Kultura

Dzieci z odzysku 24

Okres ochronny

Przychodzi taki moment (moment bardzo odwleczony w czasie, długo i niecierpliwie oczekiwany, moment niepokojąco odległy od czasu w którym dziecko do Pogotowia Rodzinnego trafiło), że Sąd musi podjąć jakąś decyzję i postanowić o dalszych losach dziecka umieszczonego w Pogotowiu Rodzinnym. Najprościej sprawa wygląda w momencie, gdy matka porzuca swe dziecko tuż po urodzeniu w szpitalu, następnie zaś podpisuje stosowne zrzeczenie się praw rodzicielskich. Życie niestety nie jest takie proste i nawet ta nieskomplikowana procedura potrafi się zagmatwać.

Każdy rodzic oddający (dobrowolnie, bez żadnego przymusu je porzucając) swe dziecko w ręce państwa ma ustawowo zagwarantowany czas na zmianę swego wyboru. Czas ten rozciągnięty na sześciotygodniowy okres pozwala uspokoić się emocjom, jakie często targają matką rodzicielką (o ojcach niestety nie ma tu co pisać z tej prostej przyczyny, że w dedykowanej im rubryce figurują zazwyczaj jako NN). Półtora miesiąca to wystarczająco wiele, aby życie matki wróciło do jakiej takiej normy po narodzinach dziecka i jakoś się ustabilizowało. Jest ona niejako otoczona okresem ochronnym. Dostaje szansę. Może bez żadnych konsekwencji powrócić do swoich dzieci i podjąć macierzyńskie względem nich obowiązki. Może swą decyzję zmienić.

W praktyce rzadko się zdarza, że matka powraca po dziecko, które oddała czy wręcz porzuciła czy to w szpitalu, czy w oknie życia czy zgłaszając się do jakiejś instytucji społecznej i tam je przekazując pracownikom do opieki. Osobiście znam taki przypadek. Dosłownie: sztuk jeden. Matka oddała dziecko. Minęło nieco czasu i po nie wróciła. Ochłonęły emocje. Panika wyciszyła się. Życie unormowało. Wszystko skończyło się szczęśliwie. I dla matki i dla dziecka.

Częściej jednak matka podtrzymuje swą wcześniejszą decyzję. Niekiedy współpracuje czy to z sądem czy jakimś ośrodkiem pomocy i bez trudu udaje się od niej pozyskać dokument o zrzeczeniu. Wówczas sąd swoją decyzją to zrzeczenie przypieczętowuje i dla dziecka zaczyna się nowy okres: poszukiwanie nowej rodziny – zazwyczaj adopcyjnej – rzadziej zastępczej (dziadkowie, ojciec, starsze rodzeństwo, wujek, ciotka…).

Już teraz kochać

1996-12-13
Łódź – Karmel

trzeba tych
którzy dopiero
pojawią się w naszym

gdy będą
za późno by zacząć
nawet słońce
nie wschodzi od jutrzenki
ale od wczoraj już
inaczej po co byłby
ów mozolny trud
zachodu

już dzisiaj
kochaj dziecko
które jutro
zawstydzi cię
szczerą i prostą
miłością do Boga

już dzisiaj kochaj
tego który jutro
Twe wszystkie niedoskonałości
miłością przemieni
byś wczoraj wzrastać mógł
w dzisiejszej miłości

kochać zacznij
już wczoraj
a dziś będziesz
już zakochany

Adam Gabriel Grzelązka

Bezwład bezradności

Co jednak począć, gdy matka nie współpracuje? Bo nie chce? Bo nie wiadomo w ogóle, gdzie obecnie przebywa. Bo jej na dziecku nie zależy, a więc i nie ma ochoty na uregulowanie jego sytuacji prawnej, olewa to zwyczajnie. Zaczynają się wówczas schody. Zaczyna się poszukiwanie matki. Ale powiedzmy sobie szczerze: o ile ma to jeszcze jakiś sens przy pierwszym porzucanym dziecku, o tyle jeśli jest to już dziecko kolejne, owo odwlekanie decyzji nie ma sensu już najmniejszego. A niestety sądy brną bezwładnie w paranoję poszukiwań i nakłaniana matki do zmiany decyzji, do zaopiekowania się porzuconym dzieckiem. Paranoja ta może trwać całymi miesiącami. Tymczasem owa mamuśka dawno już podjęła nowe beztroskie życie i niewykluczone, że za rok czy dwa porzuci kolejne dziecko z kolejnego przygodnego związku. I tak co jakiś czas. Najpierw pierwsze dziecko. Potem drugie. I znowu dziecko, trzecie, czwarte i dalsze.

Decyzja i jej brak

Po pierwsze matka nie stawia się na wezwania. Po drugie nie wiadomo czasami, gdzie owo wezwanie dostarczyć, bo albo sam adres jest czysto fikcyjny, albo ona tam dawno już nie przebywa przeniósłszy się do nowego konkubenta. I nie wie nikt, gdzie. A jeśli nawet wie, to i tak nie powie. Bywa, że matka wyniosła się już dawno do zupełnie innej miejscowości. Gdy w końcu uda się ustalić jej nowe miejsce pobytu, wezwanie ponownie chybia celu. Ona znów zmieniła kochasia i znów mieszka w innym, nieznanym miejscu.

Taka zabawa trwać potrafi miesiącami. Sąd nie podejmuje żadnych decyzji zafiksowywując się durnowato na poszukiwaniu matki. A dziecko czeka. Mija miesiąc, dwa, dziecko czeka. Sąd z uporczywością godną lepszej sprawy równie bezdusznie co bezskutecznie zwleka z decyzją i szuka matki. Dziecko czeka. Rośnie i czeka. Mija pół roku, a dziecko czeka. Sąd nadal się nie poddaje, nadal szuka, nadal zwleka z decyzją. Oczywiście dziecko czeka. Mija rok i nadal nic. Ale przecież sąd bynajmniej nie powie, że ma dziecko w ciemnej rzyci. O co to, to nie. On szuka matki kierując się dobrem dziecka. Dobro to jednak pojmuje w specyficzny sposób. A próba wyjaśnienia sądowi, że przecież dziecko rośnie i cierpi (a na pewno będzie cierpieć opuszczając w końcu dobrze mu znany świat Pogotowia Rodzinnego i przenosząc się do kochającej je rodziny adopcyjnej) kończy się awanturą i strofowaniem ze strony sądu: „Proszę mi tu nie grać na uczuciach”. Albo i gorszą niecenzuralną w słowach pyskówką i pomiataniem przez sąd petentów. W końcu sąd rezygnuje jednak z durnie obranej drogi i pod byle pretekstem zmienia tryb postępowania rakiem wycofując się z błędnie przed miesiącami obranej drogi i ostatecznie decyzję o pozbawieniu praw rodzicielskich nieobecnej matki wydaje zaocznie. A co się dziecko niepotrzebnie naczekało, to trudno. Sądu to nie obchodzi. Dziecko urosło, wrosło w Pogotowie, zżyło się z innymi dziećmi. A teraz odchodzi. Do nowej Rodziny. Ale to jest trauma. Zmienia się przecież wszystko. Trzeba zapomnieć dom, rodzinę, dzieci, dźwięki, zapachy rytm dnia. I nauczyć się nowych warunków od nowa.

Poznań, 2015.03.11 – 2015.04.27
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.