Kultura

Dzieci z odzysku 22

 Nielogiczna logika

Zaiste dziwna jest logika postępowania naszych sądów. Nidy nie uda mi się jej do końca pojąć. Nigdy jej zrozumieć. Nigdy nie pojmę przyczyn takiego, a nie innego przez sąd postępowania. Ścieżki, jakimi chadza logika sądowa, niedostępne są dla przeciętnego szaraczka, jaki staje się podmiotem spraw sądowych. Trudno zaiste pojąć, dlaczego takie a nie inne zapadają decyzje. Ani dlaczego czeka się na ich zapadnięcie raz tyle, a innym razem tyle. Sąd po prostu działa w sobie właściwy sposób kierując się swoiście upływającym czasem. Sąd jak chce, to sprawę załatwia od ręki. A jak nie chce, to jej nie załatwia. To, od czego i w jaki sposób owo chcenie sądu zależy, jest niejasne, jest niedociekliwe, jest niepojmowalne. A już na pewno nie kieruje się zdroworozsądkową chłopską logiką. Logika sądu bywa pokrętna, nieprzewidywalna i kapryśna niczym wiosenna pogoda tego roku. Sąd czymś się tam kieruje, ale dla nas szaraczków przypomina to ewidentnie ślepy los rzuconej monety. Która na dodatek potrafi się niejednokrotnie zgubić. Albo nikt nie interesuje się przez całe czasem miesiące wynikiem tegoż monetą rzutu. Bo i po co? Sądowi zwyczajowo się nie spieszy. Sąd zawsze ma czas. Swój czas. Dla sądu liczy się on sam i nic poza nim. Niczyje dobro nie ma wpływu na szybkość podejmowanych decyzji.

Dajesz życie

1995-09-04 Łódź

jak matka chleba kromkę
jak pszenica urodzaj
by ten chleb

bez Ciebie
ani chleb
ani pszenica

bez Ciebie
nawet słońce
nie byłoby słońcem
ani ptak

dajesz życie
takie pod prąd
co wbrew nadziei
każe kochać do szaleństwa
świat ten co bez miłości

dajesz życie
wskrzeszasz
żywych co martwi za życia
by żyli prawdziwie
pełnią a nie na niby

dajesz życie
zamiast śmierci
dajesz miłość
ona wszystko może

Adam Gabriel Grzelązka

Decyzje

Kiedyś było dziecko w naszym Pogotowiu Rodzinnym. Kiedy – nieważne. Czy chłopiec, czy dziewczynka – nie ma to znaczenia. Ważne jest to, jak sąd zajmował się sprawą owego dziecka. A zajmował się w sposób szczególny. Od samego początku. I na wieloraki sposób. Aż do momentu, w którym ów tak zatroskany sąd podjął znamienną decyzję o zaprzestaniu zajmowania się owym dzieckiem. Szczególny jest sposób, w jaki tę swą decyzję umotywował i jak się owym dzieckiem nasz sąd w końcu przestał interesować.

Pierwszą decyzją, jaką sąd był wziął podjął, była decyzja o umieszczenia dziecka w takim, a nie innym pogotowiu. Dla dobra dziecka. Potem owo dobro dziecka nie było już aż tak istotnym czynnikiem sprawczym, więc długi, długi czas sąd w ogóle dzieckiem się nie zajmował. W końcu jednak sprawa zwyczajowo nabrała mocy urzędowej, a papiery pokryły się widocznie wystarczająco grubą warstwą kurzu. Sąd postanowił do sprawy dziecka powrócić. Powrócił, aby odebrawszy prawa rodzicielskie stronie rodzicielsko biologicznej, przekazać owe prawa na rzecz opiekuna ze strony Pogotowia.

Wówczas nasze dziecko znalazło się w kręgu zainteresowań pewnych instytucji, których nota bene los tego dziecka nijak dotąd nie obchodził (także zwyczajowo). Owa instytucja wynalazła dal naszego dziecka rodziców adopcyjnych. Gdy sąd uznał za stosowne, wydał postanowienie o przekazaniu dziecka w pieczę przyszłych rodziców adopcyjnych. Jakiś czas później ten sam sąd ową adopcję przyklepał.

Historia nasza winna była się w tym właśnie miejscu skończyć. Ale, ale, nie u nas takie numery, o nie! W chwili adopcji dziecko prawnie znika i pojawia się pod zupełnie innym imieniem i nazwiskiem jako nowy obywatel, jako nowy człowiek z prawnego punktu widzenia. Co prawda imienia dziecku nie zmieniano, ale nazwisko a i owszem. Fizycznie to było nadal to samo dziecko, ale urzędowo było to już dziecko zupełnie inne, o innym nazwisku, o innym peselu. Sąd winien był przestać się owym dzieckiem interesować. Jego historia była winna się zakończyć.

