Filozofia przetrwania w kryzysie

Barbarzyńcy u bram! Ostatni legion przekroczył Ren, schronił się na jego zachodnim brzegu, zdziesiątkowani żołnierze ogrzewają przemarznięte kończyny nad ogniskami, opatrują rany, chcą przetrwać. Cała nadzieja w tym, że Ren nie zamarza zimą, niestety w noc sylwestrową 406 roku n.e. Ren zamarzł na całej swojej długości, ponad 300.000 horda Wandalów przeprawiła się pod Mogontiacum, rozpoczynając początek końca zachodniego imperium. Dzisiaj podobne zagrożenie czyha na cały zachodni świat, ale rolę Wandali przejęły agencję ratingowe i inwestorzy w popłochu wycofujący swoje oszczędności z rynku. Tak jak wówczas z dnia na dzień wszystko przestało być pewne, znane i sprawnie funkcjonujące, podobnie obecnie grozi nam chaos, na skale niespotykaną od czasów wielkiego kryzysy z okresu międzywojnia.

Problem polega na trudności w uświadomieniu sobie przez elity polityczno-finansowe oraz społeczeństwa świata zachodniego, że dłużej żyć na kredyt się nie da. Nie można w nieskończoność finansować swoich bieżących potrzeb, przyszłym zobowiązaniem, za które prawdopodobnie w przyszłości zapłaci państwo, zarządzane przez następne pokolenia.

Niestety dobrze funkcjonujący przez lata mechanizm zaciął się, najpierw amerykańska gospodarka powiedziała sprawdzaj, i od 2008 setki tysięcy amerykanów straciło swoje domy, potem fala złych kredytów będących pochodną pęknięcia amerykańskiego snu rozlała się po świecie. Nasi przyjaciele z południa Europy, w szczególności Grecy okazali się sprytnymi statystykami, odpowiednio maskując ciemne strony swoich działań. Żyli na kredyt zawdzięczając wysoki poziom życia, (co najmniej 2 razy większy niż w Polsce), tanim kredytom uzyskiwanym przez rząd w Atenach. W tej chwili ludzie ci nie mogą zrozumieć, dlaczego ich pensje mają spaść o połowę! Lub dlaczego w ogóle ich praca nie jest dla tamtejszego systemu potrzebna.

Nasze państwo także zadłużyło się bardzo dynamicznie w ostatnim okresie, zbliżyliśmy się do Konstytucyjnego progu zadłużenia, którego przekroczenie oznacza ślepe cięcie. Jest to o tyle niebezpieczne, że wahania kursu walutowego, mogą nas zepchnąć na próg gdzie już nie ma żartów. Chcąc być wiarygodnym kredytobiorcą dla rynków, rząd będzie zmuszony zabawić się w przysłowiową „małpę z brzytwą” i to o zgrozo dla dobra nas wszystkich.

Być może, o tym można jedynie dywagować, obecny czas – przestoju politycznego jest wykorzystywany na intensywne prace w rządzie nad pakietem reformującym finanse oraz funkcjonowanie administracji publicznej. Być może rządowi planiści, dokładnie wyliczają, na co wydać nasze złotówki, a na czym, a raczej, na kim oszczędzić. W tym czasie premier, rozważa, w jaki sposób przedstawić tą wizję społeczeństwu i współrządzącej z nim klasie politycznej.

