Paradygmat rozwoju

Degrowth, jako kierunek „rozwoju” – analiza fundamentalna

 Obecny kryzys odsłonił prawdziwe oblicze kapitalizmu i neoliberalizmu. Nie da się rzeczywistości „tu i teraz” oraz tej „jutro+n” finansować niekończącym się łańcuchem długu. Nie da się bez konsekwencji generować w nieskończoność sztucznego pieniądza bez pokrycia, tylko po to, żeby z handlu, a w zasadzie hazardu tym pieniądzem uczynić sobie źródło dochodu umożliwiające finansowanie kosztów obsługi stale rolowanego długu. Gospodarka oparta na swobodzie kreacji pieniądza przez banki i wolności przepływu kapitału – żyje sama dla siebie, jest zainteresowana tylko i wyłącznie dobrym wynikiem na koniec dnia z realizowanych operacji. Nie ma przy tym znaczenia, czy był to realny handel, czy też fikcyjne angażowanie środków przewyższających wieloletnie zapotrzebowanie na dane dobro, tylko po to, żeby wykreować pożądaną cenę i zmusić rynek do zaakceptowania jej, – co już ma przełożenie na gospodarkę realną. Współczesny świat wykreował potworka, który wirtualnie zarządzał pieniędzmi, których nigdy świat nie widział i które nigdy nie miały pokrycia w nawet potencjalnie możliwych do wyprodukowania dobrach lub usługach. Pełne oderwanie ekonomii od jej rzeczywistego wymiaru stało się faktem, wręcz kanonem, któremu przez lata politycy i podążające za nimi społeczeństwa ślepo podporządkowały swój los. Tymczasem w jednej chwili z giełd wyparowały biliony bogactwa, którego w istocie nigdy nie było. Fikcja zawsze wyjdzie na jaw, nie da się jej utrzymać na dłuższą metę, jednakże niestety – to zawsze oznacza koszty dla biernych aktorów tego dramatu, czyli zwykłych ludzi.

Podstawą dla dotychczasowego rozwoju była chciwość i indywidualizm, człowiek przez całe pokolenia budował swoją cywilizację, nie zważając na koszty poboczne, które najczęściej płaciła za niego natura lub co się także zdarzało inni ludzie – z podbitych militarnie lub uzależnionych ekonomicznie terytoriów. Postulaty żądania – więcej, lepiej, taniej – doprowadziły do tego, co mamy dzisiaj, funkcjonujemy w gospodarce, w której byt człowieka jest możliwy w oderwaniu od natury, gdzie za pomocą nawet wąskiej specjalizacji jednostka ludzka otrzymuje z pracy środki umożliwiające nabycie potrzebnych jej dóbr. Przy czym mało, kto zwraca uwagę, że dobra potrzebne można podzielić na trzy rodzaje: pierwsza kategoria to dobra niezbywalnie niezbędne człowiekowi do życia jak: powietrze, klimat, wycinek powierzchni skorupy ziemskiej; kategoria druga to dobra zbywalne również niezbędne człowiekowi do życia, których cechą jest rzadkość – tutaj zaliczymy wodę, świeże powietrze, konkretny oznaczony wycinek skorupy ziemskiej, żywność itd.; oraz szczególnie ciekawa kategoria trzecia – dobra fakultatywnie przydatne człowiekowi do życia. Jeżeli w świetle tego podziału dokonalibyśmy przeglądu naszej gospodarki i przypisania poszczególnych produktów i usług wytwarzanych oraz dostępnych w naszej przestrzeni pojmowanej, jako ekumenie, to ze zdziwieniem dostrzeżemy, że około 80% wartości dóbr wytwarzanych przez naszą cywilizację należy zaliczyć do tej trzeciej kategorii dóbr fakultatywnych. Śmiech nas ogarnie, jak przeczytamy ten spis – odkrywając, że są tam przeważnie najważniejsze wynalazki cywilizacji ludzkiej, uznawane przez nas za „niezbędne” zdobycze i wyznaczniki postępu w rodzaju komputerów, promów kosmicznych, broni, tworzyw sztucznych, samochodów, oraz oczywiście takie wspaniałości jak wynalazki świata wirtualnego – wcześniej filmy, obecnie gry komputerowe i inne np. sieci społecznościowe. Internet w ogóle kolejny wymiar jest niesłychanie ciekawy i można go rozpatrywać poza zaproponowanych trójdzielnym podziałem, albowiem Internet prawdopodobnie stanowi już dzisiaj sam klasę dla siebie – rzeczywistość alternatywną, ale w istocie zawsze wtórną i fakultatywną.

