Społeczeństwo

Historia jednej rekrutacji

 O bezrobociu napisano już setki tekstów, wszystkie poddają mniej lub bardziej wnikliwej ocenie rynek pracy. Podają przykłady doskonale wykształconej armii bezrobotnych, przykłady ludzi zatrudnianych na umowach śmieciowych, bez ubezpieczeń i świadczeń, przykład wykorzystywania ludzi przez nieuczciwych pracodawców. Środki masowego przekazu, co jakiś czas alarmują, że kolejne zwolnienia grupowe powodują rozszerzanie się obszarów gdzie znalezienie pracy w opinii zwolnionych graniczy z cudem i pewnie tak jest „ale”.

Właśnie zawsze jest jakieś „ale…” mogło by się wydawać, że znalezienie pracownika to jest drobiazg, skoro jest tak duża podaż chętnych, wykształconych i gotowych na wyzwania bezrobotnych. A jednak nie jest to łatwe. W mieście wojewódzkim, w branży, no może mniejsza o branże, ale w tymże mieście wojewódzkim jest kilka uczelni zarówno państwowych jak i prywatnych kształcących „fachowców” w tej dziedzinie firma powiedzmy X przeprowadza rekrutacje. Potrzebuje przedstawiciela handlowego, wymagania nie są wielkie (tak przynajmniej mogłoby się wydawać) a sama praca na uczciwych zasadach, przyzwoita pensja, uczciwe warunki premiowania, samochód, telefon. Żadnej popularnej ściemy typu akwizycja książek kucharskich czy obiecywania perspektyw bycia multimilionerem, gdy założy się własną firmę i będzie sprzedawać „doskonałe” produkty finansowe. Ot zwykła praca, co więcej pracodawca nie upiera się przy specjalnym doświadczeniu, mając nadzieje, że mając otwarte podejście do pracownika i dając mu czas na edukację zatrudni kogoś, kto będzie krok po kroku wdrażał się w prace i stanowisko.

Ogłoszenia zostały zamieszczone na wielu popularnych portalach dla poszukujących i oferujących pracę, napływają pierwsze zgłoszenia. Okazuje się, że „Dziubdziusie”, „Niunie”, „Kocice”, „Laseczki”, „Majusie”, „Pimpusie” i inne tego typu osoby są zdecydowane na podjęcie pracy. Mija kilka dni i mamy kilkadziesiąt zgłoszeń w tym może 2 z mailem, który nosi znamiona bycia poważnym. Nie warto się zrażać optymistycznie myśli przyszły przełożony. Jako że potrafi gdyż sam się uczył w byciu kadrowcem w dzisiejszych czasach zwanym zazwyczaj HR-owcem, pomyślał nad wstępną selekcją, tworzy kilkunastopunktowy test, który w jego mniemaniu odsieje ziarna od plew.

Test był prosty miał sprawdzić umiejętność myślenia, jasne można powiedzieć ze taki test nie ma sensu, że ktoś może znaleźć odpowiedzi w Internecie, ale umiejętność poszukiwania pomocy to jest cenna cecha. Okazuje się, ze poszukiwać potrafili niemal wszyscy, proste pytanie z teorii rynku znalazło i skopiowało z Wikipedii 95% odpowiadających na test. Z pozostałymi pytaniami nie było lepiej, ale udało się zaprosić z grona ponad 130 osób przekonanych o swojej wartości aż 8 osób na spotkanie kwalifikacyjne.

Powiedzmy, że z tych 8 osób 2 przejawiały realne chęci pracy. Wybrana została jedna osoba, która jak twierdziła taka praca jest jej marzeniem. Drobne nieścisłości z wykształceniem, które właśnie jest zdobywane a nie było zdobyte pracodawca uznał za swoje niedopatrzenie. Pierwszy dzień to dzień powiedzmy startowy, umowy, protokoły przekazania samochodu, telefonu, karty płatniczej. Wymogów nie było wiele, jako że pracownik miał pracować samodzielnie ustalono formę raportowania Jego pracy, Jak się okazało wypełnienie prostego raportu jest problemem, w końcu zawsze można wypełnić go „po swojemu”, kiedy uparty pracodawca przekonał szanownego pracownika, że nawet, jeśli coś w jego opinii nie ma sensu należy to zrobić tak jak wymaga tego pracodawca.

Po kilku dniach pracownik w nadsyłanych raportach uczciwie informuje, że pracuje ok 2-3 godziny dziennie, pracodawca doceniając szczerość poprosił pracownika o spotkanie, dochodząc do wniosku, ze pracownik wszak jest młody i jego doświadczenie jest niewielkie, warto doradzić wskazać sposoby planowania pracy, która z założenia ma być samodzielna. Pracownik przygotował plan pracy, uwagi pracodawcy znalazły uznanie w oczach pracownika. Pracownik rozszalał się w czasie pracy zaczęło mu to zajmować nawet 4 godziny dziennie a pracodawca optymistycznie liczył, że pracownik powoli się rozkręci, niestety choroba nie wybiera, pracownika dopadło przeziębienie, życie – pomyślał pracodawca pożyczył pracownikowi zdrowia i czekał na info, kiedy będzie zdolny do pracy. Pracownik po weekendzie wyzdrowiał, jak sam stwierdził na tyle, aby zacząć pracować. Pracownik pracował przez 2 dni, drugiego poprosił o rozmowę i spotkanie nim doszło do spotkania Pracownik napisał maila, że w trybie natychmiastowym chciałby rozwiązać umowę z przyczyn zdrowotnych. Pracodawca zgodził się, bo jak to mówią z niewolnika nie ma pracownika, jednocześnie pomyślał, że popełnił jakieś błędy w kontakcie z pracownikiem. Tylko, co było błędem? Zaakceptowanie warunków płacowych pracownika? Traktowanie go tak jak samemu by się chciał być traktowanym, jako pracownik? Może to, że nie był chamem i prostakiem? A może to, że przyjmował do wiadomości i rozumiał fakt, że młody człowiek nie musi być super doświadczony, bo gdzie do cholery miał nabrać doświadczenia?

Jedno jest pewne pracodawca wie, że źle wybrał i ma nadzieję, że kolejny wybór będzie lepszy, wszak nowa fala „Pingwinków”, „Misiaczków” i „Robciusiów” nadsyła swoje zgłoszenia.

Drodzy bezrobotni, szanowni poszukiwacze nowej pracy pamiętajcie, że: pracodawca nie koniecznie jest krwiopijca, który chce was oszukać, że nie musi być zamordysta i tyranem ale zazwyczaj zatrudnia szanownych pracowników dla zysku i ciężki szlag ich trafia kiedy jest traktowany jak debil i frajer.

2 komentarze

  1. Wierny_czytelnik

    No ale dlaczego złożono wypowiedzenie?

  2. Dobrze jest w tym PROCESIE dostrzec też PRACODAWCĘ.
    To nie musi być od razu s….syn!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

twelve + five =