Paradygmat rozwoju

Europejska unia polityczna Angeli Merkel

 Angela Merkel zapowiedziała, że na czerwcowym szczycie UE przedstawi zebranym szefom państw propozycję utworzenia unii politycznej, poprzez proces stopniowego przekazywania kompetencji politycznych państw narodowych – na rzecz wspólnej unijnej struktury. Niemcy przedstawią koncepcję zacieśniania współpracy ponadnarodowej, mającą na celu integrację fiskalną, w zakresie nadzoru i regulacji bankowych oraz rynku pracy. Zdaniem pani kanclerz powinno to zwiększyć potencjał Unii Europejskiej, między innymi również dlatego, ponieważ będą mogły skorzystać z tego wszystkie kraje członkowskie, gdyż jej zdaniem już mamy do czynienia z Unią dwóch prędkości i nie możemy sobie pozwolić na stanie w miejscu. Poszczególne kompetencje miałyby być przekazywane krok po kroku strukturze ponadnarodowej, wśród nich niezwykle ważny jest nadzór Wspólnoty nad budżetami poszczególnych krajów. W praktyce oznacza to budowę Skonfederowanej Europy, a być może nawet wspólnotowego państwa federalnego – na wzór samej Republiki Federalnej Niemiec.

Nie wszyscy niemieccy politycy popierają wspólnotowe zapędy pani kanclerz, szef potężnej bawarskiej CSU – Horst Seehofer, wątpi żeby tego typu pomysły pomogły uspokoić rynki. Niemiecka scena polityczna jest generalnie sceptyczna, w pewnym sensie zarzuca pani kanclerz próbę ucieczki do przodu. Warto uwzględnić kontekst polityczny niemieckiej propozycji, albowiem szczyt szefów państw UE odbędzie się już po wyborach parlamentarnych we Francji i Grecji. Pierwszy czynnik odblokuje możliwości działania nowego prezydenta Francji, a drugi – w przypadku zwycięstwa partii “SYRIZA” [ΣΥΡΙΖΑ], będzie oznaczał wysokie prawdopodobieństwo opuszczenia przez Grecję strefy euro. Nawet Brytyjczycy ustami premiera Davida Camerona odnieśli się pozytywnie do pomysłu, uznając dalszą integrację w strefie euro za ważną i konieczną, ale Wielka Brytania jak zwykle woli stać z boku.

