Religia i państwo

„Idea” Boga

 Trudno jest napisać cokolwiek bez używania określeń systemowych, zawartych w religii a przez to tworzących nasz aparat pojęciowy. Cała sztuka wprowadzenia do zagadnienia „idei”, jaką w oczach człowieka jest Bóg polega na porzuceniu kwestii systemowych. Chodzi nie tylko o odcięcie się od problematyki sacrum, jako takiej i wszystkiego, co z tym jest związane, ale przede wszystkim o porzucenie strachu w myśleniu o opisywanej idei. Nie chodzi tu tylko o kwestię strachu przed Bogiem w rozumieniu starożytnych Greków lub Rzymian, jak również nie chodzi o strach przed srogim Bogiem ze Starego Testamentu! Jest to kwestia bliższa atawistycznemu lękowi człowieka przed zjawiskiem potężnym i nieznanym, nad którym nie ma kontroli i na którego „łaskę” jest zdany – czy to mu się podoba czy nie i to bez względu na to czy uznaje jego istnienie czy nie. W tym kontekście wykształciła się „idea” Boga, jako adresata ostatecznych odwołań, podmiotu ponad wszystkim. Jak zatem przeciętny człowiek funkcjonujący, jako tabula rasa mógłby zareagować na spotkanie z Bogiem? W systemie bezukładowym, gdzie nie ma niczego, co jest fizyczne lub mierzalne – podczas takiego spotkania człowiek bez posiadania instrumentarium filozoficznego, żyjący w oderwaniu od tradycji religijnej mógłby nie znać źródła strachu, albowiem nie rozpoznałby w Bogu – Boga, do momentu aż ten by mu się nie objawił. Prawdopodobnie tak przebiegało powstawanie religii u ludzi pierwotnych z tą zmianą, że funkcjonowali oni w systemie determinowanym prawami fizyki. Stąd też wiele wyobrażeń odnoszących postać Boga do słońca, ognia, potężnych zwierząt, itp.

Jeżeli zatem zgodzimy się z tezą, że Bóg zdecydował, że da się poznać człowiekowi w układzie fizycznym specjalnie stworzonym dla funkcjonowania bytów – to oznacza, co najmniej, że: nie było to przypadkowe, a znana nam fizyczność ma służyć jakiemuś celowi, czemuś więcej niż odtwarzaniu kolejnych pokoleń i temporalnemu funkcjonowaniu ludzkości w ustalonym układzie. Kluczowe dla naszych dalszych rozważań jest stwierdzenie, że ustalenie takiego porządku nie było przypadkowe. To, że istniejący układ ma czemuś służyć badają filozofowie, jednakże nadal nie ma odpowiedzi i chyba nigdy nie będzie odpowiedzi zadawalającej wszystkich.

Jeżeli także zgodzimy się, że zaistnienie układu, w jakim funkcjonujemy – nie rozumiejąc go i nie znając do końca – nie było przypadkowe, to naturalnym jest, że za jego powstaniem i ukształtowaniem przemawiała determinanta – przyczyna. Po przyjęciu takiego założenia zaczyna robić się bardzo ciekawie (jest oczywistym, że to olbrzymie ułatwienie), albowiem skoro Bóg objawił się człowiekowi w odpowiednio spreparowanym układzie fizycznym, to już sam ten fakt stanowi dla człowieka przesłanie. Swojego rodzaju wiadomość od Boga przekazaną człowiekowi, jako istocie rozumnej, zdolnej do refleksji i międzypokoleniowego agregowania wiedzy. Patrząc retrospektywnie na początki relacji człowieka z Bogiem trudno ulec wrażeniu przypadkowości. Jeżeli bowiem Bóg stworzył układ, jaki znamy, a w nim człowieka to musiało mieć to jakiś skonkretyzowany cel. Przyczyna tego multiplikowania istnienia jest nieznana, ale można się domyśleć, po co Bóg dokonał aktu kreacji. Jeżeli bowiem jest wszechmocny i nieskończony a jak twierdzą główne religie objawione – jedyny – to prawdopodobnie także w jakiejś formule samotny. Sposobem na przełamanie impasu samotności ponad wiecznością i ponad przestrzenią – jest kreacja tworząca jakiś – nawet z założenia upośledzony względem kreatora – układ odniesienia. Albowiem w przeciwnym wypadku, jeżeli kreator nie zdecyduje się na budowę nowego układu – to skazuje się sam na funkcjonowanie w dotychczasowym układzie odniesienia zawierającym pojedynczy autoelement, a to prawdopodobnie zbyt mało – nawet dla Trójcy.

