Kultura

Dzieci z odzysku IX

 Kapuściane znajdy

Wiecie skąd biorą się dzieci? Nie? To posłuchajcie. Teorie, skąd biorą się dzieci, są najrozmaitsze. Kiedyś, gdyśmy sami byli dziećmi, karmiono nimi nas, obecnie czasem my karmimy nimi nasze dzieci. Tymczasem pytanie jest jak najbardziej zasadne w kontekście Pogotowia Rodzinnego. Co powiecie, zatem na kapustę? Że znajdują się w kapuście? Bo niby, czemu nie? W czym niby kapusta miałaby być zła? Ta, kapusta wydaje się być całkiem w porządku. A zatem…

Idziesz sobie poza miasto, patrzysz: jest pole. Duże, długie, szerokie. Typowe polne pole. A na nim przepiękne rzędy. Aż po horyzont. Równiuteńkie. Równoległe. Chociaż perspektywa robi mimo wszystko swoje. Jej efektem jest zbieżność linii. Patrzysz, zatem na owo napotkane właśnie pole, na te piękne, równiuteńkie rzędy, a one wcale nie takie znowu równiuteńkie. Znaczy: wcale bynajmniej nie są sobie równoległe. Im dalej patrzysz, tym bardziej się zbiegają. Tym bardziej się stapiają ze sobą. Szczególnie, jeśli to pole naprawdę ogromne i aż po wielce odległy horyzont. Jeśli pole jest wystarczająco długie, odnosisz wrażenie, że wszystkie te rzędy tworzące owe wszystkie zachwycające linie jakby wypływały sobie z jednego bardzo odległego punktu. Takie właśnie napotykasz pole. Takie właśnie ono jest. Piękne, idealne. Pole kapusty. Oczywiście, że kapusty. Takie pole właśnie napotkaliśmy. Świeżej, zieloniutkiej, dorodnej. Wyrośniętej, aż miło. I co pod kapustę zajrzysz, dziecko znajdujesz. Dziecko samotne, opuszczone, dziecko czekające na ciebie. Więc bierzesz je pod swoją opiekę. Zabierasz z tego kapuścianego pola. Cały proceder jak wiać jest zupełnie prosty. Wystarczą dwie rzeczy: znaleźć pole i zajrzeć pod kapustę. To tyle, jeśli sądzisz, że dzieci biorą się spod kapusty. Pomysł niczego sobie prawda? I wyjaśnia, skąd tych dzieci aż tak wiele jest. I jak to wszystko znakomicie ułatwia ich odnajdywanie i ratowanie. W końcu to nasze kapuściane pole urodzajne bardzo. Do dzieła. Nie ma co się ociągać. Pole ogromne, rozłożyste, pełne kapusty. Pełne dzieci.

Verba latebat IV

2011-03-24
Poznań

budzę słowa
smutek wylewam
z serca co w nim tonie

ty – miłość moja
nieszczęście moje
opuściłaś mnie

jakże dalej żyć mam
kiedy serce me obumarło
jak obumarła miłość twoja

ja niewolnik twych spojrzeń
nie mam jak od ciebie uciec
nie mam jak się przed tobą schronić

nie dajesz wytchnienia
nie dajesz ni chwili
duszę się
odbierasz mi każdy oddech

w noc i milczenie
rozszarpane serce moje chronię
lecz i tam dopadają mnie
twe mordercze słowa

Adam Gabriel Grzelązka

Bocianie zrzutki

Ale może nie wierzysz w teorię kapustną. Kapusta ci nie odpowiada. Pole kapuściane ci nie podchodzi. Uważasz ją za dziecinadę. Za historyjkę dobrą dla dzieci. Za bujdę z palca wyssaną. No, bo niby jak pod to: kapustą? Że niby jak? I co, leżą sobie tam spokojnie czekając: znajdziesz, nie znajdziesz? Idylla czekania. A co kapusta, to niespodzianka. Czasem żadnego, a czasem kilka. I co z tymi kapustami, pod którymi już szukałeś? Czy aby nie warto do nich powrócić i sprawdzić, czy aby coś się tam pod nimi znowu nie kryje? Bo niby czemu nie miałoby się kryć? Iście syzyfowa praca. Nie widać końca.

Zaraz, zaraz! Powstrzymaj swoją wyobraźnię. Nie zniechęcaj się. Nie pęd za miasto w poszukiwaniu pola kapust. Nie wyrywaj ich zeń jednej po drugiej w poszukiwaniu porzuconych dzieci. Nie wkurzaj rolnika. Nie rób tego, podpadniesz właścicielowi pola. Uważaj, może się to okazać błędną drogą. Ech, przecież to nie tak, nie tak panowie. Kapusta to czczy wymysł. To zmyłka, ściema, omam. Nikt nigdzie pod kapustą nikogo nie znalazł. W każdym razie dzieci. A szkoda, bo kapusta pięknie sprawę upraszczała. Wszystko wyglądałoby pięknie. Byłoby uporządkowane. Zachowało geometryczny ład. Byłoby przewidywalne. Ratowanie porzuconych dzieci przez ten krótki moment opowieści wydawało się takie proste… A tu proszę: to nie tak, zupełnie nie tak. A jeśli nie tak, to niby jak? Chcesz wiedzieć? Naprawdę chcesz? Zatem posłuchaj. Uważnie.

