Dzieci z odzysku 33

Zdarzyło się kiedyś

Zadzwonił telefon. Kilka dni temu. Jest dziecko do umieszczenia w Pogotowiu. W zasadzie mamy komplet i można by odmówić. Z drugiej jednak strony za kilka dni jedno z naszych podopiecznych nas opuszcza i będzie wakat. Te kilka dni nie gra znów aż tak wielkiej roli. Zasada jest bowiem taka, że w każde z Pogotowi opiekuje się trójką dzieci. Każdego kolejnego może już nie przyjąć jeżeli nie chce lub nie czuje się na siłach, jeżeli nie ma takich możliwości. Chodzi o to, aby miały one iście rodzinne warunki. Aby to, z czym się tu spotkają przypominało dom rodzinny, a nie dom dziecka. Dlatego żadne Pogotowie nie ma obowiązku przyjmować kolejnych nadliczbowych dzieci. Oczywiście niekiedy w sytuacjach awaryjnych to się zdarza. Rzecz w tym, aby nie stało się to normą. Regulacje prawne chronią Pogotowia przed taką sytuacją. Z jednej strony bowiem chodzi o kameralność tego rodzaju opieki, z drugiej zaś wciąż jest zbyt mało miejsc, zbyt mało tego typu placówek i nieustannie są problemy z kolejnymi dziećmi: gdzie je umieszczać? W efekcie norma trzech dzieci jest częstokroć przekraczana i to stuprocentowo. Nierzadko zdarzają się pogotowia mające sześć czy siedem dzieci pod opieką.

Moglibyśmy te kilka dni poczekać do momentu, aż owo miejsce się zwolni. Wówczas przydzielono by nam inne dziecko. Ale to jedynie kilka dni. Damy radę. Jest zatem miejsce. Trzeba teraz tylko wszystko przygotować na przyjście nowego dzieciątka. Nasza nowa podopieczna – tym razem jest to bowiem dziewczynka – ma już dwa miesiące. Jest więc całkiem spora. Ale i tak będzie to maleństwo przy naszych pozostałych dzieciach. Te są już dużo starsze. Nie dopisuje im szczęście i ich pobyt trwa i trwa. Dawno już mogłyby znaleźć nowe domy, nowe rodziny. Tymczasem opieszałość sądów sprawia, że nie da się nawet przewidzieć, kiedy się w ich sprawie cokolwiek zmieni, cokolwiek ruszy, cokolwiek posunie naprzód. Oba dzieciaczki są ofiarą bezwładności machiny biurokratycznej i absurdalnej interpretacji prawa. Niestety to się zdarza. Niestety nie jest to wyjątek.

Trzecie, to wkrótce odchodzące dziecko, ma sytuację nieco nietypową. Jest dużo starsze. Życie jednak obeszło się, że tak powiem, z nią dość ironicznie. Bóg jeden wie, co będzie z nią dalej, co z niej wyrośnie. Zazwyczaj, gdy dzieciaki od nas odchodzą, mamy pokój w sercu i radość  udzielonej im pomocy. Radość z nowego ich początku. Nadzieję na poprawę radykalna ich losu. Nadzieję na ich świetlaną normalną, szczęśliwą przyszłość. Nie tym razem jednak. To bardzo szczególny przypadek. Bardzo szczególne dziecko i bardzo szczególna jest jego historia. Odnoszę wrażenie, że pomoc dla niego przyszła zbyt późno. Że niewiele nam się udało jej dopomóc. Że to wszystko winno się zdarzyć o wiele lat wcześniej. Może wówczas udałoby się osiągnąć o wiele więcej. Że może wtedy nie byłoby jeszcze za późno. To jednak nie jest opowieść o tym dziecku odchodzącym, ale o tym nowym – do nas przychodzącym.

Taka oto ta mamuśka

Jak wspomniałem, na początku był telefon od pracownia jednej z miejskich instytucji, która się tego rodzaju przypadkami zajmuje. Po większość dzieciaczków, które przeszło przez nasze ręce, jeździliśmy sami, aby je odebrać ze szpitala. Tak będzie i tym razem. A jednak nietypowo. Odmienność tego zdarzenia polega na konieczności wyjazdu poza miasto. Do innego miasta.

