Dzieci z odzysku VIII

fot. AGGZasiedzenie

To jest największy problem dzieci trafiających do Pogotowia Rodzinnego. Nie tylko tej konkretnej małej. Nie tylko tego konkretnego dzieciątka. Za długo tu pozostają. Ich tymczasowy pobyt przeciąga się nad miarę. W skali ich życia to niemal zostają tu od zawsze, tu w Pogotowiach. Dzieci się przyzwyczajają. Szybko. Bardzo szybko. Jeśli tylko czują się kochane, chciane, bezpieczne. Oswajają się. Wrastają w miejsce pobytu. Wrastają w więzi. W nasze serca zresztą także. Nie tylko one się przyzwyczajają. Nie tylko dla nich jest ból przeniesienia z miejsca na miejsce, nie tylko w nich rozgrywa się rozpacz rozstania. A gdy odchodzą, rozgrywa się w nich ich mały osobisty dramat. Ich serce zostaje rozdarte. Miejsce, ludzie, dźwięki, zapachy – wszystko nagle jest nowe. A już nawykły. Już się oswoiły. Już wrosły w Pogotowie. Jeszcze tydzień, dwa temu – nie byłoby to aż takim problemem. Ich poczucie bezpieczeństwa legło nagle w gruzach.

Tymczasem sprawy urzędowe ciągną się i ciągną. I końca nie widać. Sprawy nie chcą się toczyć. Po umieszczeniu dziecka w Pogotowiu niewiele zaczyna się dziać. Jest wielka mobilizacja i pośpiech, aby dziecku los zabezpieczyć. I bardzo dobrze. To czas, kiedy wydarzenia muszą dziać się błyskawicznie. Tyle, ze potem czas zamiera w miejscu.

Niezależnie, czy dziecko trafia do Pogotowia, jako porzucone przez matkę w szpitalu, czy też przyjeżdża na skutek interwencji i odebrania biologicznym rodzicom, którzy w jakiś sposób zawiedli. Dziecko odnajduje swój tymczasowy dom. Odnajduje spokój, opiekę, troskę i przede wszystkim bezpieczeństwo. Owo poczucie bezpieczeństwa buduje się z dźwięków otoczenia, z jego zapachów, z wystroju pomieszczeń, z osób się dzieckiem zajmujących. Rodzi się jako skutek nawiązywania nowych relacji z otoczeniem. Dziecko odnajduje spokój serca. A potem? Potem dziecko czeka. Czeka na swój dalszy los. Na rozstrzygnięcia. Czy wróci do rodziny biologicznej (bardzo rzadko)? Czy też odnajdzie nową, adopcyjną (najczęściej)? Niekiedy do rodzin zastępczych (także bardzo rzadko). W międzyczasie bezruch. Czekanie się przeciąga. Nierzadko bezsensownie, niesłusznie, niepotrzebnie. Rozstrzygnięcie się odwleka.

Czas między umieszczeniem dziecka, a jego odejściem ciągnie się nierzadko w nieskończoność. Opieszałość instytucji, bezwładność sądów, nieskuteczne procedury, niejednoznaczne przepisy prawne: wszystko to powoduje, że dziecko jest, i jest, i jest, i jest… Dziecko czeka. Potem znowu czeka. I jeszcze czeka. Nadal czeka. Wciąż czeka. Rośnie i czeka. Rozwija się i czeka. Dorasta i czeka. Uczy się swego nowego świata i czeka. Rozprawa jedna, druga, trzecia, czasem więcej. Błędy proceduralne, niedoczytanie informacji przez urzędy itd. I znów sprawa się odkłada ad acta.

Dziecko tymczasem przywyka. Dziecko się oswaja. Dziecko się wżywa w nowe miejsce. Nawiązuje relacje z dorosłymi i innymi dziećmi przebywającymi w Pogotowiu w tym, co ono czasie. Staje się nasze. Staje się członkiem rodziny. A my stajemy się jego. Jesteśmy jego światem.

Gdy w końcu nadchodzi rozstrzygnięcie (bo w końcu jednak przecież nadchodzi), zdążyło minąć kilka miesięcy. Dzieciak, choćby trafił do Pogotowia Rodzinnego, jako kilkudniowe niemowlę, odchodzi jako kilkumiesięczny bobasek. A zdarzało się, że trwało to dłużej niż rok. Tylko, dlaczego? Tylko, po co? Tylko czy naprawdę nie dałoby się szybciej? Skuteczniej?