Oczywiście w samo określenie „samotny” w odniesieniu do Boga – jedynego „ja”, które istniało, istnieje i będzie istnieć w continuum rzeczywistości jest niezwykle względne. O ile w ogóle możliwe jest odniesienie ludzkich kategorii pojęciowych do Boga, to stwierdzenie że tenże zdecydował się na stworzenie naszego wesołego grajdołku (układu) między innymi po to, żeby zgodnie z naszymi kategoriami nie być samotnym jest porównywalne jedynie do gry człowieka w komputerową symulację rzeczywistości w rodzaju „Word of Warcraft”! Inaczej się tych skal nie da porównać, o ile uznajemy, że Bóg ulegał jakiejkolwiek motywacji w swoim działaniu – a jest to założenie nadzwyczajnie śmiałe – oparte już na determinizmie, (czyli dalej upraszczamy).

Nie da się odpowiedzieć, po co Bóg stworzył nasz świat (układ), ale z pewnością wiemy, że dostarczało mu to zajęcia mierzonego w jednostkach czasu. Wedle Biblii trwało to 7 dni, przy czym nie ma znaczenia fakt jednostki użytej do przymiaru – albowiem można uznać, że był to okres umowny, jednakże niezwykle istotne jest następstwo poszczególnych czynności, – o których można przeczytać – jak również trwanie ciągu tych czynności w jednoznacznie określonym czasookresie.

Rodzi to pytanie o naturę Boga, o jego pochodzenie i jego stosunek do czasu. Przede wszystkim samo pojęcie czasu w naszym rozumieniu tego zagadnienia jest nie tylko ograniczone do chwili, „0+1” czyli tuż po Wielkim Wybuchu, – ale także niezwykle względne w rozumieniu Einsteinowskim! Jeżeli bowiem udałoby się osiągnąć prędkość światła dla danego układu odniesienia – to czas stanąłby w miejscu a wcześniej spowolnił. Teoretycznie możliwe jest cofanie się w czasie. Powstaje, zatem pytanie, czym jest czas z punktu widzenia Boga? Czy jest to jedynie miara przemijania faktów i zdarzeń w kolejności układu odniesienia determinowanego chronologicznie? Którego fundamentalną zasadą jest następstwo kolejnych jednostek odliczanych na podstawie powtarzalnych podziałek mniejszej skali? Sekunda – doba – tydzień – miesiąc – rok – tysiąclecie – era. To wszystko jest umowne i jest wynikiem przyjętej konwencji. W Biblii odniesiono się do układu 7 dniowego, odnosząc go do podstawowego czasookresu kreacji świata przez Boga. Można domniemywać, że chodzi o czas stworzenia naszego świata w rozumieniu sensu largo, czyli w kontekście wszechświata. Jest to zaiste imponujące, ale z punktu widzenia rozkładu czasu w czasoprzestrzeni trudne do zrozumienia, (co jest dużym polem do argumentacji dla licznych odłamów kreacjonizmu). Być może Bóg wymyślił czas tylko po to żeby mierzyć przemijanie? Tym odróżnia się od stworzeń? W tym sensie czas znany nam, jako dowód na dokonujące się ciągłe zmiany i nieskończony przyrost, dla Boga jest przypomnieniem jego nieskończoności – albowiem jego czas nie dotyczy, on jest ponad to, ponad prawa fizyki i ponad wszechświatem. Nie można go próbować definiować w kategoriach fizycznych, zatem błędem jest próba przypisywania mu adekwatności do mechanizmów kategorii i układów fizycznych, o których mamy wyobrażenie. Jest to ograniczone już w momencie założenia, ale być może w części prawdziwe – przynajmniej w części czasu przewidzianej dla ludzkości – na zajęcie czasu Boga. W rozumieniu człowieka wszystko ma swój początek i miejsce położenia w trójwspółrzędnym układzie odniesienia. W przypadku Boga pytanie o moment jego początku jest równoznaczne z jego ograniczeniem i stanowi, co najmniej bluźnierstwo. Albowiem, jeżeli przyjęlibyśmy koncepcję, że Bóg się kiedyś „zaczął” to natychmiast można zadać pytanie o okoliczności i o pochodzenie Boga, – jako efektu odrębnego nieznanego nam zupełnie procesu. Co ważne, ten proces, którego efekt w postaci Boga omawiamy, prawdopodobnie ktoś zainicjował, albowiem w ramach naszego poznania nic się nie bierze z próżni. Jeżeli zatem zaczepimy Boga w czasie, określając jego granicę – jakiś nieoznaczony, ale zauważalny początek to w tym samym momencie przestaje on być nieskończony. Trudno podważyć naturę wszechogarniającego Boga, a właściwie jego obrazu w świetle naszej skali i zdolności percepcji, albowiem prawdy obiektywnej w sensie naukowym nie znamy i nie możemy w żaden sposób docześnie jej zweryfikować.

