Kultura

Dzieci z odzysku 19

Zachować więź

Na szczęście dziś jest inaczej. Przynajmniej w Pogotowiu Rodzinnym. Tu nie rozdziela się rodzeństwa. Gdy trafiają razem, razem odchodzą. Ba, nawet jeżeli jedno dziecko przychodzi do Pogotowia, by tu odnaleźć swą nową rodzinę adopcyjną, a po roku, dwóch czy nawet później okazuje się, że ta sama matka porzuciła kolejne urodzone dzieciątko, nie jest rzadkością, że to nowe niemowlę jest adoptowane przez rodziców, którzy już mają u siebie jego siostrzyczkę czy braciszka. W każdym razie jeśli na skutek zawirowań losu rodzeństwo znajduje swą ostoję w Pogotowiu Rodzinnym, czy to do rodziców adopcyjnych, czy też do Rodziny Zastępczej odchodzi jako rodzeństwo. Nikt im ich już zawiązanych więzi nie kradnie. A dzieci, nawet bardzo maleńkie, szybko zawiązują relacje między sobą. Widać to po dzieciaczkach w Pogotowiu przebywających, a które nie są przecież rodzeństwem, a jedynie przydarzyło im się po prostu przebywać tu w tym samym czasie. Gdy jedno z nich w końcu znajduje swój nowy dom i odchodzi, te co pozostały tęsknią za tym, którego już brakuje. Stały się sobie bliskie. Takie dwu, trzymiesięczne szkraby. A im starsze, tym te więzi są silniejsze.

Pocałunek tęsknoty XV 2010-05-21 Poznań

cisza rozbrzmiewa milczeniem
ponurym krokiem
przechodzi pomiędzy

nie przypadkiem to milczenie
odmieniać można przez
osoby
czasy
nawet strony
w tym czy innym przypadku
milczenie staje się cierpieniem duszy
drżeniem niespokojnego serca
któremu wyschły miłosne ogrody

ja nie mam
ty nie masz
my nie mamy
czy zawsze
mieć nie będziemy
odwagi na to by
mówić zacząć już tylko
dobre słowa

niespełniony pocałunek tęsknoty
śnię nocą twoimi wargami

Adam Gabriel Grzelązka

Utracona relacja

Nam, mnie, bratu i siostrze naszej, tego nie dano. Nam to odebrano. Nas z tego kradziono. Zostało nam to zaprzepaszczone. Mnie i brata więcej dzieliło, niż łączyło. Sama świadomość, że jest moim bratem, nie wystarczyła. Brakowało nam wspólnych przeżyć, wspólnych wspomnień, wspólnego języka, wspólnych zainteresowań. Wszystkiego nam brakowało. Nie łączyły nas żadne emocje. Pozostaliśmy sobie obcy. I więzi się rozluźniły. Apotem się przestaliśmy po prostu spotykać. Nam się nie udało odbudować relacji, której nie mieliśmy przez większość naszego osobnego życia. Nie zdołaliśmy.

Dla nas losy potoczyły się rozbieżnie. Nasze życia obrały trzy niezależne kierunki. Ale pobiegły. Mimo wszystko. A to dzięki jednej jedynej rzeczy, jaką nam ofiarowała nasza mama. Dzięki życiu. Dzięki narodzinom. Gdyby została wysterylizowana, nie byłoby nas w ogóle. Gdyby regularnie i skutecznie stosowała antykoncepcję, nie poczęlibyśmy się lub zaraz po poczęciu byśmy obumarli. dyby nas usunęła, zostalibyśmy podczas aborcji rozdarci na strzępy. By nas z zimną krwią zamordowano. Ale my istniejemy. My żyjemy. Całą nasza trójka. A może nawet jest nas więcej.

I cóż z tego, że nasza mama to alkoholiczka. i w ogóle taką mamą to się lepiej nie chwalić. Pewnie, chcielibyśmy mieć inną, lepszą, wspaniałą, kochającą czułą i troskliwą mamusię. I najlepiej jednego tatusia. Wspólnego, a nie trzech różnych i na dodatek każdy z nich okazał się do kitu. Ale jest jak jest i było jak było. Mimo to się narodziliśmy. Mimo to krótki czas mieszkaliśmy razem. Mimo to króciutki czas był nam dany być rodzeństwem. Co z tego, ze nic z tego nie pamiętam. Co z tego. Ważne, że żyję. Że jestem. Że mogę o tym mówić, na to narzekać, z tym się całe życie borykać. Ale mogę. Mam taką szansę. Tych, których zabito, nikt już nie usłyszy. Bóg tylko wie, ilu braci i ile sióstr mi zabito. Zamordowano.

Towar reglamentowany: dziecko

Gdybyśmy urodzili się w obecnych czasach, mielibyśmy szansę. Na braterskie relacje. Może byśmy mogli pozostać razem. W domu. U dziadków. Przy niewielkim acz bezcennym wsparciu stosownych ośrodków pomocy społecznej. W moich czasach dzieciństwa taka pomoc właściwie nie istniała. Musieliśmy radzić sobie sami z ekscesami mojego wciąż pijanego taty. I wcale nie chodzi mi o to, aby mu zaraz odbierać prawa, aby ograniczyć kontakty ze mną. Chodzi o to, aby chronić mnie przed jego chorobą. Chronić skutecznie. A nawet jeśli byśmy byli rozdzieleni, brat i siostra mieliby szansę pozostać razem. Razem wzrastać i normalnie się rozwijać. Miast do domu dziecka trafiliby do Pogotowia Rodzinnego. To mogłoby uratować brata. Mogłoby mu się nie nigdy nie przydarzyć to, co mu się przydarzyło. Ale w tamtych czasach nikt się tym nie przejmował. Dzieci były po prostu towarem w domu dziecka. A prawo było nieludzkie. I warunki nieludzkie. I tylko ludzie czasem i tylko niektórzy ludzcy mimo wszystko. Mimo wszystko. I na całe szczęście.

Pogotowie Rodzinne to szansa na dom. Normalny dom. To szansa na zminimalizowanie traumy. To okazja do obdarowania dzieci już przecież przez życie doświadczonych normalnością. To słuszna droga. To godziwe rozwiązanie. Nie trzeba zabijać nienarodzonych. Nie trzeba sterylizować niedojrzałych potencjalnych rodziców. Nie trzeba. Wystarczy pomocna dłoń. Wystarczy uważne oko opieki. Ale nie nadgorliwe. Nie zawsze trzeba odbierać. Czasem wystarczy pomoc. Wsparcie. Ochrona. Poprowadzenie. Wyprowadzenie z nałogu. Leczenie. Czasem potrzeba naprawdę niewiele, aby dzieci nie trafiały do Pogotowia Rodzinnego w ogóle. A jeśli już trafią, trzeba wszystko i jak najszybciej, by odnalazły nowy dom. By nie czekały w zawieszeniu w nieskończoność na skutek nieudolności czy głupich, nierozumnych, nieżyciowych procedur i przepisów prawa.

CDN. Część 5 z 5.

Poznań, 2014.04.24
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. inicjator_wzrostu

    Wstrząsające relacje.
    Po takim dzieciństwie można przestać mieć wrażliwość.
    Na szczęście udało się tego uniknać.
    Pozdrawiam serdecznie Autora.

  2. Opisany temat pokazuje życie, które toczy się wokół nas dlatego oby jak najwięcej osób było “zaopatrzonych” we wrażliwość i empatię. Mam inne zdanie na temat rodzicielstwa i macierzyństwa ale o tym już pisałam.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.