Ekonomia

Euro po 4,5 zł to optymalny kurs? Czyli błędów ciąg dalszy?

 Nasz premier przemówił, wypowiedział się w sprawie kursu Złotówki względem Euro, co stało się niemałym zaskoczeniem dla osób funkcjonujących na rynkach finansowych, samo wyznaczanie kursu i ocenianie podanej w ten sposób wartości to coś niesamowitego w realiach globalnych. Można tego oczekiwać bardziej po dyktatorze sąsiedniego kołchozu, który stale boryka się z problemem występowania dolarów w lokalnych kantorach a nie po premierze kraju posiadającego realnie rynkową gospodarkę, którego waluta w dziesiątkach miliardów może być w każdej chwili wymieniana elektronicznie w londyńskim City. Na co oczywiście tenże premier nie ma żadnego wpływu i bardzo dobrze, że tak jest – to prawdopodobnie jedna z największych zdobyczy naszej gospodarki. Jednakże stało się, premier przyciśnięty przez opozycję oraz postawiony pod murem przez własną wewnątrzpartyjną sitwę nie ma wyjścia – musi coś mówić, a jak już mówi musi sprawiać wrażenie, że mówi mądrze, a mądrze mówi się zawsze o pieniądzach – przynajmniej jest gwarancja, że ludzie tego posłuchają. Stąd też mamy naszą bombę 4,5 zł i stało się, rząd się odsłonił, co mądrzejsi ludzie mogą sobie celować teraz w kurs polskiej waluty przy danej inflacji i uruchomić młynki spekulacyjne. No, bo jeżeli premier mówi o 4,5 to, dlaczego mamy nie zrobić mu kuku i np. nie pokazać na wyświetlaczach 5,5 ? Czy pan premier ma możliwość obrony krajowej waluty powyżej tego poziomu? No być może jakieś ma, stosunkowo mizerne, bo polegające na wymianie transz Euro otrzymywanych z Unii Europejskiej w najbardziej dogodnym momencie, poza tym? Może naciskać na bank centralny, żeby ten wykrwawiał się broniąc walutę, tylko powstaje pytanie, po co? Przecież wiadomo, że z rekinami światowych finansów rzucającymi na raz do jednej transakcji po kilkanaście miliardów w dowolnej walucie możemy tylko przegrać. Dlaczego? Bo jest ich wielu, poza tym mogą rzucać, co chwilę po te kilkanaście miliardów, a nasze rezerwy są, jakie są. Dlatego przyjęcie decyzji o płynnym kursie walutowym, za który nie odpowiada ani rząd ani bank centralny – było jedną z najmądrzejszych decyzji chroniącą nas przed naprawdę poważnymi spekulantami. Z mniejszymi jakoś do tej pory sobie radziliśmy, zresztą zaufanie do naszych obligacji wskazuje, że zagraniczne rynki finansowe nie boją się Polski, jako płatnika. Dlatego nie można psuć tego, co mamy, albowiem mamy naprawdę wiele, – kiedy chcemy pożyczamy na własnych warunkach w twardej walucie lub w krajowej – w zasadzie ile chcemy (a na pewno adekwatnie do naszych potrzeb). W dzisiejszych czasach to wartość sama w sobie przynależna najbardziej zaufanym gospodarkom. Dlatego najlepiej nie udawać niczego, jeżeli chodzi o pieniądze, ponieważ rynki zawsze wiedzą lepiej.

Jednakże jak się okazuje to nie tylko nasz pan premier błysnął przejawem ekonomicznego geniuszu. Podobnie jego pan minister 60 mln zł finansów podjął bardzo istotną decyzję, która w ogóle nie przeszła, jako dyskusja w kraju. Dowiadujemy się, bowiem, że 11 krajów Unii Europejskiej z Niemcami i Francją na czele chce wprowadzić podatek od transakcji finansowych, ale nie my – Polska woli stać z boku i kibicować, obserwując jak sytuacja się rozwinie. Ten prosty pomysł na ograniczenie spekulacji giełdowych nie spodobał się rządowi Wielkiej Brytanii, który posiada na swoim terenie jedno z globalnych centrów finansowych, natomiast, czemu rząd najjaśniejszej do tego nie przystąpił można jedynie dywagować, zwłaszcza, że byłyby z tego dodatkowe pieniądze, a przecież, kto, jak kto, ale właśnie pan minister 60 mln finansów uwielbia nowe podatki dające przychody do budżetu. Jednakże jak się okazuje zwyciężyły kwestie klasowe i nikt z rządu nie chce skrzywdzić burżuazji i kapitalistów spekulujących na złotym i na warszawskiej giełdzie, albowiem ten rząd ma przede wszystkim strzec interesów banków i finansistów a nie starać się o dobro społeczeństwa – lepszego dowodu niż bierność Polski przy wprowadzaniu tego podatku nie potrzeba.

