Kultura

Dzieci z odzysku 18

 Siostra

Tak więc pozostało mi po niej niewiele. Imię: Monika. Wiek: rok starsza. gdzieś mam jedno jedyne zdjęcie, na którym trójka niemowlaczków na kocu. Swoją drogą ten kocyk jeszcze do niedawna jakoś miałem ze sobą. Jakoś mi towarzyszył. Nie, żebym jakoś o specjalnie. Ale jakoś przetrzymał wiele dziesiątków lat i dopiero niedawno się o pozbyłem, gdy wdały się weń mole. To ten sam koc, co na zdjęciu. Że ten sam, to bym nie zgadł, bo ono czarno białe. Ale babcia mi o nim opowiadała. I nigdy tego kocyka nie wyrzuciła. A po jej śmierci jakoś mi w dziale przypadł i wielokroć okazywał się przydatny.

I to już właściwie wszystko, co ja o siostrze wiem. Aha. Jest jedno jeszcze. Facio, jeden z kochanków (?) mamy, może nawet tato (?) siostrzyczki, kiedyś po pijaku na niej usiadł i połamał jej nogi. Nic więcej nie wiem. Nic więcej nie pamiętam z opowieści babci. Z tatą o tym nigdy nie rozmawialiśmy. Szkoda. Ale jakoś nigdy nie było okazji się zadać.

Pocałunek tęsknoty XIX

2010-06-08 Poznań

potrzeba niewiele aby
czy jednak już nie jest to zbyt dużo
czy jednak nie jest ponad siły
czy jeszcze powrócą marzenia plany pragnienia
potrzeba niewiele aby

tylko że stało się zbyt wiele
za ciężkie padły słowa
i ten jeszcze do tego
splot zdarzeń który nigdy
nie powinien się wydarzyć

tęsknię twojej miłości
całuję wspomnienia o tobie
milczę bo nie wiem

Adam Gabriel Grzelązka

Teraz jest pewnie czyjąś żoną, matką własnych dzieci. Dorosłą kobietą zapewne nieświadomą, że jej starszy braciszek właśnie opowiada o niej. I że jest jeszcze jeden, jeszcze starszy brat.

Czemu adoptowano tylko ją, a nie i ją i brata, pozostaje się domyślać. W tamtych czasach nikt nie robił sobie ceregieli i dowolnie traktowano rodzeństwa. Jeśli tak było wygodnie, po prostu je rozdzielano i tyle. Nikt nie dbał, aby mogły trzymać się razem. Mam nadzieję tylko, że trafiła w dobre ręce. Że się jej poszczęściło. Że wygrała najlepszy z naszej trójki los. Że jest szczęśliwa. Że miała szczęśliwe dzieciństwo. Że miała wspaniały, kochający dom. Że otoczona została opieką.

Brat

Bratu nie poszło najlepiej. Pozostał w domu dziecka. Wkrótce zresztą przeniesiono o do innego. Do domu dziecka dla dzieci opóźnionych w rozwoju. Spędził tam wiele lat. Zbyt wiele. W końcu zaadoptowali go opiekunowie. Miał wówczas coś koło 16-17 lat. Zaadoptowali go, bo uważali, że nie było to miejsce dal niego. Że nie powinien był tam w ogóle trafić.

Czy był opóźniony? Czy był niedorozwinięty? I tak i nie. Pytanie, na ile był sam z siebie, a na ile stał się taki na skutek pobytu w domu dziecka. Pytanie, na ile byłby normalniejszy, bardziej pełnosprawny, bardziej rozwinięty, gdyby wówczas zabrano o wraz z naszą siostrzyczką. Wydaje się wielce prawdopodobne, że byłby. To oczywiście tylko domysły. Ale z pewnością pobyt w domu dziecka był dla niego traumą. I pozostawił trwałe skutki. Bardzo złe skutki.