Jaka jest, zatem natura Boga? Czy pochodzi on sam z siebie? Czy jest ponadczasowy? Czy jest podmiotem w pełni się samookreślającym? Czy wynika jedynie z własnej woli? Jeżeli chcielibyśmy odpowiedzieć na te pytania pełni pokory nabytej w procesie poznawania prawd objawionych, to nie mamy innego wyjścia jak odpowiedzieć na powyższe pytania twierdząco. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę te odpowiedzi, jako pryncypia, to należy je głęboko rozważyć. Skoro, bowiem Bóg jest wszechmogący i ponadczasowy i może absolutnie wszystko to, w którym momencie swojego continuum czasowego stworzył człowieka i nasz układ? Czy był to moment n+1, n+2 , n+(…) boskiego kontinuum czasowego? Co więcej czy był to moment dla niego korzystny? Wywołany jakąś potrzebą? Albowiem przecież skoro Bóg jest wszechmogący i ponadczasowy – to biorąc poprawkę na fakt, że kryterium czasu w ogóle nie odnosi się do niego i jego działań, – co spowodowało, że stworzył nasz układ w tym a nie w innym momencie? Albowiem, jeżeli jednak Bóg działa w ramach własnego continuum czasowego, którego ramy sam ustala i nad którym panuje – i używa go do pomiaru biegu zdarzeń w czasie (lub równoległych czasach) to czy stworzył tylko nasz układ odniesienia? Czy też stworzył także inne układy odniesienia – a jeżeli tak to w oparciu o ten sam – czy inny zestaw norm (dekalog)? W końcu dochodzimy do pytania, po co Bóg stworzył nasz układ odniesienia i po co? Czy samotność można uznać za powód adekwatny? Przecież to uczucie! Czy też chodzi o coś innego – np. o wielość układów i swojego rodzaju ponad układowy eksperyment? Przecież, jako ludzie nie możemy być aż tak samolubni i zachłanni, żeby oczekiwać od wszechmogącego Boga – pełnej uwagi tylko i wyłącznie względem nas? No, bo przecież skoro uważamy, że Bóg stworzył nas, – co więcej nawet pragnie nas zbawić – umożliwia to nam. To, dlaczego nie miałby stworzyć świata równoległego – opartego na jakiejś paraleli, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Jest jedna bardzo istotna wskazówka – historia z Jezusem i jego Matką, czy ona się paralelnie powtarza? Czy też ma uniwersalny charakter i jest „wyświetlana” równolegle w różnych układach odniesienia?