Jednakże czy szanowni państwo czytelnicy zauważyliście w ostatnich dniach jakąś szczególnie ożywioną dyskusję polityczną w kontekście dwóch zasygnalizowanych powyżej tematów? Czy premier dyskutował z ekspertami? Pojawiły się jakieś szczególne analizy? Może Rada Polityki Pieniężnej wydała jakiś komunikat w sprawie kursu złotego? Nie! A może, chociaż w Sejmie nasi dzielni reprezentanci się przekrzykiwali – 4,5 zł; 4,6 zł; 4,65 zł za Euro? Nie też nic z tego – po prostu pan premier sobie wyszedł i powiedział, a wszyscy głowy w piasek, no, bo to przecież nie jest mgła ani brzoza ani nawet In vitro ani żaden inny zastępczy wygodny temacik w rodzaju tragedii Tofika z ZOO. Na finansach trzeba się znać, więc miejmy nadzieję, że zna się pan premier i wie, co mówi i co najważniejsze, kiedy to mówi.

Natomiast kwestię przemilczenia przez Polskę możliwości przyłączenia się do wielkiej europejskiej rodziny krajów wprowadzających jednolite opodatkowanie należy oceniać, jako skandal z dwóch perspektyw. Po pierwsze – to ma silną wymowę finansową, albowiem rząd Polski staje po stronie spekulantów, uprzywilejowując ich względem zwykłych konsumentów kupujących normalne towary – po prostu jogurt jest opodatkowany przy zakupie a akcje nie są. Na jogurcie nikt nie spekuluje, a na akcjach cała rzesza kapitalistycznych pijawek, odpowiedzialna za obecny kryzys zbiła już majątki, oczywiście potrzebuje więcej, więc nasz rząd nie ulży konsumentom jogurtów – o nie! Tutaj możemy liczyć na podwyższenie podatku VAT, natomiast absolutnie nie pokrzywdzi kapitalistów i wyzyskiwaczy, którzy mają pieniądze i naprawdę nic by się im złego nie stało – jak zapłaciliby niewielką część procentu od wartości dokonywanych transakcji. Podatek ten byłby bardzo istotny i bardzo sprawiedliwy ze społecznego punktu widzenia, albowiem widać byłoby, że najbogatsi także dokładają się do kosztów kryzysu. Jest jeszcze drugi aspekt tej sprawy, otóż nasz rząd zrezygnował dobrowolnie z bycia w pierwszej lidze państw integrujących się w Unii Europejskiej, co prawda jest to integracja poza głównym nurtem, jednakże nagle może się okazać, że ten główny nurt jest właśnie tam a nie tu gdzie my pozostajemy. Wejście Polski do grupy państw popierających opodatkowanie transakcji finansowych zdecydowanie wspomogłoby nas politycznie, być może nawet wynegocjowalibyśmy coś więcej np. w kwestii unii bankowej – może jakiś okres przejściowy? Cokolwiek, co spowodowałoby, że jesteśmy w mainstreamie, czyli tam gdzie Niemcy i Francja. Tymczasem my samowolnie wybraliśmy drogę outsidera, stojącego z boku, za ten wybór przyjdzie nam zapłacić cenę polityczną, – bo może to być wspaniały argument dla zwolenników cięć budżetu unijnego – gdyż widać, że Polacy nie chcą się dołożyć do wspólnej skarbonki, ale chcą z niej brać garściami. W tym kontekście to nic innego jak dostarczanie argumentów na brak solidarności finansowej z naszej strony. Przecież przy mizerności własnego rynku kapitałowego nie wpłacilibyśmy z tytułu tego podatku do wspólnego budżetu jakichś strasznych kwot, ale zawsze moglibyśmy ustawić się w kolejce po środki z tego podatku, które zapłacą państwa o wiele bogatsze. Dodatkowo biorąc pod uwagę, że dominującą większość transakcji na naszym rynku dokonują podmioty zagraniczne, de facto tylko byśmy na tym, jako budżet zyskali, albowiem część podatku by zostawała w kraju a jeszcze coś byśmy uszczknęli w ramach wystawiania ręki standardowo w stronę Berlina jak to umiemy z wielką gracją i wdziękiem robić od wielu lat. Nie bez znaczenia byłby też fakt poparcia politycznego dla największych państw Unii Europejskiej. No, ale mniejsza z tym, przecież pan minister 60 mln finansów wie najlepiej, poza tym nikt o tym w kraju nie dyskutował – posłowie mieli ważniejsze tematy.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.