Polityka

Głos w kwestii jednomandatowych okręgów wyborczych

 Jedna z najbardziej popularnych definicji demokracji mówi, że jest ona ustrojem politycznym, w którym rządzący osiągają swoje pozycje w drodze wyboru. Inne definicje prawie zawsze odwołują się do zasady wyborów, jako podstawy przeniesienia legitymacji do sprawowania władzy z suwerena na jego demokratycznych przedstawicieli.

Systemem wyborczym rządzi szereg zasad: powszechności, równości, bezpośredniości, tajności, zdobycia większości, proporcjonalności, globalności, konkurencyjności, okresowości i ostateczności. Bezpośrednim źródłem prawa wyborczego jest Konstytucja określająca naczelne zasady systemu i powiązane z nią ustawy, w tym ordynacja wyborcza. Na tej podstawie konstruuje się zasady i procedury związane z wyborami, w tym rzecz w istocie najważniejszą, czyli kalendarz wyborczy. Terytorium państwa jest podzielone na okręgi wyborcze, w których partie wystawiają listy kandydatów – ubiegające się o określoną na podstawie ilości mieszkańców danego terytorium ilość miejsc w parlamencie. Uprawnieni oddają głosy na nazwiska kandydatów, w istocie popierając daną listę – i dokonując wyboru kandydatów wedle kolejności zdobycia przez nich głosów w obrębie listy. Ważnym momentem rozwoju naszej demokracji była zmiana dokonana 26.07.2002 roku, kiedy zmieniono metodę przeliczania głosów na mandaty w parlamencie z metody Saint-Leaguë na metodę d’Honta (bardziej preferującą większe ugrupowania). Tą uproszczoną charakterystykę naszego systemu wyborczego warto uzupełnić kwestią bariery wejścia – generalnie nie ma możliwości wejścia do Sejmu bez skonstruowania listy krajowej – zdolnej do pokonania progu wyborczego, co powoduje, że nie ma w Sejmie posłów niezależnych – wszyscy, z wyjątkiem uprzywilejowanego przedstawiciela mniejszości niemieckiej są uzależnieni do miejsca na liście, które najczęściej przekłada się na ilość zdobytych głosów.

Rozważając o systemie wyborczym nie można nie uwzględnić kształtu systemu politycznego – gdyż bardzo wiele „na wyjściu” zależy od tego, co mamy „na wejściu” systemu. Kluczowe w tym są zasady finansowania systemu wyborczego de facto podporządkowanego pod system partyjny. To, co osiągnęliśmy w tej kwestii w kraju – to olbrzymie osiągnięcie, albowiem partie polityczne są finansowane z budżetu i otrzymują zwrot kosztów zgodnie z określonym algorytmem. To bardzo ważne zabezpieczenie naszej demokracji, albowiem partie polityczne nie potrzebują starać się o „wsparcie”, gdyż postępując zgodnie z regułami można bez problemu przeprowadzić kampanię wyborczą. Kosztem takiego ukształtowania relacji był zarzut generalnego zabetonowania systemu partyjnego, gdyż zarzucano, że partie bez dotacji nie mają szans w wyborach. Z pewnością mają trudniej, jednakże nie ma rzeczy niemożliwych, co doskonale udowodnił pan Janusz Palikot z ruchem swojego nazwiska – wprowadzając własnych posłów do Sejmu i to z bardzo dobrym wynikiem – burząc dotychczasowy układ miejsc.

Największą wadą obecnego systemu jest ukształtowana praktyka kształtowania jego wewnętrznej mechaniki. Otóż o wszystkim decydują pozycje na listach wyborczych – dominująca większość osób głosuje na kolejność na liście tj. np. na pierwszego, ostatniego, w środku. Liderzy partyjni najczęściej mają najlepsze miejsca – najwyższe. Dzięki temu, są znani, bo są znani i zyskują na topografii listy wyborczej, często spychając osoby bardziej znane – na odległe i egzotyczne pozycje, licząc na to, że np. z miejsca 17-tego, będzie im o wiele trudniej zdobyć dużą ilość głosów, a nawet jeżeli magnes znanego nazwiska zadziała – to głosy przeliczą się na nich, jako na korzystających z renty z topografii na liście wyborczej. Często zdarza się tak, że lider listy kończy np. z trzecim wynikiem a osoba najbardziej znana – przebija się z nastej pozycji na pierwszą lub drugą – ciągnąć zarazem za sobą kolegów wedle miejsc, jakie uzyskali na liście. Często bywa śmiesznie, bo osoba znana ma sto kilkanaście tysięcy głosów – w dużym ośrodku miejskim, lider startujący z pierwszej pozycji kilkanaście tysięcy a ktoś inny kilkadziesiąt tysięcy. Wówczas liderowi wystarczy jego kilkanaście tysięcy jakie zdobył od osób popierających listę wyborczą (głosowali na jedynkę – czyli na niego), żeby załapać się na mandat z miejsca biorącego – bo pozostali mają rozkład po kilka tysięcy.

