Paradygmat rozwoju

Ekonomia i społeczeństwo oparte na paradygmacie konkurowania się skończyły

 Nasze społeczeństwo i gospodarka poddawane od 23 lat terapii szokowej, której głównym wręcz sztandarowym założeniem jest wymuszenie wzrostu efektywności poprzez intensyfikację konkurencji wewnętrznej (w tym w wymiarze indywidualnym uczestników rynku), właśnie – wraz z chwilą, kiedy komputery Rezerwy Federalnej i Europejskiego Banku Centralnego zaczęły produkować dolary i euro w ramach poluzowania ilościowego – straciła jakikolwiek sens funkcjonowania.

Ciągłe dążenie do konkurencji, w tym do konkurowania jednostek pomiędzy sobą o pozycję w społeczeństwie i zdolność do konsumpcji dóbr materialnych to błędne założenie niezwykle bardzo kosztowne w wymiarze globalnym. Po pierwsze nie musimy tak dużo konsumować, po drugie struktura – rozłożenie konsumpcji może być inna – nieco bardziej sprawiedliwa a po trzecie można w części konsumować coś innego – zwłaszcza dobra krajowe a nie ich zagraniczne substytuty.

Konkurowanie miało sens, gdy społeczeństwo pracowało w gospodarce, która funkcjonowała w ramach pewnych jasnych reguł – nie możliwych do naruszenia ze względu na zabezpieczenia systemowe jak np. ochrona przed demonem inflacji, troska, o jakość informacji i równe prawo w dostępie do nich itp. Obecnie, kiedy granica globalnego konsensusu została przesunięta o kilkaset miliardów a w zasadzie biliony dolarów i euro w górę – wyczarowanych w komputerach banków centralnych największych potęg (z jenem dołącza Japonia), w ogóle nie ma sensu żaden realny wysiłek, ale sens ma tylko realna gospodarka. Liczy się już tylko to, co można zespawać, zwodować, wyciąć, odlać, wybudować. Nie mają znaczenia żadne fikcje, ponieważ one nie prowadzą do niczego poza pompowaniem kolejnych baniek dla nieskończonych ilości pieniądza. W pewnym sensie dzięki luzowaniu ilościowemu – pieniądz stał się towarem, na który jest popyt wyrażany poprzez pozytywne emocje inwestorów na wszystkich rynkach. Są pieniądze – jest nagroda w postaci zgody na dalsze podtrzymywanie tej wspaniałej bajki zwanej globalizacją i postępem opartym na wzrostach i spadkach. Nie ma pieniądza – naturalnego już smaru mającego za zadanie wprowadzać całą maszynerię społeczeństwa i gospodarki w ruch – głupiejemy, buntujemy się – nazywamy to kryzysem, no a jak jest kryzys to jest bieda, a bieda oznacza głód i władza przegrywa wybory.

Nikt rozsądny w warunkach, gdy można sobie stworzyć drugą gospodarkę – po prostu elektronicznie i wirtualnie wydrukować znaczną część PKB na dany rok – nie powinien być pozbawiony prawa dostępu do tego nowego niewyczerpalnego źródła bogactwa. Zważywszy na to, że nie ma już odsetek od kredytów (stopy ujemne) i pieniądz musi być inwestowany, żeby poprzez wzrost przynosił jakikolwiek zysk – nawet częściowo poniżej inflacji – to nie możemy wymagać od ludzi konkurowania i zabijania się o coś, co jest dostępne za naciśnięciem klawisza poprzedzonym podnoszeniem łapek w organach przedstawicielskich państw demokratycznych.

Chyba, że mamy do czynienia z jednym wielkim zorganizowanym oszustwem i za tą produkcję nowego towaru, jakim obecnie są wirtualne pieniądze, ktoś będzie musiał w końcu zapłacić czymś realnym, – czyli własną pracą. Zgodnie z Teorią Pieniądza Negatywnego – współczesny pieniądz elektroniczno/papierowy nie jest niczym innym jak zobowiązaniem do spełnienia świadczenia w przyszłości. Skutkiem faktycznego odejścia od pieniądza – w momencie, gdy większość ludzi zorientuje się, o co chodzi będzie zamiana ról pomiędzy pieniądzem a towarem. Jednakże klasyka pokaże wówczas swoją siłę i jak towarów będzie zdecydowanie mniej niż pieniądza to pojawi się „ciocia” drożyzna, czyli inflacja. Ponieważ żaden rząd nie pozwoli sobie na istnienie tak znacznych ilości zobowiązań w gospodarkach, co, do których można mieć pewność, że nigdy nie zostaną zaspokojone. Tylko i wyłącznie, dlatego ponieważ te przez swoją masę – będą blokowały normalną działalność gospodarczą. Właśnie, bowiem po to jest kredyt, żeby było z nim związane ryzyko a jedyną rękojmią powodzenia przedsięwzięcia (a w konsekwencji zdolności do spłaty kredytu) jest zmuszenie ludzi do wysiłku. Nie da się nikogo zmusić do wysiłku bez konieczności konkurowania. Gdyby każdy obywatel – a nie tylko pazerna, chciwa i złodziejska burżuazja finansowa brał udział w luzowaniu ilościowym i co włączenie wirtualnych maszynek do kreowania dolarów, euro, jenów – państwa uczciwie wypłacałyby obywatelom przypadającą na nich ilość jednostek – to gospodarka już dawno by doszła do równowagi, nawet przy wyższej inflacji, ponieważ znowu wszyscy zaczęliby wydawać a nie akumulować jedynie, co niektórzy, żeby mieć jeszcze więcej. Ta chciwość nas zgubi – na pewno będzie bardzo wiele kosztować!

One Comment

  1. Wierny_czytelnik

    Panie k., problem polega na tym że nikt nie podzieli się z nami kradzionym nam właśnie przyszłym czasem pracy. Rzeczywistość będzie wyglądała jak pan opisuje – będziemy pracować na dzisiejsze drukowanie albo skończy się inflacją która zmiecie wszystkie rządy

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.