większemu niż reprezentowana większość) nowe zwyczaje, obyczaje, nakazy lub zakazy.

Przykładowo w naszym kraju olbrzymim ustępstwem państwa na rzecz ideologicznej obyczajowości jest utrzymywanie całego szeregu świąt religijnych jako jednoznacznych ze świętami państwowymi. Ich kalendarz wyznacza cykl życia dominującej większości obywateli w ramach dogmatów chrześcijaństwa. Nie wszyscy muszą się z tymi świętami zgadzać w sensie ideologiczno-religijnym, jednakże muszą je szanować ze względu na autorytet państwa wyrażającego wolę większości.

Podobne regulacje są obecne w naszym prawodawstwie i to od wieków, jednakże usankcjonowane prawem wielowiekowego zwyczaju trwają z pokolenia na pokolenie jako wyznaczniki naszej wolności a także określenia progów nieakceptowanego społecznie zachowania.

Jedną ze szczególnych dziedzin życia, w której państwo a także społeczeństwo jako ogół nie ma mandatu do pełnej ingerencji jest kwestia zawierania swobody umów pomiędzy osobami fizycznymi jak również podmiotami. Mamy tutaj ogólne unormowania zawarte w kodeksach oraz orzecznictwo sądów i na tym władztwo państwa a zarazem głębia jego ingerencji się kończy. Jednakże nie łudźmy się – państwu nie chodzi tutaj o naszą wolność (wymieniania się towarami, usługami itd.) ale o jego dolę czyli podatki.

Szczególnym typem swobody rozumianej na wielu płaszczyznach jest wolność handlu. Jakiekolwiek dodawanie do biznesu otoczki ideologicznej – nazywając handel jednego typu handlem mniej pożądanym od innego typu handlu to czysta ideologia zaczerpnięta w tym przypadku ze wzorców religijnych. Jeżeli więc zgodzimy się, że w naszym kraju obowiązuje Dekalog chrześcijański – to bezwzględnie po wprowadzeniu jego zapisów do Konstytucji należy zakazać handlu w Niedzielę i inne święta mające znaczenie religijne. Natomiast jeżeli uznajemy prawo ludzi do życia w życiu doczesnym w sposób wolny od wpływu ideologii – w tym także od tej chrześcijańskiej zawartej w Dekalogu – to trudno jest tą kwestię systemowo normować, albowiem nie sposób jest znaleźć argumentacji zakazującej przedsiębiorcy handlowemu działalności w niedzielę – czyli pierwszy dzień tygodnia wg. chrześcijańskiej rachuby czasu. No bo o czym trzeba pamiętać – dni tygodnia to nic innego jak element kalendarza. Dlaczego zatem mielibyśmy komuś zabronić sprzedawania towarów, a komuś innemu pracy przy tej sprzedaży no i ogółowi ograniczyć prawo wyboru?

Na jakiej podstawie prawnej i systemowej – możemy jako zbiorowość nałożyć na własną kreatywność ograniczenia?

Przecież jeżeli nawet zgodzimy się ze słusznym argumentem potrzeby uwolnienia czasu wolnego pracowników – pracujących w systemie zmianowym, tak żeby wszyscy obywatele naszego kraju, a nawet szerzej – żeby wszyscy pracujący w naszym kraju mogli spędzić czas z rodzinami w jeden wybrany dzień tygodnia zwany niedzielą a nie spędzać go w pracy. To w istocie pozbawiamy część ludzi wolności a na pewno też prawa do wyboru, albowiem mogą być wśród nas ludzie, którzy wolą zarobić pracując w niedzielę (a następnie spędzić czas z dzieckiem np. we wtorek) do tego z pewnością znajdą się też inni, którzy spędzanie wspólnego czasu z rodziną rozumieją właśnie jako uczestnictwo w rodzinnych – nieśpiesznych zakupach. Kiedy mieliby to robić jeżeli pracują np. też w soboty? Są tacy ludzie!

Wnioski – wszystko każda zmiana oznacza zawsze dla kogoś w zbiorowości – albo przyzwolenie i dopuszczenie, albo zakaz i pozbawienie. Jeżeli jednak państwo swoim autorytetem nie wkracza w relacje międzyludzkie – społeczeństwo samo wypracowuje zwyczaje i z czasem stają się one uprawnieniami. Zmienianie czegoś na siłę, zwłaszcza w imię motywów ideologiczno-religijnych jest w obecnych czasach nonsensem, albowiem naraża nas nie tylko na skutki negatywne ale zawsze spowoduje pokusę do dalszych regulacji. Tutaj – właśnie w tym aspekcie jest ukryte najgroźniejsze przesłanie tego pomysłu. Możemy mieć państwo aspiracyjnie przyzwalające i motywujące ludzi do pewnych zachowań, jednakże czy na pewno chcielibyśmy mieć państwo zakazów i negatywnego wykluczania? Zastanówmy się nad tym.

Przecież nikt nikogo nie zmusza do robienia zakupów w niedziele! Zwłaszcza katolików! Nie muszą robić zakupów, jeżeli nie pozwala im na to wiara! Przecież nikt rozsądny nie uwierzy w to, że te tłumy w galeriach handlowych w Niedzielne popołudnia to sami ateiści lub przedstawiciele innych wyznań! Natomiast katolicy zmuszani przez pracodawców do pracy w niedzielę – mogą wykazywać dwie postawy – albo bohatersko strajkować godząc się z cierpieniem za wiarę (na pewno pomogą im w tym związki zawodowe), albo poszukać sobie inne pracy. Rzeczywiście jeżeli to jest problem – to państwo powinno przedstawić przepis prawny obligujący wszystkich pracodawców do dania wolnego wierzącym i zdeklarowanym katolikom w niedzielę… tylko kto da wolne np. wierzącym rolnikom – kiedy w niedzielę rano zwierzakom w obórce lub stajence też trzeba dać jeść?

One Comment

  1. zwykły_oburzony

    Rzeczywiście!
    I to dopiero @autor to zauważył jako pierwszy w Polsce!
    Nikt nie zmusza katolików do zakupów w Nidzielę (za wyjątkiem zakupów prasy katolickiej i dewocjonaliów w zakrystii oraz płacenia za tzw. OFIARY MSZALNE w kancelarii parafialnej).
    Nikt też nie zmusza katolików do uprawiania seksu pozamałzeńskiego, kłamania, poniewierania rodzicami, itd.
    Wniosek jest taki, że Ci co łamią dekalog to nie są katolicy.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.