Koncepcja Jednomandatowych Okręgów Wyborczych to w istocie koncepcja wyborów większościowych – zwycięzca w danym okręgu, czyli ten startujący, który miałby w nim najwięcej głosów, – ale nie koniecznie większość! Zdobywa mandat z danego okręgu! Wówczas aczkolwiek mamy do czynienia z większą przejrzystością, albowiem wiemy, na kogo głosujemy, jednakże nie ma proporcjonalności – wynik może preferować ugrupowanie posiadające najbardziej charyzmatycznych uwodzicieli i magików obiecujących gruszki na wierzbie, żeby tylko dostać mandat. Oczywiście w tym układzie stracilibyśmy wszechwładzę liderów, decydowałoby zameldowanie! Czyli znając specyfikę naszego społeczeństwa – można się spodziewać, że przed wyborami mielibyśmy do czynienia z cudami meldunkowymi, albowiem kandydaci staraliby się zameldować tam, gdzie najmniejsza konkurencja. Można system usztywnić – nakazując, co najmniej 5 letni okres stałego zamieszkiwania w konkretnym miejscu lub uznania za miejsce zamieszkania – centrum interesów życiowych, – czyli tam gdzie płacimy podatek PIT. Bez względu na obostrzenia na pewno byłoby śmiesznie.

W efekcie wyborów jednomandatowych mielibyśmy Sejm składający się w znacznej liczbie z przypadkowych osób, zawdzięczających swój wybór – lokalnym grupom interesów – a nie liderom partyjnym. Spowodowałoby to naturalne tendencje odwdzięczania się środowiskom lokalnym, czyli „ściąganie w dół”. Jakie by to przyniosło efekty nie wiadomo, a wszelkie analogie z tak dojrzałą demokracją jak Wielka Brytania nie wytrzymują porównania.

Raczej nie należy tak bardzo eksperymentować gdyż, chociaż obecny system ma wady, – bo ma, jest zrozumiały i obliczalny. W zasadzie nie ma szans, bez jakiegoś nadzwyczajnego tąpnięcia w nastrojach społecznych – np. na dojście do władzy osób o skrajnie ekstremistycznych poglądach. Wprowadzenie okręgów jednomandatowych oznaczałoby dużą dozę przypadkowości i tworzenie się lokalnych układów trzymających władzę – w oparciu o wynik wyborczy, co roku ponawianego lokalnego lidera. W efekcie zamiast wymuszonej jednak gry zespołowej w partiach i na listach – mielibyśmy pokaz siły Dożów Weneckich i małe Bizancjum w każdym okręgu wyborczym. Naszym najważniejszym problemem jest fakt, że wybór 460 osób zaufania publicznego – mógłby być bardzo przypadkowy! Utrata kontroli przez elity mogłaby być tutaj przeciw skuteczna, gdyż te tracąc władzę polityczną zacisnęłyby np. pętlę ekonomiczną, gdyż władzy raz zdobytej nie oddadzą. Obecnie procesem można w miarę przewidywalnie sterować, chociaż naprawdę nie jest on idealny. Uzupełnieniem mogłoby być np. wprowadzenie obowiązku opiniowania poszczególnych kandydatów przez dowolne środowiska społeczne – tak, żeby dobór osób na listy nie był automatyczny i z klucza. Można o tym oczywiście dyskutować, a nawet powinno się, gdyż obecny system wymaga zmiany.

Z perspektywy czasu widać, że wielkim błędem była rezygnacja z tzw. listy krajowej – gdzie każdy obywatel miał możliwość oddania głosu na „ulubionego” polityka – znanego z pierwszych ław sejmowych. Był to wspaniały zbiornik partyjnych liderów, umożliwiający wprowadzanie do Sejmu ekspertów – osób nieznanych, a zarazem odblokowywał kariery polityczne lokalnych działaczy. Warto byłoby w jakiejś formule do tego pomysłu powrócić, gdyż rozwiązałby ręce wielu politykom.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.