Uświadomienie sobie faktu, że około 80% naszej aktywności wytwórczej nie jest w istocie niezbędna nam do życia jest skomplikowanym wyzwaniem wymagającym odwagi. Tak jak kryzys zweryfikował nasze decyzje konsumenckie i nie kupujemy już tak chętnie kierując się np. walorami estetycznymi opakowania, o wiele bardziej liczy się stosunek ceny do efektu, czyli użyteczność. To właśnie ta cecha jest podstawą wszelkich atawistycznych wyborów człowieka, mniej użyteczni wojskowo fleciści i śpiewacy – otrzymywali mniej żywności w czasie oblężenia miast, ponieważ nie byli zdolni do obrony murów tak efektywnie jak bardziej użyteczni rycerze lub kowale czy murarze zdolni do szybkiej naprawy uzbrojenia lub kluczowych elementów fortyfikacji. Jeżeli zatem użyteczność decyduje o rzeczywistej gradacji ważności, to, dlaczego w ogóle zawracamy sobie głowę tymi wszystkimi dodatkami do naszej rzeczywistości, tworzącymi w istocie nadbudowę? Może dałoby się żyć bez tabletów, samochodów, opery, samolotów, łodzi podwodnych, szybkostrzelnych karabinów maszynowych, energii elektrycznej? W ten sposób dochodzimy do granic redukcjonizmu wyznaczanych przez skalę naszych osobistych zdolności pojmowania użyteczności. W wielu przypadkach wymienionych dóbr – ludzkość zdecydowanie miałaby się nawet lepiej, jeżeli by nigdy nie powstały, jednakże biorąc pod uwagę realia współżycia na naszej planecie – ani karabin maszynowy, ani łódź podwodna nie są mniej użyteczne niż szczepionka przeciwko żółtaczce czy worek ryżu lub kuchenka mikrofalowa – albowiem dzięki dysponowaniu nimi możliwe jest bardziej efektywne funkcjonowanie w dwóch parametrach – czasie i przestrzeni. Właśnie można więcej, szybciej, taniej i w tym przypadku także bezpieczniej.

Jeżeli jednak szczerze przywrócimy naszej rzeczywistości właściwe proporcje, okaże się, że owe około 80% produktów będących wytworami postępu cywilizacji w istocie nie jest nam niezbędne do oddychania, może ułatwia nam bytowanie i rozmnażanie, jednakże tylko do pewnego etapu, w którym następuje przesyt i konieczność utrzymania infrastruktury umożliwiającej produkowanie tych 80% – przerasta nasze możliwości sprawcze – niepotrzebnie eksploatując nas, a przy tym ograniczając nasze możliwości bytowania, czy też rozrodcze – często także ograniczając prawo do oddychania czystym powietrzem. Niestety współczesna cywilizacja zdecydowanie poprawia aspekt funkcjonowania w wymiarze czasu i wymiarze terytorium, jednakże ma też swoje ograniczenie, których doświadczamy codziennie np. pod postacią kongestii w komunikacji. Przecież to jest śmieszne, że przeciętna prędkość przemieszczania się po naszych miastach dzisiaj jest nie wiele wyższa niż po miastach zachodniej Europy i Ameryki północnej na początku XX wieku – gdzie się ma koń i dorożka do naszych samochodów, metra, kolei miejskiej – tworzących całe inteligentne sieci transportowe. Jednak wynik procesów jest, jaki każdy widzi – nie posunęliśmy się do przodu, zmieniły się jedynie narzędzia, proces komunikacji polegającej na przemieszczaniu się nadal trwa i nadal pochłania czas i pieniądze. Czy poszliśmy w tej kwestii do przodu? Zdecydowanie tak, albowiem komunikacja masowa na duże odległości to dzisiaj kwestia doby-dwóch i można osiągnąć każdy z głównych hubów transportowych świata. Jednak czy moglibyśmy bez tego żyć wracając do ery konia i żagla? Zdecydowanie tak!