Niejedno z naszych dzieci jest dzieckiem przywiezionym lub urodzonym w Poznaniu. Dzieckiem, którego matka nie jest mieszkanką naszego miasta. Którego matka pochodzi z odległych, niejednokrotnie wiejskich okolic. Przyjechała, aby t urodzić. Aby w ten sposób zatuszować swe porzucenie, aby w jej rodzinnych okolicach nic nie wyszło na jaw. Albo – gdy dziecko jest już starsze, a matka z jakiejś przyczyny chce je oddać – nie czyni to w placówce u siebie w okolicy, ale właśnie tu w Poznaniu. W ten sposób wiele matek ukrywa akt porzucenia dzieci przed swym najbliższym otoczeniem. Przed sąsiadami. Przed znajomymi.

Tym razem jest na odwrót. Niewiele jeszcze o całym zdarzeniu wiadomo. Póki co, posiadamy jedynie strzępki informacji. Mamuńka, była podopieczna jednego z poznańskich domów dziecka, wolny strzelec w luźnych związkach seksualnych z kolejnymi facetami, niespecjalnie rozgarnięta i rozwinięta intelektualnie i psychicznie. Taki jawi nam się jej wizerunek z tych okruchów, jakie już do nas dotarły. Młodziutka dosyć. To jej pierwsze dziecko.

Dzieckiem niespecjalnie umiała się zająć i niestety nie rokowało to dla maleństwa świetlanej przyszłości. Opieka społeczna podjęła decyzje o interwencji. O odebraniu matce dziecka. Matce, która nie potrafi stworzyć stabilnego, porządnego domu. Która zmienia co jakiś czas facetów (albo faceci zmieniają sobie ją) i miejsce swego zamieszkania. Mieszka to z tym, to z tamtym. Czasem pracuje, przeważnie nie. Nie stroni od alkoholu. Długo by można wymieniać jej przywary. Żyje z dnia na dzień, na kocią łapę w kolejnych przelotnych konkubinatach. Tak czy siak, przydarzyło jej się dziecko. Z kim, trudno powiedzieć. Ojciec figuruje jako NN. Poczęła, szczęśliwie urodziła. Przez jakiś czas próbowano jej pomagać, pomóc się ustabilizować, stworzyć dom dla maleństwa. Bezskutecznie. Wszystko to niczym kulą w płot. Dość. Czas przekazać dzieciaczka w lepsze ręce. Dalej tak być nie może, skoro ona nie wykazuje się poprawą ani nawet żadną jej chęcią.

I tu zaczynają się schody. Matka już wie, że dziecko jej odbiorą. Więc znika. Ulatnia się. Zmienia z dnia na dzień miejsce pobytu. Zaczynają się poszukiwaniu. Pojawia się to tu, to tam. Nidzie na tyle długo, by móc przyjść do niej po dziecko. Informacje o miejscu pobytu przychodzą zazwyczaj po fakcie. Matka coraz dalej oddala się. W końcu ląduje w Gnieźnie z dzieciątkiem. Maleństwo nabawiło się zapalenia płuc. Matka szukając pomocy umieszcza dziecko w szpitalu. Szpital szybko orientuje się w sytuacji i informuje opiekę społeczną. Informacja o pobycie dziecka trafia do Poznania, skąd matka pochodzi. Zapada decyzja: trzeba odebrać dziecko ze szpitala. Nie trafi ono już do mamy. Przynajmniej nie od razu, nie teraz. Nie zostanie jej oddane. Chyba, że ta spełni postawione jej wymogi. Do nas jest telefon  z pytaniem, czy znajdziemy dla niej miejsce. Gdy się decydujemy, do szpitala idzie faks ze stosownymi informacjami: kto kiedy i na jakiej prawnej podstawie odbierze maleństwo.

Poznań, 2014.04.30 – 2015.06.7
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.