Patrząc na niemieckie propozycje, które w tej formule są oczywistym balonem próbnym z europejskiej perspektywy, trudno jest zrozumieć Niemców, albowiem w obliczu kryzysu de facto żądają oni  przekazania kluczowych kompetencji państw narodowych pod wspólną, czyli w praktyce ich kontrolę, albowiem jak wiadomo nic w Unii bez ich zgody nie może się wydarzyć. Taka propozycja z perspektywy słabszych a nawet stosunkowo znaczących swoim potencjałem krajów, może oznaczać tylko jedno – konieczność, albo poszukiwanie nowej formuły, albowiem dalej nie da się siedzieć okrakiem na płocie, w oczekiwaniu na cud. Jeżeli nie zgodzimy się na koordynację i nadzór nad kluczowymi politykami, to nie będzie mowy o wyjściu z kryzysu bez dalszych strat. Po drugie, nie ma szybszej drogi do wzmocnienia zaufania do Euro – najpotężniejszego oręża Europy, niż wskazanie rynkom międzynarodowym, że państwa Unii Europejskiej mówią jednym głosem w sprawach zasadniczych. Po trzecie, należy zadać sobie pytanie – w konsekwencji uświadomienia sobie, że siedzimy na wspomnianym płocie – jeżeli nie dalsza integracja to co? Jaką mamy alternatywę? Przecież Niemcy nie są idiotami, nie będą bez końca łożyć środków na mniej lub bardziej niewydolne państwa południa, a przy tym wszystkim ryzykować stopą zamożności i poziomem życia własnych obywateli. Należy brać pod uwagę, możliwość zmiany punktu ciążenia w niemieckiej polityce, albowiem od pewnego momentu fikcji, Unia Europejska, jako struktura nie rozwojowa, przestanie się także im opłacać. A co wtedy? No właśnie? Co wtedy? Powrót do tradycyjnego układu sił w Europie? Zaprzepaszczenie epokowej szansy na stworzenie wspólnego europejskiego imperium zdolnego konkurować jak równy z równym z jakimiś byłymi brytyjskimi zbuntowanymi koloniami na zachodniej półkuli i trzymającym na jedwabnym pasku wschodniego niedźwiedzia, myśląc cały czas o dalekowschodnim smoku? Czym bylibyśmy bez szans na europejskie wspólne stanowienie? Odpowiedź jest brutalna – niczym więcej jak mozaiką, z której wrogie nam lub pozornie przyjazne imperia wydłubywałyby to co im się podoba. Nie będąc razem, nie liczymy się w skali globalnej, co więcej nie będziemy niczym więcej jak pieskami Waszyngtonu, kupującymi dominujące na naszym rynku chińskie produkty, drżąc przy tym bezustannie przed supremacją Rosji. Nie ma alternatywy dla budowy wspólnoty nawet, jeżeli miałoby to oznaczać, przekazanie pełni kompetencji rządów narodowych na rzecz Brukseli. Wymuszają to argumenty geostrategiczne i globalizacja. Jeżeli nie nauczyły nas mądrości dwie wojny XX wieku i nie potrafimy wyciągnąć z tego wniosków a następnie wcielić ich w życie, to najlepiej w ogóle dać sobie spokój z czymkolwiek, bo może być tylko gorzej, to znaczy: albo kolejna wojna i upadek zachodu, jako cywilizacji, albo trwały rozwój poniżej potencjału.

Patrząc na niemiecką propozycję z perspektywy Polskiej, jest jeszcze śmieszniej, albowiem nawet prosta analiza sytuacji, pokazuje nam, że wygrywamy zawsze wtedy, kiedy stawiamy na kroki integracyjne. Kluczem do naszego zwycięstwa, jest takie moderowanie spraw europejskich, żeby zachować ochronę specyficznego interesu narodowego w nowej strukturze podejmowania decyzji. Jeżeli tylko udałoby się to zapewnić, to możemy wchodzić w unijną integrację i godzić się na jej poszerzanie do pełnej federalizacji. Na tym niczego nie tracimy, albowiem wbrew pozorom, na kontrolowaniu naszych elit przy podejmowaniu kluczowych decyzji kierunkowych o strategicznym charakterze dla rozwoju – przez eurokratów – możemy tylko zyskać. Nie chodzi o to, że “Tusk sprzeda Polskę” i “Kaczyński nigdy już nie będzie premierem”, bo nie będzie czegoś takiego jak premier i rząd w tym kraju. Gra jest o wiele bardziej wysublimowana, otóż mona powiedzieć tak: lokalne grajdołki pozostaną nadal w kompetencjach lokalnych watażków, tylko zmienią się ogólne reguły, przy których dzisiejsze udziwnienia serwowane nam przez pana ministra “60 mln zł” Rostowskiego to niewinne igraszki małej dziewczynki bawiącej się zapałkami przy domku lalek, a nie prawdziwy kaganiec i szklany sufit. Aczkolwiek, bez wątpienia w perspektywie dalszej integracji i w długim okresie możemy na tym tylko zyskać.