Troskliwości ciąg dalszy

Nie dla sądu jednak. Sąd nadal interesował się widniejącym na starym zestawie dokumentów dzieckiem, które prawnie już przecież nie figurowało. Ale w starych dokumentach wkradł się bałagan, który z czasem przybierał coraz to większe rozmiary. Najpierw sąd doszedł do wniosku, że dziecko owo jest na tyle duże, że mogłoby choć przecież nie musiałoby) uczęszczać do jednostki edukacyjnej i spełniać swój obywatelski obowiązek edukacyjny. W odpowiedzi oczywiście przekazano szanownemu sądowi informację, że rzeczone dziecko od dawna i jak dawna już w Pogotowiu nie przebywa, i że dopełniono na tym dziecku procedury adopcyjnej. Minęło niewiele czasu, a sąd najwyraźniej zaciekawiony nieoczekiwanym obrotem monitorowanej przez niego sprawy, zapytał się był uprzejmie o sygnatury owej sprawy przezeń rozpatrywanej. Oczywiście przekazano takową informację na pisemnie wystosowaną do Pogotowia przez sąd prośbę. Złośliwy chochlik był się najwyraźniej w sądowych archiwach zalągł. Sąd zadał kolejne pytanie: jaką decyzję w związku z małoletnim dzieckiem w owej sprawie wydał. Całą sprawa oczywiście nie trwałą tydzień czy miesiąc nawet. Całą dotychczasowa historia ciągnęła się miesiące, a nawet lata jeśli liczyć moment umieszczenia owego dziecka w naszym Pogotowiu. Minęły kolejne miesiące. Sąd coś sobie tam deliberował, coś rozważał, coś kombinował.

No i wykombinował. Otóż po jakichś dwóch latach po adopcji sąd podjął znamienną, zadziwiającą i nader niezrozumiałą decyzję. Postanowił się definitywnie dzieckiem przestać przejmować, dzieckiem zajmować, dzieckiem interesować. Ale bynajmniej nie jako sąd jako taki. A jedynie jako ten konkretny oddział sądowy. Przyczyną tego stanu rzeczy był fakt zmiany miejsca zamieszkania przez nasze zaadoptowane przez pewną rodzinę dziecko. Sąd bowiem dostrzegł, że dziecko nasze, po adopcji nazywające się już całkiem inaczej i będące z punktu prawnego zupełnie nie tym dzieckiem, jakim sąd się był cały czas interesował (sąd bowiem interesował się dzieckiem sprzed procesu adopcji, a więc dzieckiem o innym nazwisku i innym peselu, a takowe w dniu adopcji dziecko istnieć prawnie przestało!), otóż owo dziecko mieszka w rejonie, który nie podlega jurysdykcji naszego zagubionego w czasie i prawdzie oddziału sądowniczego. Zatem sąd wydał decyzję, że dalej już losami dziecka zajmować się nie będzie, bo nie może, bo nie ma uprawnień. I przekazał był sprawę niczym kukułcze jajo do rozpatrzenia do innego oddziału sądowniczego, na terenie którego owo zaadoptowane dziecko obecnie zamieszkuje. Póki co oddział ów milczy, miesiąc bowiem to nazbyt mało, by sąd zechciał się daną sprawą w ogóle zainteresować.

Ów odział, któremu bezsensownie tę sprawę nieistotną już przecież z powodu zaadoptowania dziecka przez nową rodzinę przekazano, ma dwie możliwości. Albo rzecz wreszcie definitywnie uciąć i uznać za niebyłą, albo powtórzyć całą parodię i brnąć w zaparte poszukując wiatraków niczym Don Kiszot. Czas przyniesie jakąś odpowiedź. Może jeszcze inną, zupełnie niespodziewaną. A może sąd doczyta w końcu całe akta i uzna, że ni ma co mącić wody, tylko należy akta odłożyć do archiwum. Dziecko bowiem nie jest już tym samym dzieckiem w świetle prawa i szkoda czasu na zajmowanie się tak absurdalną sprawą.

Poznań, 2015.04.25
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Nie ma sądów lecz gggggg sędziowie pozbawieni uczuć wyższych i normalnej empatii. Człowiek nieważny liczy się “prawo”

  2. Jako uzupełnienie bardzo słusznych spostrzeżeń autora odnośnie tragedii dotyczących dzieci proponuję artykuł “Wyrok: opieka” w tygodniku Fakty i Mity nr. 27/2015.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.