Ogólna, Technologia

Gniazdo – część 1

 Dzisiejszy felieton będzie trochę „ornitologiczny”, choć na pewno nie dam rady konkurować ze stałym Trójkowym „opowiadaczem” ptasich historii, Panem Andrzejem Kruszewiczem.

Jak wspominałem w odcinkach o oporze piachu, znalazłem się niemal na środku Sahary. Niewielkie pole naftowe, oczko w głowie władz, – bo jako jedyne w całym kraju powstało po nacjonalizacji tej gałęzi gospodarki. Przyzwoicie wyposażone warsztaty, hale, domki mieszkalne, stołówka, basen, kort – wszystko, co pozwalałoby jakoś zająć czas pomiędzy pracą, która trwała na okrągło bez dni świątecznych, w trybach miesięcznych, lub trzymiesięcznych – zależy, kto na jakim kontrakcie „służył”…

Wydawać by się mogło, że pustynia jest jak sama nazwa wskazuje pusta i jałowa. Otóż nie jest tak do końca. Ta na pozór jałowa ziemia poprzedzielana wielkimi wydmami oraz wielokilometrowymi połaciami żwiru – pod wpływem krótkotrwałego deszczu zmienia się w oczach. Deszcz zdarza się niezmiernie rzadko, ale jak już spadnie, natychmiast na piachu wyrastają łąki szczeciniastych, krótkich, zielonych roślin… Wygląda to wręcz bajecznie i nierzeczywiście…

Na terenie naszego obozu zraszacze pracowały pełną parą, więc rośliny same rosły jak na drożdżach. Niektórzy na własną rękę podlewali „swoje ogródki”, by po paru dniach zaczynały się zielenić…

Za obozem powstało małe „jeziorko” otoczone trzcinami. Ten „zbiornik wody” a w zasadzie cieczy wodopodobnej to po prostu efekt stałego dopływu „naszych” ścieków, wylewanych na piach wprost z rury…

Nie wiem, czym kierują się ptaki, i co im wskazuje na bezkresnej pustyni, że akurat w tym miejscu jest woda, ale miłym widokiem były ich wiosenne przyloty i odloty. I nie tylko ja, ale i chyba większość osób tam pracujących, z ogromną przyjemnością oglądała i podziwiała jak przylatują ogromne stada jaskółek, by potem chłodzić się w znalezionej wodzie. Ech, te różnokolorowe dudki, które nic się nas nie bały – do tego stopnia, że jak się siedziało przed domem na ławce – przechodziły pod nogami. Te czaple, te bociany…

A bywa i tak jak w tym przypadku, gdy najadłem się strachu jak zaskrzeczała na mnie sowa ukryta w jednej z szafek z kablami na bardzo daleko wysuniętej stacji. Mimo upału i jałowości, coś musiało tutaj też bytować na stałe, – o czym świadczyły częste tropy lisów z długimi uszami, fenków. Niejednokrotnie tez je widywałem, w różnych, zupełnie jałowych okolicach, szczególnie poranną albo wieczorową porą…

Ale po tak długim przyrodniczym wstępie, pasuje powrócić do „techniki”. Jak wspominałem uprzednio, kilka okolicznych pól naftowych było połączone liniami średniego napięcia. Prawie codzienne awarie były właśnie powodem mojego pojawienia się w tym miejscu. Po kilku tygodniach udało się sprowadzić z kraju jeszcze jednego fachowca – bardziej biegłego w teorii zabezpieczeń i projektach niż ja, praktyk…

Ale do czasu przyjazdu kolegi, postanowiłem nie obijać się bezcelowo, lecz poznać ile się da wszystkie instalacje. Mając na to uprzednią zgodę dyrekcji oraz szefostwa w Benghazi, po długim „śledztwie” udało mi się odnaleźć cały kontener dokumentacji. Postanowiłem też osobiście „zwizytować” wszystkie elementy sieci, odpisując stany urządzeń, ich nastawy i inne techniczne detale…

Na początku, postanowiłem obejrzeć z bliska wszystkie linie napowietrzne, oczywiście z samochodu, którym chciałem objechać jak najbliżej każdego odcinka. I już na drugi dzień dokonałem niecodziennego odkrycia. Akurat przejeżdżaliśmy przez okolicę gdzie wyrastające jak wielkie góry wydmy nie pozwalały podjechać bliżej. Może właśnie dlatego, że nikt tam od lat nie zaglądał, postanowiłem znaleźć jakieś przejście pomiędzy wydmami aby mieć lepszy widok. W końcu jakoś się udało, podjeżdżamy pod słup, który już z daleka wydawał mi się jakiś dziwny. Okazało się, że na słupie jakiś ptak drapieżny, – bo widzieliśmy go jak krążył w pobliżu, uwił wielkie gniazdo. Gniazdo było ogromne, porównywalne z naszymi, „bocianimi”. Zbudowane było z tego, co można znaleźć w okolicy. Czyli – żadnych patyków, gałęzi – same druty, druciki, sznurki, folia i inne skarby znalezione gdzieś w pobliżu pracujących i mieszkających na pustyni ludzi…

Z gniazda uwitego na samym szczycie słupa zwisały długie druty, którymi wiatr chybotał tuż obok przewodów pod napięciem.

Tak to wyjaśniła się jedna z przyczyn, która powodowała okresowe wyłączanie się tej linii i całego systemu…

One Comment

  1. Na temat techniki się nie wypowiadam (pisałam dlaczego) choć z zaciekawieniem przeczytałam. Odniosę się natomiast do ptaków. W moim regionie jaskółki już “robią na drutach” tz. zaczynają przesiadywać na liniach elektrycznych i na razie dyskretnie umawiają się do odlotu czyżby wczesna zima?
    W tym roku rudziki uwiły sobie gniazdo w rurze wentylacyjnej, zatem nie używaliśmy wentylatora, na szczęście już odchowały młode i się wyniosły. Natomiast sroki i sójki to są dopiero indywidualistki, w okresie gdy wychowują młode są wręcz agresywne i moje koty boją się wyjść z chałupy (i bardzo dobrze). Na zimę pozostaną nam sroki i sikorki, które dokarmiam. To, że w krajach afrykańskich a tym bardziej na Saharze jest dużo piasku wiem, w przeciwieństwie do niektórych turystów, którzy tam wyjeżdżają a następnie skarżą się w biurach podróży, że w takim Egipcie czy Tunezji piasek wsypywał im się do butów.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.