W naszym przypadku, jest jeszcze ciekawiej. Otóż, przede wszystkim znaczną część środków publicznych mamy wyprowadzoną poza budżet. Oznacza to, konieczność przeprowadzenia stosownej reformy, a może i nawet przy okazji – likwidację lewiatana – czyli ZUS? W celu przejęcia jego struktury przez administrację państwową, coś na wzór połączenia administracji skarbowej z quasi administracją przyznawania świadczeń socjalnych? Byłby to wielki krok do przodu w reformowaniu naszego państwa, albowiem samo poruszenie tego tworu musi wywołać zmiany na lepsze. O KRUS nawet nie wspominamy, ale być może unijny kaganiec doprowadziłby do normalizacji w tej kwestii i zaprzestania de facto wątpliwego z prawem unijnym i polską Konstytucją subsydiowania mieszkańców wsi przez polski budżet dopłatami do kosztów funkcjonowania w systemie gospodarczo-społecznym.

Bezwzględnie pogłębiona integracja jest dla Polski szansą, i nie można się oszukiwać – ale głupia, bezrefleksyjna i po prostu debilna polityka polskich elit post okrągłostołowych ostatnich 22 lat, uznająca za nadrzędny paradygmat “zbliżenia z zachodem” i “uczestnictwo w strukturach zachodu”, jako CEL sam w sobie a nie środek do celu, jakim powinien być dobrobyt obywateli i budowanie siły państwa – doprowadziła do braku możliwości nawet myślenia o alternatywnej polityce. Jesteśmy tak porażająco uzależnionym od swoich właścicieli, a przez to tak bezwzględnie słabym państwem, że sama wizja pozostawienia nas na boku spraw europejskich – oznacza dla nas w najlepszym wypadku rolę wasala i podwykonawcy, oraz buforu głównie – czy to się nam podoba, czy nie naszego zachodniego, ostatnimi czasy bardzo przychylnego nam sąsiada. Nie mamy alternatywy, nie mamy możliwości myśleć nawet o budowie efektywnego tworu państwowego bez wymarzonych przez nasze “łże-elity” struktur zachodnich. Bez Unii Europejskiej Polska dzisiaj nic nie znaczy, a jeżeli ktoś zapyta, dlaczego – to można mu zaproponować prześledzenie np. ostatniego kryzysu w leczeniu onkologicznym, które jak się okazało w pełni jest uzależnione od bezpośrednich dostaw od producenta. A jeżeli w tak wysublimowanej dziedzinie – wąskim sektorze odpowiedzialności państwa, jest tak dramatycznie, że polski rząd jest bezradny wobec braku woreczków ze standardową chemioterapią importowaną bezpośrednio z jednego z krajów UE to, czego się można spodziewać w innych kwestiach, które są nazwijmy to zwyczajne i nie wymagają jakby to się wydawało nadrzędnego nadzoru państwa. Można nawet postawić hipotezę, że polskie państwo – w takim kształcie, w jakim znamy je dzisiaj może się wzmocnić już tylko i wyłącznie poprzez zmniejszanie pól swojej właściwości funkcjonalnej, czyli przekazywanie poszczególnych kompetencji obywatelom. Jako twór polityczno-administracyjny, jesteśmy ekstremalnie niewydolni, a państwo zamiast pomagać – w przeważającej masie szkodzi obywatelom w dostatnim, wygodnym i szczęśliwym życiu.

Teoretycznie mieliśmy szansę na coś więcej. Gdyby dzisiejsza Polska posiadała kontrolę nad własną gospodarką, miała możliwość planowania strategicznego na najwyższym szczeblu zarządzania i przekładania tych zarządzeń w życie, to żylibyśmy w zupełnie innym kraju. Gdyby przez ostatnie 22 lata udało się nam np. stworzyć silny przemysł ciężki, który przecież mieliśmy o całkiem pokaźnym potencjale, to być może dzisiaj bylibyśmy jednym z liderów przemysłowych Unii, albowiem na innowacyjność i nowe technologie oparte na wiedzy – nie mamy szans. Natomiast nikt nam nie bronił produkować coraz lepszej stali, wydobywać taniej węgla, a nawet przetwarzać nadmiaru cukru na biopaliwo! Nikt nam tego nie zabraniał, zmarnowaliśmy własny potencjał – eksportując proste i średnio złożone miejsca pracy poza Unię Europejską, godząc się na wegetację części społeczeństwa na głodowych emeryturach, zasiłkach lub los sprzątaczy i pomywaczek w knajpach miast zachodniej Europy. Dobitnie pokazała to niedawna reklama pewnego włoskiego koncernu przemysłowego, który zdecydował o przeniesieniu produkcji z Polski do macierzystej fabryki – kierując się decyzjami politycznymi swojego zbankrutowanego moralnie i etycznie rządu. Zaprawdę lepiej jest być pracownikiem fabryki montującej super nowoczesne samochody niż kelnerem, uzależnionym od niepewnych napiwków! No, ale nawet to, co było jasne i logiczne dla premiera wyspecjalizowanego w oglądaniu bunga-bunga, przekracza możliwości percepcji naszej elity! Jakie to totalnie smutne, banalne i porażające!