Odnaleziony

Niesamowita jest historia z jego odnalezieniem. Po adopcji siostry, gdy jego przeniesiono do nowego ośrodka dla cofniętych dzieci, ślad po nim się urwał. Zdaje się że nigdy tata nie dowiedział się, gdzie on był. Zatajono to przed nim. Nie powiedziano mu. A jak się okazało, mieszkał przez te wszystkie lata ledwo parę kilometrów od nas.

Miałem piętnaście lat. Kończyłem właśnie podstawówkę. Ósma klasa. Któregoś dnia przyszedł do nas Arek (zdaje się że tak miał na imię), cygan, sąsiad. Rówieśnik brata. Nie był moim kumplem. Znaliśmy się tyle o ile. Ot, mieszkał niedaleko nas i tyle. Otóż któregoś dnia przyszedł do nas i oznajmił babci, że odnalazł Bogdana. Że na niego natrafił. Że go spotkał. Zdarza się, prawda? Tyle tylko, że on miał ledwo trzy latka, może trzy i pół, ale raczej bliżej trzech, albo nawet nieco mniej, bo był jakoś mniej więcej rówieśnikiem Bogdana. Właśnie tyle miał, gdy widział o ostatni raz. I teraz po 12-13 latach, gdy go spotkał, to o rozpoznał.

Gdyby nie on, nigdy bym brata nie odnalazł. Wiedziałbym o nim tylko tyle, co o siostrzyczce naszej kochanej. Gdy babcia się dowiedziała, poszła go odwiedzić. Potem odwiedzaliśmy do razem. Znaczy i babcia i ja. Czasem Bogdan przychodził do nas, gdy pozwalano mu na te wizyty. Blisko nie było. Ze 3-4 kilometry chyba. Ale to pogranicza Łodzi. Przedmieścia. Tam nie dało się dojechać ani autobusem, ani tramwajem. Najkrócej było pieszo. Bo jeśli na tramwaj, to wychodziło dużo dalej. Bo mocno dookoła.

Potem, gdy został zaadoptowany, raz czy dwa odwiedziłem go w jego nowym domu. Później nasze relacje się zaczęły rozluźniać. Albo raczej zwyczajnie się nie nawiązały. Ja miałem swój świat. On swój. Spotkania się urwały samoistnie. Byliśmy sobie obcy. Obcy bracia. On skończył zawodówkę. Został stolarzem. Ja podjąłem moją pierwszą pracę. Wtedy spotkaliśmy się parę razy znowu. Ale i te kontakty się urwały. Tym razem na dobre. Teraz nie wiemy o sobie nic. Nawet nie wiem, gdzie mieszka, a on pewnie nie wie, że od kilkunastu lat mieszkam w Poznaniu. Straciliśmy coś niezwykle cennego: nasze braterstwo. Jesteśmy braćmi, dziećmi tej samej matki. Ale nie ma między nami braterskich więzi.

Gdyby nie zatajono przed tatą jego nowego miejsca pobytu, moglibyśmy się przez te stracone kilkanaście lat mimo wszystko od czasu do czasu widywać. I bylibyśmy braćmi. Zbudowalibyśmy mimo wszystko nasze relacje. Ale odebrano nam tę możliwość. Uniemożliwiono nam to. Obrabowano nas z naszych więzi. Skradziono nam nasze braterstwo. I odebrano nam naszą siostrzyczkę. Bezpowrotnie. Nieodwracalnie. Nie w tym życiu.

CDN. Część 4 z 5.

Poznań, 2014.04.24
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

3 komentarze

  1. inicjator_wzrostu

    Bardzo czułe.
    Nie ma już takich uczuć między rodzeństwem.
    Szkoda.

  2. Wzruszająca historia, właściwie nie potrafię napisać więcej.

  3. Często nieodwracalnie i bezpowrotnie tracimy bliskich, którzy nas kochają i wspierają. Tracimy ich niejednokrotnie mając wyjście i mogąc decydować o wspólnych relacjach i losie…
    Tracimy ich z głupoty, pychy, ignorancji, złości, zepsucia…
    a życie jest tylko jedno…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.