Widać jak prostym pytaniem o niepowtarzalność ludzkości i naszego układu można zachwiać podstawami wiary, aczkolwiek jak możemy przeczytać w piśmie Bóg stworzył człowieka „na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę.” [Rdz 1,27] Nie ma tu innych informacji, na niczym nie możemy się oprzeć – chyba, że poszukamy odniesień do początków wszelkiego istnienia w różnego rodzaju pozachrześcijańskich mitologiach. W tym kontekście można postawić hipotezę, z pozoru banalną – wynikającą ze stwierdzenia, że człowiek jest dziełem naśladowczym Boga – w związku z tym, ma podobne cechy naśladujące osobę swojego stwórcy. Przekłada się to na uzasadnienie odniesień naszego układu miar i wartości do Boga, aczkolwiek ułomne i ograniczone, ale w jakiejś mierze miarodajne. Jeżeli bowiem człowiek jest kopią naśladowczą Boga – zaznaczmy zapewne niedoskonałą! To ma na pewno w sobie pewien nieokreślony pierwiastek boskości wynikający z aktu kreacji. Oznacza to bardzo poważne konsekwencje, z których najważniejszą jest uprawnienie do poszukiwania inspiracji właściwych dla Boga w inspiracjach znanych u człowieka. Na tej podstawie na pytanie, po co Bóg stworzył nasz układ odniesienia? W ogóle, po co stworzył człowieka – odpowiedź jest banalnie prosta i prawdopodobnie prawdziwa – dla własnej satysfakcji.

Istniejemy, zatem jako kopie boskiej doskonałości po to, żeby prowadząc działania w ramach naszego układu odniesienia dostarczać naszemu stwórcy przedmiotu uwagi – rodzącego satysfakcję, czyli proces wynikowy z zajęcia uwagi. Czy jest to satysfakcja z oglądania filmu, którego przebieg i zakończenie się zna? Czy coś więcej nie da się określić, tego nie wiemy, ale takie rozumienie naszej egzystencji i fluktuacji skutków naszych decyzji w percepcji Boga można podejrzewać – albowiem On jest wszechmocny i wszechogarniający, ponadczasowy i ponadukładowy. Nie wiemy czy funkcjonuje we własnym układzie odniesienia, czy też w sposób bezukładowy? Poznanie tej tajemnicy miałoby istotne znaczenie do zbadania proliferacji układów odniesienia, – czyli możliwości istnienia rzeczywistości równoległych ustanowionych przez Boga. Ta wiedza z kolei umożliwiłaby poznanie przesłanek, jakimi kieruje się Bóg tworząc równoległe układy, a także, co by było z naszego punktu widzenia szczególnie ważne – powstałyby przesłanki do stworzenia jakiejś formy rankingu układów równoległy u tego samego Stwórcy.

Odrębnym problemem jest kwestia dogmatu monoteistycznego. Przecież dopiero w Torze, Biblii i w Koranie mamy do czynienia z monoteizmem, jako niezbywalnym dogmatem, wręcz wysuwanym przez samego Boga, jako nadrzędna kwestia wszelkich relacji pomiędzy nim a stworzeniami (dekalog – pozycja pierwsza). Powyżej rozważaliśmy Boga, jako omnipotentnego Stwórcę i uznaliśmy możliwość wykonania przez niego kilku (n) równoległych układów odniesienia. A co w przypadku, jeżeli mamy do czynienia z równoległym istnieniem kilku „Bogów w Bogu” w rozumieniu „tetragramaton”, czyli Boga w trójcy jedynego – tworzącego-ych równoległe układy odniesienia, w których powołują do istnienia byty samookreślające się? Wielobóstwo w sensie antycznym odrzucamy, przyjmując świadectwo Jezusa Chrystusa za ostateczne objawienie prawdy o naturze Boga.

Jak widać na podstawie krótkich rozważań bardzo trudno jest myśleć o Bogu w oderwaniu o wpojonego nam aparatu pojęciowego, a zarazem zdolności percepcyjnych. Pewnego rodzaju ograniczeń, jako ludzie nie jesteśmy w stanie przekroczyć. Zadajemy pytania o stosunek Boga do czasu wiedząc, że już człowiek traktuje go względnie. Nie umiemy się jeszcze cofać w czasie, ale w fizyce teoretycznej jest to jak najbardziej dopuszczalne. Dlaczego zatem miałoby to stanowić problem dla Boga? Zwłaszcza, jeżeli jego rozumienie czasu – continuum trwania jest wykładnią zupełnie innej perspektywy i percepcji, – którą możemy poznać przynajmniej w kwestii wielopoziomowości i równoległości kilku continuów czasowych występujących razem, naprzemiennie lub będących swoim zaprzeczeniem.

