Ekonomia

Dlaczego nie trzeba przejmować się deficytem budżetowym?

 Rząd w zeszłym roku zrobił sobie jaja z inwestorów finansowych i ustalił deficyt na zaskakująco niskim poziomie jak na Polskę. Mieliśmy się zamknąć w kwocie „x” a tutaj Naród i gospodarka zrobiły panu premierowi na złość – mało kupując i wyszedł deficyt prawie „2x” – czy to oznacza że pan minister finansów Rostowski się pomylił?

Nie, to było prawie na pewno celowe i świadome działanie naszego rządu – mające na celu podtrzymanie mitu zielonej wyspy – pokazanie konsolidacji polskich finansów publicznych na tyle na ile się będzie dało, w oczekiwaniu i z nadzieją, że w pierwszym półroczu, bo na tyle jak widać starczyło kreowania fikcji – sprzeda się nasz dług tak tanio, że oszczędzimy na tym kilka miliardów złotych.

Jeżeli taki był zamiar manewru z deficytem budżetowym – to wieczna cześć i chwała naszemu ministrowi finansów, albowiem rzeczywiście udało mu się zrobić rynki w przysłowiowy kant. I bardzo dobrze, o ile jakimś cudem tanio sfinansujemy to co trzeba będzie jeszcze pożyczyć, żeby pokryć to „2x” (czyli około 60 mld zł) to będzie wszystko super. Państwo będzie się miało dobrze, budżet się domknie a jedynie co to po prostu ograniczymy swoją zdolność kredytowania się, ponieważ dochodzimy do 60% poziomu PKB, co jest już niebezpiecznie wysoką granicą.

Jeżeli jednak to się nie uda i znacząco wzrośnie oprocentowanie naszych papierów jakie będziemy musieli płacić, to będzie znaczyło że pana ministra finansów należy jak najszybciej postawić przed Trybunałem Stanu, ponieważ nie ma znaczenia ile oszczędził wcześniej – zawsze liczy się bowiem „tu i teraz” a tu i teraz możemy stracić.

Jednakże nie trzeba się przejmować deficytem budżetowym, ponieważ on w istocie nie jest żadnym problemem – bo to tak naprawdę nie ma znaczenia, czy mamy 35 mld zł deficytu czy prawie 60 mld zł. Trzeba pamiętać, że w istocie to tylko część naszych problemów, które mają znaczenie systemowe – liczy się zupełnie co innego, mianowicie, czy jesteśmy w stanie go sfinansować? I jak długo jeszcze będziemy?

Uwaga to jest bardzo ważne pytanie, które w rzeczywistości ma następujące brzmienie: Czy stać nas na życie ponad stan? W istocie do tego sprowadza się kwestia utrzymania deficytu. Nasz tego roczny wynika z wydatków państwa, które w około 60% są sztywne. To znaczy, że rząd choćby nie chciał – wyszedł z siebie i stanął obok – musi wydać pieniądze w takiej ilości w jakiej jest to zapisane w ustawach. Przy czym nie ma najmniejszego znaczenia jakie ma dochody – to ustawodawcy nie interesuje, nie ma wskaźników – mniejsze dochody, to tniemy, ograniczamy itd. To wprowadzono dopiero w progach ostrożnościowych, wówczas rząd ma obowiązek ściąć wydatki i zrównoważyć budżet. Póki co jednak wybrano ścieżkę mniej bolesną społecznie – cięcia progów, co w istocie wcale nie jest takie złe, pod jednym jedynym warunkiem – brakujące pieniądze pożyczymy w złotówkach i spłacimy w złotówkach – najlepiej od własnych obywateli. Nie może być mowy o zwiększaniu zadłużenia zagranicznego – na przejadanie. Więc jeżeli to by się nam udało przeprowadzić – to nie ma zagrożeń, poradzimy sobie w krótkiej perspektywie. W perspektywie średniej można nieco podwyższyć podatki i manewrować z wydatkami, jednakże nadal będziemy mieli chroniczny deficyt, ponieważ wydatki są sztywne. W perspektywie długoterminowej można zbankrutować i się reformować, albo się reformować na własnych warunkach zachowując zdolność do samofinansowania się, ale bez wodotrysków.

Jeżeli pan premier na poważnie traktuje sprawy finansów publicznych, to zamiast wymyślać kolejną regułę wydatkową, powinien w taki sposób przekonstruować ustawy konstytuujące wydatki sztywne, żeby umożliwiały one bilansowanie corocznych budżetów np. w ramach kolejnych pięcioletnich perspektyw finansowych. To znaczy chodzi o takie modelowanie systemu, żeby w ciągu kolejnych pięciu lat – pięć kolejnych budżetów się równoważyło. Wówczas nie byłoby przekleństwa – wydawania pieniędzy przed wyborami, a nawet jeżeli by było, bo można tą zasadę dostosować do kalendarza wyborczego, wówczas automatycznie byłoby wiadome, że kolejna pięciolatka – musiałaby się zacząć od oszczędzania. Byłoby to szczególnie cenne w przypadku wprowadzenia Euro, ponieważ wówczas nie będziemy w stanie manewrować z zyskiem NBP i dokonywać innych cudów kreacji pieniądza.

Wniosek – nie wiadomo jaką politykę finansową prowadzi rząd? Zdecydowanie widać generalną zasadę wypychania deficytu sztucznymi zabiegami poza budżet państwa oraz krępowania systemu finansów publicznych regułami wydatkowymi. Poza tym widać, że ten rząd nie boi się sięgnąć po dowolne metody kreatywne, żeby tylko uniknąć problemów. Rezygnacja z ustawowych progów ostrożnościowych jest dowodem na to, że zasadą jest pójście na łatwiznę, chociaż w dzisiejszych realiach ekonomii światowej – kto nie drukuje ten frajer! Więc zdecydowanie rację ma rząd zadłużając się, gdyż wielka inflacja, która po prostu musi się kiedyś pojawić – pochłonie całe zadłużenie.

Na przyszłość należy oczekiwać reform i bardziej racjonalnego podejścia do kwestii finansów niż to co mieliśmy w tym roku. W jednym zdecydowanie pan minister Rostowski ma rację – ślamazarność Rady Polityki Pieniężnej – utrzymującej nie wiadomo dlaczego ciągle jedne z najwyższych poziomów stóp procentowych w Europie to co najmniej 0,3 a może nawet 0,5% przyrostu naszego PKB. Nie da się w żaden sposób wytłumaczyć tej polityki, której utrzymywanie i to pomimo wyraźnego błędu (raz podwyższyli) jest po prostu szkodliwe dla gospodarki będącej już w istocie na krawędzi deflacji.

One Comment

  1. Zatem: luzujmy finansowo, luzujmy!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.