Dzieci z odzysku III

Banału początki a dziecko w drodze

Zaczyna się zawsze banalnie. Zawsze, zawsze. Zawsze banalnie. Ona i on. On i jakaś ona. Coś ich połączyło. W sumie cokolwiek im wystarczyło. Impreza, może alkohol, który rozluźnił mechanizmy samokontroli. Albo narkotyki. Co tu zresztą kontrolować. Dla nich seks to spełnienie przyjemności. Nikt tu nie zamierzał niczego kontrolować ani się przed niczym hamować. Tak jak bez znaczenia kto z kim i kiedy. Dziś ten, jutro ktoś inny, co za różnica. Dla nich żadna. Im to bez różnicy. I tak oto oboje podjęli się aktu, owocem czego poczęte życie. No wzięło i im się przydarzyło. Może ona była za bardzo pijana. A może jej było wszystko jedno z kim. Po prostu miała chęć. A może on ją przymusił. Uwiódł. Wykorzystał. Albo i nie. Może to ona go uwiodła. Może sądzili, że się kochają. Chcieli być razem. Chcieli więc byli. Byli w łóżku. Poszli na całość. Bez zobowiązań. I nikt nie myślał z nich o konsekwencjach. A one tymczasem wyrządziły im psikusa. No i się narobiło. No nie samo. Bo oni sobie narobili. Sobie zrobili. Piwo się uwarzyło. Czas je wypić. Albo jak wolą niektórzy, wylać dziecko z kąpielą.

A miało być tak pięknie. Tak przyjemnie. Jeśli nie obojgu, to przynajmniej jemu lub jej – zależnie kto i jak wykorzystał okoliczności. A może byli, może są parą. Nie małżeństwem, na tym im nie zależało. O tym nie myśleli. Tego nie pragnęli. Więc po prostu mieszkają razem, sypiają razem. I tak im z tym wygodnie. Tak im dobrze. Tak na kocią łapę. Niby razem, ale tak jakoś osobno. Co im się będzie Pan Bóg po sypialni plątał. Tak bez zobowiązań, tak na luzie. Tak od niechcenia. Póki jest dobrze. Póki wygodnie. A jakby co, można przecież odejść, z kim innym się związać. Tak na jakiś czas. Przelotnie, beztrosko, bez zobowiązań, bez brania za cokolwiek odpowiedzialność. A tu tymczasem życie jest życiem i tak się nie da. Tak bez odpowiedzialności. Wszystko bowiem ma swoje konsekwencje i niechciane, aczkolwiek przecież przewidywalne skutki. A im tylko o beztroski seks chodziło.

A tu właśnie coś im tę zakłóciło beztroskę. A tu właśnie się konsekwencje pojawiły. Tak na przekór los im psikusa wywinął. Następstwo ich bezmyślnej beztroski rośnie tymczasem i pęcznieje. To się musiało zdarzyć. I wciąż zdarza. Wcześniej czy później. Zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie. Wielu takim ludziom, co myśleli, że co jak co, ale się im to nie przydarzy, właśnie się przydarza. Znienacka. Niechciane, niepragnione, nietęsknione, niekochane, niepotrzebne dziecię. Miało być tak pięknie, a oto zawalił się świat. Ich świat. Samolubny świat. Egoistyczny świat. On tego czegoś nie chce. Odchodzi. Umywa ręce. Wypiera się. Scenariusz niestety jakżeż częsty. A ona w rozpaczy. Załamana. Przestraszona.

Bywa, że nie wiadomo kto to. Ani dokładnie kiedy. Alkohol, narkotyki, przygodni partnerzy. Bo on taki na jedną noc. Na jeden raz. Za każdym razem ktoś inny. W każdym miejscu ktoś inny. Każdego dnia ktoś inny. Albo i kilku. Jej tam wszystko jedno. Może za kasę. Może za nocleg. Albo za przysługę. Albo tak, bo miała ochotę. Albo odmówić nie umiała. Bo jej nie zależało, więc kto chciał to brał i ją miał. Ile razy chciał. Taka przechodnia z rąk do rąk, z łóżka do łóżka. I jak tu dojść, kto to? I kiedy właściwie? A było nawet miło. Czasem może mniej, ale czasem super. I tego czegoś nie miało być. Ani ona, ani on nie brali tego nawet pod uwagę. Nie zależało im, nie chcieli. Dotąd jemu się udawało. Dotąd ona nigdy jeszcze z nikim. I myślała, ze tak zawsze będzie. Że wystarczy nie chcieć, to i nie będzie. No a jednak zdarzyło się. Co teraz? Kto ojciec? Kiedy ojciec? Kim ojciec? Gdzie go szukać? I co z tym nowym życiem? Tym niechcianym życiem.