Siłą rzeczy im dziecko starsze, im jest dłużej, tym bardziej się oswoiło, przyzwyczaiło. I tęskni, gdy odchodzi. Zaczyna się dramat, nim nawyknie do nowego domu, miejsca, ludzi. Gdy cały pobyt w Pogotowiu jest krótki, ów dramat jest mniejszy. Bywa, że żaden. Najlepiej na tym wychodzą niemowlaczki, których matki zrzekły się swych praw do nich już w szpitalu i potem nie stawały im na drodze do adopcji. Najgorzej te, które odebrano dysfunkcyjnym rodzinom, a które choć nijak nie zmieniają ani siebie ani swego stylu życia, nadal próbują swe utracone dzieci odzyskać traktując je jednak nie jak dzieci, ale jako własność. Koniec końców i tak nic z tego nie wychodzi, ale dzieci musiały czekać na sądowe orzeczenie całymi miesiącami.

Sen

Mała powoli się oswaja. Zajmuję ją zabawą. Przychodzi wieczorne zmęczenie. Położyłem przed nią, a raczej założyłem sobie na szyje wełnianego rogala. Początkowo nieufna jakby się go obawiała. Ostrożnie, delikatnie wyciągała rączkę dotykając jego szorstkiej powierzchni. Każde dotknięcie, stopniowo coraz śmielsze, kwitowała perlistym śmiechem i ognikami w oczach. Przednia zabawa zajęła jej dobrą chwilę.

Ocalony

2012-11-26
Poznań

nie zaznałeś długo ciepła rodzinnego domu
jaką ci krzywdę wyrządzono na początku twego istnienia
czemu traktowano gorzej od niechcianego przedmiotu
że po dziś dzień jeszcze lękasz się samotności
że po dziś dzień jeszcze obcym nie ufasz ludziom

nie było si dane szczęśliwe niemowlęctwo
a koszmar trwał zbyt długo
byś zapomnieć o nim zdołał
w tak krótkim czasie

dziś tobie nową dano nadzieję
dziś nowa otwiera się droga
dzień zbliża się kolejnego znów odejścia
jednak kres tej drogi to nowa rodzina
dziś już tylko czekasz na serce miłością gorące
na ciepło ogniska domowego
na życie nowe życie kochane
w końcu i tobie się udało
w końcu zapomnisz o koszmarze
co powraca czasem nocami
co zrywa ci sen sprawiając
że krzyczysz i płaczesz od czasu do czasu
to wszystko przemija miłością zmazane
to wszystko odchodzi w niepamięć
zaciera się wspomnienie
lęk słabnie z dnia na dzień

a ojciec twój w piwnicy w piwnicy
matkę twą na śmierć na śmierć
lecz udało się tobie udało udało
i żyjesz żyjesz żyjesz

Adam Gabriel Grzelązka

Zmęczenie. W którymś momencie mała zaczęła przymierzać się do podusi-rogala. Już się jej nie bała. Już się z nią oswoiła. Pokładała na chwilę główkę, po czym ją odrywała. Po chwili próbowała znów. Raz w jedną stronę, raz w drugą kierując swą twarz. Najwyraźniej bierze ją sen. Wierciła się tak długo, aż znalazła najwygodniejszą z możliwych pozycji. Oddech coraz wolniejszy, coraz cichszy. Chyba coś sobie śni. Na jej twarzy błogi uśmiech. Czasem kopie, macha rączkami. Odrobinę, trochę, niewiele. Nie za dużo. Sen coraz głębszy. Mała leży spokojnie, delikatnie okryłem małą kołdrą, zasnęła…

Czas do domu. Telefon. Szykujemy maleństwa. Podnoszę małą. Na moment się rozbudza, leci jednak przez ręce. Główka samoczynnie opada. Zasypia podczas ubierania. Ponownie budzi się na schodach. Hałas. W samochodzie znów zasypia. Całą trójka odjeżdża do domu, do Pogotowia Rodzinnego.

Ot taki, zwyczajny (może nie do końca, bo poza domem) dzień z życia dzieci Pogotowia Rodzinnego. Zwyczajny dzień, zwyczajne życie, zwyczajne chwile. Tylko dzieci niezwyczajne. Oczekujące na nowy start. Na nowe życie. Na nowy dom.

Część 2 z 2.

Poznań, 2014.04.27
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.