Ekonomia

Dziwne sygnały z gospodarki i dziwniejsze z polityki

 W środę media cieszą się i pieją z zachwytu oto bowiem PKB rzekomo rośnie nam jak na drożdżach, w końcu premier miesiąc temu ogłosił koniec kryzysu – jako jeden z pierwszych w kraju ma wgląd we wskaźniki wyprzedzające.

Inflacja szoruje po dnie, praktycznie to żywe zło schowało swoje parszywe oblicze w głębokich zakamarkach instytucji decydujących o podaży pieniądza i nie ujawnia się. Inflacja nie przebijająca 0,8% to jest w naszych warunkach pytanie o deflację. Oznacza to, że nie ma pieniądza na rynku i nie bardzo wiadomo z czego bierze się ten wzrost gospodarczy? Podobno firmy mają olbrzymie nadwyżki kapitałów w tym gotówki, jednakże to nie tłumaczy wzrostu gospodarczego i odbicia produkcji przemysłowej.

Z zasady bowiem wzrostowi gospodarczemu (zwiększeniu produkcji i podaży wszelakiej) towarzyszy wzrost podaży pieniądza, którego banki nieco bardziej kreują a uczestnicy zdarzeń gospodarczych częściej i intensywniej się wymieniają. I wszystko byłoby w porządku, ale jak podaliśmy inflacja się schowała i jej nie widać! Co zatem napędza wzrost?

Wytłumaczeniem w pewnej części są zwiększone zamówienia z zagranicy, albowiem podobno nasza gospodarka święci także triumfy pod względem eksportu, jest rzekomo tak dobrze, że nawet eksportujemy kapitał. Co samo w sobie jest fenomenem, gdyż oznacza to mniej więcej tyle, że dokonujące zagranicznych inwestycji polskie przedsiębiorstwa nie były w stanie już dostrzec atrakcyjnych sposobów zainwestowania w kraju, alternatywnie wynika to z ich międzynarodowych powiązań własnościowych.

Na to wszystko nakłada się połajanka, jakieś doświadczył nasz rząd ze strony Komisji Europejskiej, upominającej nas o dyscyplinę finansów publicznych, a ściślej żebyśmy zrównoważyli się pod względem wydatków i dochodów. To bardzo istotne przypomnienie o tym, że nadal nie tylko nie jesteśmy prymusem, ale przede wszystkim oszukujemy siebie samych – idąc drogą Greków i innych „bogatych” mieszkańców południa Europy. Nie ma wyjścia trzeba będzie zbić deficyt w rok!

Na to wszystko nakładają się wyzwania związane z OFE i stworzeniem budżetu na przyszły rok, rząd ma dylemat sam ze sobą w jaki sposób skrystalizować ostatecznie tą nieszczęsną reformę. Pole manewru jest ograniczone, gdyż bez reformy nie będzie budżetu, a jak nie będzie budżetu – to nie będzie zaczepienia dla środków unijnych, czyli nie będzie ich jak wydawać.

Gdyby i tego było mało podobno zrobiła się potężna dziura w ZUS, której nie bardzo jest czym załatać, albowiem jak wiadomo pieniądze do funduszów specjalnych pobierane są w naszym systemie jako procent składkowy od każdej pensji. No i oczywiście, system jest wrażliwy, a nawet przewrażliwiony na wahania na rynku pracy. Jest oczywistym, że w tym momencie mamy do czynienia z klasyczną kwadraturą koła, albowiem jak nie będzie pieniędzy w ZUS, to tenże wyciągnie ręce w kierunku budżetu i zrobi maślane oczy! Jednakże budżet także jest uzależniony od podatków pośrednich – bo przecież żywi się głównie VAT-em i akcyzą no i też nie ma pieniędzy. W związku z tym wzrosną potrzeby pożyczkowe budżetu państwa, a to w praktyce oznaczać będzie mniej więcej tyle, że trzeba będzie zwiększyć deficyt – powiększyć zadłużenie, co spowoduje że upragniona konsolidacja finansów publicznych – wywołująca uśmiech na obliczu Komisji Europejskiej się oddali. W wyniku czego być może zostaniemy ukarani np. wstrzymaniem przyznania części funduszy unijnych! To oczywiście tylko hipoteza, ale realnie musimy się z takim obrotem spraw liczyć.