Będąc, zatem naprawdę nieliczącym się w prawdziwej grze międzynarodowej krajem, nie mamy innej alternatywy niż z otwartymi ramionami przyjąć niemiecką propozycję, bez względu na to jakby ona pachniała nam starą dawną “Mitteleuropą”. Czy to się nam podoba czy nie, z własnej winy, a raczej naszych “niestety” elit jesteśmy takim krajem, jakim jesteśmy, funkcjonującym dalece poniżej własnego potencjału, a naprawdę liczy się “tu i teraz”, przy czym dla nieco mądrzejszych od post styropianowych mędrców liczy się także “tu i potem”.

5 komentarzy

  1. Pełna integracja: TAK. Smutne to, ale konieczne.
    Taki jest efekt 22 letnich rządów styropianowych i około-styropianowych ELIT.

  2. To chyba największe brednie jakie tu przeczytałem. Oddanie się w ramiona Niemiec, żeby napchać swój kałdun subsydiami służącymi wyrównaniu różnić w nowej Federacji Europejskiej jest bezzasadne. Już raz Niemcy, w 1939, chcieli stworzyć szczęśliwą Europę bez różnic, i “bez dwóch prędkości”, ale niestety nie wszyscy byli tacy chętni. To co wtedy im się nie udało teraz chcą uczynić dyplomacją i ekonomią. A kryzys im jest na rękę. Już dawno Benjamin Franklin powiedział, że “Kto poświęca wolność w imię bezpieczeństwa, nie zasługuje ani na jedno, ani na drugie.”

    • Jaka jest zatem Pana propozycja? Balansowanie w niezdecydowaniu a’la Bialorus, raczej doprowadzi dokladnie do takich samych wynikow jak na Bialorusi wlasnie.
      Tak czy inaczej Niemcy nie beda nikogo zmuszac do scislej integracji. Porozumieja sie z krajami, ktore chca takiego rozwiazania, a niestety wbrew temu jak zyczeniowo patrza Polacy takich krajow w Europie jest kilka.
      Jesli teraz Polska zdecyduje sie zostac z boku, to za kilka lat i tak z wlasnej nieprzymuszonej woli zapukamy do tych drzwi. Tyle tylko, ze nie bedziemy juz mieli nic do powiedzenia, albo wezmiemy co nam dadza, a jak nie to trudno.
      Lepiej zatem usiasc do stolu teraz i miec wplyw na to co bedzie sie dzialo.
      To moze nie jest optymalne rozwiazanie, ale dzieki durnocie “styropianowych” elit oraz paradygmacie “jakos to bedzie” niewiele innych realnych opcji jest dostepnych. Chetnie sie dowiem od Pana jakie zatem te inne opcje nadzwyczaj atrakcyjne dla Polski sa, bo powiedziec “sakramentalne” NIE potrafi kazdy, tylko co pozniej?
      Scisla Unia i tak powstanie, Polska to niestety nie UK, aby stac z boku i sie przygladac.

  3. Popieram Łukasza!

  4. Wierny_czytelnik

    i tak oddajemy się za darmo więc subsydia to niezły kąsek 🙂

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

four × 2 =