Niestety pole manewru finansowego jest bardzo zawężone, jednakże, aby uniknąć „małpy”, należy powiedzieć społeczeństwu prawdę przygotowując je na tak hiobowe wieści jak np. wstrzymanie indeksacji emerytur, podwyżkę VAT, zmniejszenie zasiłków socjalnych (wystarczy zamrozić progi kwalifikowalności). A może pójść dalej? Może w imię solidarności międzypokoleniowej zmniejszyć społeczeństwu emerytury? O niewielkie 5% tym mającym poniżej średniej krajowej, a o 10% tym mającym powyżej, a 15% tym mającym np. 150% średniej? Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, ustawa specjalna, okres szczególny uzasadnienie potrzebami państwa i hulaj dusza piekła nie ma. Przecież bez pardonu potraktowano emerytów pracujących. No, ale można iść jeszcze dalej, można zmniejszyć finansowanie obronności (zmiana ustawy konieczna), można jeszcze bardziej obciążyć samorządy kolejnymi podwyżkami dla pracujących 18 godzin w tygodniu nauczycieli. Nie dając stosownej rekompensaty, kazać wypłacać, niech samorządy tną wydatki inwestycyjne (to się już dzieje). Można wyssać z „dochodu” NBP, to da parę miliardów, można nałożyć podatek na transakcje finansowe, co też dałoby lekki oddech na np. 1-3 mld zł. W ostateczności można pomyśleć o zastąpieniu dotychczasowego systemu opodatkowania własności, poprzez wprowadzenie podatku katastralnego. Wówczas wszyscy, musieliby płacić za sam fakt posiadania własności, w tym rolnicy, w tym posiadacze ziemi w bankach ziemi, w tym posiadacze mieszkań na wynajem. Kraj przestałby być śmiertelnie uzależniony od konsumpcji, niemiłosiernie obłożonej podatkami pośrednimi!

Ale to nie koniec, ponieważ nasz rząd może bardzo łatwo, o ile starczy mu odwagi i szabel w Sejmie, z dnia na dzień powiększyć bazę podatkową o dotychczas szczęśliwie funkcjonujące grupy wybrańców. Przykładowo z rolników, nawet przy delikatnym finansowaniu, można by wycisnąć około 6-7 mld zł, o tyle zmniejszając dotację na KRUS i finansowanie składek na ubezpieczenie zdrowotne, bo przecież mają pieniądze z dopłat. Ewentualnie można tak zmienić stawki w podatku rolnym, że kwoty płacone przez gospodarstwa dochodowe będą faktycznie zbliżone do kwot ponoszonych przez „miejskich” przedsiębiorców. Warto pomyśleć o podziale rolników, na rolników i farmerów. Ci drudzy mieliby większe obciążenia, ale zarazem uprawnienia związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. W ciągu 4 lat kadencji, możliwe jest całkowite odejście od przywilejów.

Mamy jeszcze grupy licznych pracowników służb mundurowych, sędziów i prokuratorów. A także emerytów ze specjalnych systemów emerytalnych, silnie subsydiowanych przez resztę społeczeństwa. Można ich wszystkich włączyć do systemów powszechnych, zamieniając aktywnie pracującym ich obecne pobory na kwoty brutto, z uwzględnieniem składki na ZUS. System by się w ten sposób urealnił, aczkolwiek owszem zarabialiby mniej. Ciekawym jest czy taki manewr podchodziłby pod ochronę praw nabytych, albowiem przecież formalnie zarabialiby nadal tyle samo, a jedynie część wynagrodzeń byłaby przelewana na wybrane składniki poza płacowe. Warto o tym pomyśleć, albowiem dałoby to duży zastrzyk zarówno NFZ jak i ZUS, jednakże uszczupliłoby dochody z tytułu PIT.

No i nasi ulubieńcy, górnicy. Uprzywilejowania tej grupy zawodowej i emeryckiej nie zrozumie nikt, kto nie był, chociaż raz w kopalni, lub kto nie drżał, chociaż dzień o męża, który jest na dole. Ich uprawnienia zostaną także ograniczone, ale za porozumieniem z wszechmocnymi związkami, na zasadzie, że wszystkim tniemy to i wam też musimy. Prawdopodobnie stracą najmniej. Dodatkowym powodem subsydiowania jest chęć uniknięcia wzrostu poparcia dla dążeń autonomistycznych.