W konsekwencji rządowi pozostanie jedynie droga podwyższenia podatków, nie ma bowiem innej możliwości wyrównania dziury systemowej – gdyż nasz deficyt ma naturę strukturalną. Jeżeli konsekwentnie nic się nie robi przez lata na rzecz uczciwego zreformowania systemu to też nie da się niczego zrobić z dnia na dzień, ponieważ społeczeństwo nie jest w stanie wytrzymać drugiej terapii szokowej. W skrócie oznacza to mniej więcej tyle, że rząd przespał sześć lat, nie dokonując reform strukturalnych, a teraz jak jesteśmy skonfrontowani z krótkoterminowymi skutkami kryzysu – nie starcza mu pieniędzy na utrzymanie systemu na dotychczasowym poziomie kosztów. W konsekwencji tylko i wyłącznie podwyżki! Tylko to może zwiększyć ilość pieniądza w budżecie.

Samo czekanie na powrót koniunktury a tym samym wzrost dochodów publicznych to nie tylko wyraz słabości i bezsilności, ale przede wszystkim dowód na upadek i niesterowalność systemem przez rząd w Polsce.

2 komentarze

  1. Jeśli dobrze rozumiem “krakauer” wolałby aby wystąpił spadek PKB w Polsce a inflacja poszybowała w górę.
    I po co te głupawe złośliwości “bowiem PKB rzekomo rośnie”.
    Rzekom d…y będą dzisiaj za darmo. Tak dla pobudzenia aktywności klienteli i koniunktury przemysłu burdelicznego w Polsce.
    Normalny człowiek się cieszy z komunikatu, że w Polsce w III kwartale 2013 r. PKB wyrównany sezonowo (w cenach stałych przy roku odniesienia 2005) wzrósł realnie o 0,6% w porównaniu z poprzednim kwartałem i był wyższy niż przed rokiem o 1,7%.
    Podczas gdy u nas wzrósł w Q3-2013 o 1,7% rdr, to odpowiednio w:
    Czechach zanotowano spadek – minus 1,6%;
    Italii – minus 1,9%;
    Hiszpanii – minus 1,2%;
    Holandii – minus 0,8%;
    Portugalii – minus 1,0%;
    Austrii – plus 0,2%;
    Francji – plus 0,2%;
    Belgii – plus 0,4%;
    Niemczech – plus 0,6%;
    Słowacji – plus 0,7%;
    UK – plus 1,5%;
    USA – plus 1,6%;
    Korei – plus 3,3%.

    Szału nie ma.
    Ale do jasnej ciasnej bez głupawych złośliwości i biadolenia na zapas.

  2. To co wcześniej przeczytałam, firmy mają nadwyżkę pieniądza i lokują to w bankach na lokatach (z polskich banków to my mamy: włoskie, niemieckie, austriackie i.t.d.)
    Firmom nie opłaci się inwestować, firmom nie opłaca się też wypłacać pracownikom pensji w terminie, gdyż kary za nieterminowe wypłaty są niższe i to zdecydowanie aniżeli odsetki na lokatach. Takie prawo uchwalili nasi milusińscy wybrańcy to, że ono jest sprzeczne z interesem Polski jest odrębnym tematem. Czy ktoś jest w stanie wymienić 10 punktów świadczących o tym, że Polska to wolny kraj? Już podpowiadam jakich argumentów nie należy używać, gdyż je znam.
    -Polacy są wolni od pracy
    -Polacy są wolni od leczenia się
    -Polacy nie muszą mieć stałego adresu zamieszkania
    -Polacy – politycy są wolni od myślenia
    Nie chcę przynudzać, zatem więcej przykładów nie podaję.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.