Wszem i wobec przecież wiadomo, że dzieci przynoszą bociany. Któż z nas nie słyszał w dzieciństwie o bocianim posłańcu? A mianowicie wygląda to tak. Bocian jak wygląda, wie chyba każdy. Ale może jednak nie. My mieszczuchy rzadko mamy okazję spotkać żywego dzikiego bociana. A zatem, do czego by porównać takiego bociana? A konia może widziałeś? No wiesz, cztery kopyta, ogon, stojące uszy. Kojarzycie nie? Z filmów dajmy na to. No, więc bocian to do konia całkiem podobny nie jest. A to już coś. Albo taka ryba. Nie, nie chodzi mi o filet rybny. Ani o rybne paluszki. Ryba, taka żywa. Albo przynajmniej mrożona, z marketu. Głowa, tułów, ogon, skrzela. Całkiem nieme stworzenie. Słowa z niej nie wydusisz. Słowa ci nie powie. Ideał milczenia. Przynajmniej nie gada godzinami. Przynajmniej nie paple bez sensu. Ale co ma ryba do bociana? Otóż bocian do ryby podobny nie jest również. Ryba milcząco miele pyszczkiem. Ryba patrzy na ciebie niemo rybim okiem. A bocian? Bocian lubi sobie dziobem pokłapać. Bocian lubi se polatać to tu to tam, ale nie jak motyl. Motyle to tylko z kwiatka na kwiatek, i tyle te motyle. Zupełnie jak niektóre mamuśki dzieci porzuconych. Zresztą ojcowie (ojcowie nawet bardziej, bo kobiety jak kwiatki traktują: tu zapyli, tam zapyli; tu byli, tam byli i znowu się zmyli) takowych dzieci także się w ten sposób zmotylają. Tu poleci. Tam poleci. Tu ktoś kogoś zapyli. Tam ktoś z kimś się zapyli. Nidzie miejsca nie zagrzeje przy tym. Ale to tak na marginesie. O tych motylach i zapylaniu. Powróćmy jednak do bocianów.

Co ma zatem bocian do dzieci? Ano przylatują, ano podrzucają. Przylatują najchętniej na wiosnę. A gdy przylatują, pojawiają się nowe dzieci. Dzieci znaczy się. Zasadniczo to te bociany to takie kuriery są. Dziecko zaś paczką, którą dostarczają. Jest bowiem mama, jest tata i wtedy bocian do nich z przesyłką. I tak się biorą dzieci. Proste nie?

Ale firma jak firma. Wszędzie zdarzają się pomyłki. Wszędzie zdarzają się przesyłki niedostarczone. Niektóre małżeństwa czekają i czekają i doczekać się nie mogą na własne dziecko. Niektórzy wówczas zwiedzeni przeciągającym się czekaniem próbują wyprodukować sobie dziecko na zamówienie. Albo dostarczone, tyle że pod nieodpowiedni adres. Tak w ogóle bociany mają słabe wyczucie czasu i okoliczności. Nierzadko zdarza się im porzucić bobasa parom przygodnym, zbyt młodym, niegotowym na ów wspaniały dar nowego życia. Lub w czasie jak najmniej stosownym. Dzieci przytrafiają się przecież zięciom, przytrafiają się parom rozwodzącym się właśnie, parom społecznie nieporadnym. I oto mamy dzieci porzucone, niechciane, odrzucone. Dzieci potrzebujące pomocy, dzieci oczekujące pomocnej dłoni, dzieci trafiające do Pogotowia Rodzinnego.

Coś te bociany zawodne jakoś takie są. A może zresztą to jednak nie tak? Może to wszystko inaczej i ani kapusta, ani bocian nic do tego nie mają.

Część 1 z 6.

Poznań, 2014.04.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Mnie w dzieciństwie przekazywano wersję z bocianami, wcześniej mówiono też coś o motylkach ale jaką rolę spełniały te motylki to już dziś nie pamiętam. Prawdopodobnie temat, skąd się biorą dzieci dorośli tak gmatwali aby dzieci z tego nic nie zrozumiały, pamiętam tylko, że robiłam mądrą minę i przytakiwałam.
    Bardzo sympatycznie napisany artykuł, wersy poezji liryczne i z dużą przyjemnością je czytałam.

  2. No tak jak swoją zgubę znalazłem w kapuście bo taka świeżutka, mięciutka i szalona. Wole z kapuście szukać niż żeby miał przynieść bocian, bo z nimi to różnie czasem podmieniają.
    XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

    SZANOWNY PANIE NIE POZWALAMY NA PROLIFEROWANIE JAKICHKOLWIEK TREŚCI GDZIE SĄ ZDJĘCIA DZIECI. CZY JEST PAN WŁAŚCICIELEM BLOGA KTÓRY CHCIAŁ PAN ZAREKLAMOWAĆ? PROSZĘ O KONTAKT Z REDAKCJĄ NA ADRES obserwatorpolityczny@obserwatorpolityczny.pl. WEBMASTER JÓZEF

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.