Pocałunek tęsknoty III

2010-05-14
Poznań

czemu o śmierci
nie zamkniesz mnie
w objęciach swoich
czemu unikasz mnie
czemu po cichu
cofasz swe kroki

i choć oddech twój
czuję w swych oczach
ty mnie unikasz
chowasz się w cieniu
choćby tego cienia
nigdzie nie było

most wytchnienia
z hukiem zamykasz
mgła pragnienia
przesłaniasz życie wieczne
skazujesz na niedolę istnienia

i całujesz
całujesz zimno
całujesz chłodno
lecz całujesz czule
miłość do życia
znów mnie przyzywa

Adam Gabriel Grzelązka

Tak, albo inaczej

Rozwiązania są trzy. Urodzić, pokochać i otoczyć opieką. Albo nie. Można przecież bezkarnie dopuścić się morderstwa. Wystarczy udać się do stosownego zabijaki. Za stosowaną niewygórowaną cenę poczęty problem da się usunąć, zamienić w krwawą bezkształtną masę. I tak się dzieje. Na masową skalę. Bez mrugnięcia okiem. Wokół nas. Za naszymi plecami. Póki nie jest za późno. A nawet jak jest, to i tak można poszukać, może ktoś pomoże usunąć to obce duże ciało. każdy chce jakoś żyć. Coś dorobić. Płacisz i cię wyczyszczą. Oddzieczą. Zabortują. A są wśród nas, tak tak, tacy, co chcą, aby to zawsze za darmo było. By lekarz nie tyle nawet chciał czy nie chciał, ale wręcz musiał. Aby mu odmówić nie było wolno. Ot, taki rzeźniczy przymus. Czyściciel macicy. Usuwator ciał obcych. Wyskrobnik.

Można urodzić. Urodzić i pokochać. Urodzić i się dzieciątkiem zająć. Dzieciątko wychować. Tyle, że nie każdy potrafi. Są tacy, co nie mają umiejętności. Co nie mają predyspozycji. Co są do bycia matką, ojcem, rodzicem niezdolni. Psychicznie niezdolni. Społecznie nieprzystosowani. Ale biologicznie jak najbardziej. Począć dają radę. Ale nic więcej. W pozostałym zakresie pozostają ułomni, niepełnosprawni. Nierzadko nawet nie ma w tym ich winy. Zawiniła natura. Genetyka. Albo psychika. Albo choroba.

Ale i są tacy, co mogliby, ale nie chcą. Świadomie. Im dziecko niepotrzebne. Im dziecko zawadza. Im dziecko kulą u nogi. Im dziecko wrzodem na wiadomo czym. Więc skoro już się poczęło i już się jednak jakoś urodziło i wzięło na tym świecie pojawiło, to oni w długą. A dziecko pozostaje. Już w szpitalu. A za rok znów. I po kolejnym ponownie. Recydywiści porzucacze własnych dzieci. Oni sobie rodzić owszem. Ale żadnego kłopotu z wychowaniem. Porzucają z automatu. Bezdusznie. Beztrosko.

Są i tacy, co by chcieli. Skoro się już przydarzyło, to trudno. Wprawdzie nieplanowane, ale w sumie to przecież ich dziecko. To nawet nie szkodzi. Ale nie ma jak. Nie ma warunków. Nie ma możliwości. Nie ma pracy. Nie ma mieszkania. Nie ma pieniędzy. Bieda, nędza, bezradność. Są już inne dzieci i więcej nie da rady. Albo i by się chciało, ale się nie potrafi. Nie ma już sił. I znikąd pomocy. Jedyne wyjście – oddać. Jedyne wyjście – pozostawić dla innych. Z bólem serca. Z pękniętym sercem. Z krwawiącym sercem. Ze łzami w oczach. Ze ściśniętym gardłem. Ale jednak. Innego wyjścia nie ma.

Tak czy siak poczęło się. Tak czy siak, szczęśliwie narodziło się. Tak czy siak, trzeba teraz gdzieś jakoś. I tu wkraczają Pogotowia Rodzinne. I tutaj one pomocną dla nich dłoń. Dla tych dzieci. Dla ich przyszłych rodzin. Bo gdzieś muszą przeczekać. Gdzieś muszą poczekać. Gdzieś muszą od nowa. Gdzieś muszą być kochane. I są. Na szczęście. Dzięki Bogu. Nowy start. Nowa szansa. Nowe życie. Nowy dom.

Poznań, 2013.06.07 – 2014.04.24
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

3 komentarze do “Dzieci z odzysku III

  • 25 kwietnia 2014 o 08:44
    Permalink

    gdyby nie banał ludzkość już dawno by wyginęła, a tak to sie bzykają gdzie kto możne i z kimkolwiek a poeci piszą wiersze.

    Odpowiedz
  • 25 kwietnia 2014 o 20:05
    Permalink

    Mam nadzieję, że kolejny artykuł autora będzie o wychowaniu seksualnym w szkole, zakładam, że będą to robiły osoby świeckie z powołaniem się na naukę (należy ściągnąć model wychowania ze Szwecji). Przecież młodość to burza hormonów i to należy uwzględnić podczas edukacji.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.