Co przyniesie przyszłość przekonamy się bardzo szybko, miejmy nadzieję, że rzeczywistość nie będzie dla nas zbyt brutalna, przecież „rząd się zawsze wyżywi”… A pytanie „jak żyć?” pozostanie bez odpowiedzi.

4 komentarze do “Filozofia przetrwania w kryzysie

  • 25 października 2011 o 10:29
    Permalink

    Mocno Pan trzaska pejczem, Panie Krakauer!
    Jeśliby nawet wszystkie wymienione przez Pana kroki zostały przedsięwzięte, to czy leniwy rząd i rozpuszczeni biurokraci szybko by tego nie zmarnowali?
    Poza przychodami należy również pilnować wydawania środków publicznych. A tu są bardzo złe nawyki, chociażby KONIECZNOŚĆ wydatkowania przyznanych limitów do końca roku, co skutkuje szaleńczymi zakupami dla biur i urzędów.
    Na razie nie znamy rozmiarów kryzysu w Polsce, wiemy że wpełza powoli, co widać po zmniejszeniu wpływów podatkowych z CIT, VAT, ceł i akcyz.
    Nie ma dobrego wyjścia.
    Skoro mają być cięcia, to tak, żeby nie naruszyć dynamicznych struktur, które powinny ucierpieć jak najmniej, bo kryzys kiedyś się skończy.

    Odpowiedz
  • 25 października 2011 o 21:35
    Permalink

    zapomniałeś pan jeszcze o klerze, ten też mógłby się zacząć rozliczać. kto wie, czy przyłożywszy im ten sam podatek co normalnym ludziom państwo nie zyskałoby najwięcej.

    Odpowiedz
  • 25 października 2011 o 21:42
    Permalink

    Progi ostrożnościowe, zadłużenia – są dwa – ustawowy 55% i konstytucyjny 60%.

    Odpowiedz
  • 25 listopada 2011 o 12:47
    Permalink

    Obaj wiemy, że za kryzys odpowiada chciwość amerykańskich spekulantów i przestępcza działalność agencji ratingowych. Złe długi w USA produkowano z pełną świadomością. Potem poddano te długi sekurytyzacji, uzyskując dla ewidentnej padliny świetne ratingi. Potem te długi sprzedano bankom europejskim.

    W ten sposób zatruty został cały system finansowy. Następnie spekulanci-bankruci uzyskali gigantyczną pomoc rządową. To spowodowało, że i państwa stanęły na krawędzi bankructwa. Od 2008 roku już było wiadomo, że system upadł.

    Jednak giełda od początku 2009 roku weszła w stan jakiejś chorobliwej hossy. Dlaczego? To proste. Spekulanci, otrzymawszy pomoc rządową oraz dostęp do taniego pieniądza z banów centralnych (bo wszędzie poobniżano stopy procentowe do wartości absurdalnie niskich) ochoczo zabrali się za spekulację. Jakby nic się nie stało, jakby roku 2008 w ogóle nie było.

    Pieniądze nie poszły na finansowanie rozwoju gospodarczego. One poszły na spekulację. Dlatego dziś jest recesja plus zadłużenie.

    Co w tej sytuacji może zrobić malutka Polska? Kryzys nie jest naszą winą. Nasz nadzór bankowy pracował dobrze. To zbrodnie międzynarodowych spekulantów i powiązanych z nimi polityków doprowadziły świat do katastrofy. Obecnie bankierzy, jakby nigdy nic, grają w golfa i patrzą, jak miliardy ludzi zamieniają się w niewolników zadłużenia w zdemolowanym przez spekulację świecie.

    Polska powinna – 1) Odzyskać swoje banki od międzynarodowych spekulacyjnych korporacji typu UniCredito, czy Santander. 2) Zabezpieczyć złotówkę przed spekulacyjnymi rajdami 3) Zapewnić sobie dochody budżetowe nie związane z ciągłym pożyczaniem od chimerycznych i zbrodniczych spekulantów.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.