W istocie sprawy nasze rozumienie istoty Boga – nie odbiega od rozumienia tego zagadnienia przez ludy pierwotne, kojarzące bardziej siłę natury niż spersonalizowanego i samookreślającego się – zdolnego do działania i wpływu na realnie dziejącą się rzeczywistość Boga. Całe nasze rozważania o jego naturze nie mają racji bytu, z tym zastrzeżeniem że pewnego rodzaju odniesienia wydają się warunkowo dopuszczalne, albowiem człowiek będący kopią Boga – zapewne o wiele mniej doskonałą powinien mieć możliwości zbliżone do bożego instrumentarium ale w innej rzecz jasna skali. Nasze wyobrażenie przekracza zrozumienie idei wiecznego trwania, albowiem jesteśmy przyzwyczajeni, że wszystko ma swój początek i koniec – nie rozumiemy nieskończonego trwania Boga poza czasem, przestrzenią i materią – we własnym tylko jemu przynależnym układzie odniesienia lub poza- nad – lub anty układzie.

Człowiek stanowi jedynie widowisko dla Boga i musi o tym pamiętać. Z pewnością nie jest zdolny być partnerem dla Boga, albowiem to by zaprzeczyło samej różnicy pomiędzy stworzeniem a Stwórcą, jednakże w tym kontekście zupełnie inaczej wygląda casus Maryi! Jak uczy nas Biblia, w wielkim teatrze Bożego planu głównym aktorem jest człowiek, przy czym aktor ten nie musi grać zgodnie ze scenariuszem, ponieważ wielki „reżyser” podarował mu (i innym ludzkim aktorom) wielki i bezcenny dar wolności.

Wniosek z rozważań jest prosty – lepiej jest wierzyć niż się zastanawiać i szukać wyjaśnienia, albowiem jak to zwykle z wiedzą bywa – poszerza ona wykładniczo obszar styczności z niewiedzą, a kwestię niedomówień i przypuszczeń w ogóle wypada pominąć bo nie byłoby się nad czym zastanawiać.

3 komentarze

  1. Ortodoksyjny katolik

    Dobrze, że autor podejmuje tergo typu problematykę. Tekst byłby lepszy gdyby odnosił się do licznych źródeł z dorobku Ojców Kościoła. Słowa autora są w części zdaje się powtórzeniem tez Św Tomasza… ale to nic nie szkodzi, bo warto je powtarzać.

  2. wierzyć ale w co? trzeba wierzyć w to co mówią kapłani katoliccy (greko rzymsko czy polsko) protestanccy(paredziesiat różnych) prawosławni? pominę inne wyznania a można by chyba długo wymieniac prawda? i czemu mam wierzyć ludziom którzy twierdza że natura Boga i Jego wola jest nie do ogarnięcia przez człowieka a więc także przez kapłanów?
    przecież religie różnią się diametralnie swoimi wierzeniami!
    czyż nie logiczniej jest przyjąć, że to ludzie wymyślili i wymyślają wierzenia a więc i także boga/bogów

    • Szanowny Panie

      Wszystko co Pan był łaskaw wymienić jest jak najbardziej poprawne, tylko nie przechodzi banalnej falsyfikacji – otóż, co to byłby za Bóg, który by się poddawał logice? Stąd założenie o nieskończoności i niemożliwości ogarnięcia, w konsekwencji istnienia naddoskonałego nadbytu jakim jest Bóg. Furtką do tego olbrzymiego gmachu jest banalna sprawa – malutka furtka, a wręcz szczelina, dziura w murze, – albo pan wierzy, albo nie, nikt nie ma na to wpływu. Jezeli pan wierzy, to witamy w klubie – przed panem olbrzymi gmach a jeżeli nie, to po prostu proszę żyć ze świadomością, że po 30 latach pana kości wygrzebią z dołu i wrzucą na śmietnik robiąc miejsce dla kolejnego… no chyba że kolejny zapłaci 🙂 Prawda – czyż nie wspaniałą ideą jest Idea Boga? Uwaga idea – albowiem tylko w ten sposób jestesmy w stanie tą naddoskonałość pojąć. W praktyce jak mam nadzieje się okaże – jest to jak najbardziej istniejący realnie byt. Pozdrawiam, Jako wierzący 🙂

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.