Degrowth, czyli odwrotność przyrostu pojmowanego w kategoriach rozwoju liniowego – naszego szybciej, więcej, taniej – to koncepcja zrównoważenia potrzeb człowieka i koncentracji jego aktywności na tym, co jest mu rzeczywiście niezbędne do przeżycia i podtrzymania przyzwyczajeń cywilizacyjnych, które uważa za typowe i mu przynależne. Propagatorzy tej koncepcji koncentrują się na dwóch pierwszych kategoriach wymienionych powyżej dóbr, uznając je za prawdziwie ważne i istotne dla człowieka. Przy czym, dobra zbywalne uznają za w swojej istocie niezbędne człowiekowi do życia, ale w ograniczonej potrzebami ilości. W praktyce przekłada się to na koncepcje domów o zerowej emisji – samowystarczalnych energetycznie, z zamkniętym obiegiem wody, produkcję energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, samodzielną produkcję kluczowych składowych żywności itp. Ma to wielkie znaczenie, albowiem przedstawia możliwy do osiągnięcia kierunek rozwoju i związany z nim styl życia – w praktyce uniezależniający człowieka od rynku i gospodarki rynkowej, w tym znaczeniu, że człowiek koncentruje się na dobrach z pierwszej i drugiej kategorii a z trzeciej – czerpie tylko niezbędne minimum, które jest mu potrzebne. W sposób świadomy i determinowany użytecznością, której podstawą jest potrzeba zrównoważonego życia w harmonii i ładzie z przyrodą, bez nadużywania lub niszczenia jej składowych poprzez np. nadmierną eksploatację lub emisję szkodliwych substancji.

Teoretycznie to bardzo ciekawa koncepcja, albowiem po zdjęciu zasłony cywilizacyjnej ułudy – okazuje się, że człowiek może bez problemu egzystować w oparciu o wspomniane dwie pierwsze kategorie, jednakże czy byłby wówczas szczęśliwy? Spełniony? Zajęty? Może nadmiar wolnego czasu spowodowałby, że rasa ludzka wymyśliłaby jakieś kolejne globalne nieszczęście? Tego nie wiemy, pewne jest natomiast to, że ograniczanie aspiracji cywilizacyjnych i ukierunkowanie rozwoju ogólnego na zabezpieczanie podstawowych potrzeb człowieka będzie prowadzić do uniformizacji, odarcia z indywidualności oraz stworzenia swojego rodzaju niszy cywilizacyjnej, w której ludzie żyliby do czasu pojawienia się kolejnego kryzysu – już w warunkach nowych realiów ekonomicznych. Dlaczego? Ponieważ nasz sąsiad preferowałby mieć dwa konie! W tym jeden wypożyczać nam, żeby w zamian za to otrzymywać pomidory tytułem zwrotu renty kapitałowej, jaką użytkujemy w pożyczonym koniu! Nie da się zmienić świata, którego podstawą jest chciwość.

Po pewnym czasie, kiedy cywilizacja uległaby nasyceniu koncepcją degrowth, zgodnie, z którą żyłaby większość populacji – ponownie odbudowałyby się znane przez wieki zjawiska – jak np. inflacja, opodatkowanie np. stopnia niezależności – no, bo państwo musiałoby pomóc, tym, którzy nie mogą się sami sobą zająć, a jakoś musi to sfinansować itp. W tym kontekście degrowth należy postrzegać, jako modną koncepcję dla posiadających już wszystko milionerów z Kalifornii, a nie sposób na życie i funkcjonowanie rasy ludzkiej. Czy to się nam podoba czy nie, zawsze wybierzemy wariant życia na kredyt, chociażby nie miał go, kto spłacić.

Ludzkość pasożytuje na swojej planecie i co z tego? Przecież horyzont zainteresowania człowieka rzadko, kiedy sięga kresu jego życia. To właśnie rzadkość dobra, jakim jest życie, poprzez jego ograniczenie w czasie powoduje, że chcemy więcej, szybciej, taniej…

5 komentarzy

  1. Stach Głąbiński

    Mam zastrzeżenia do dwu pierwszych zdań przedstawionego przez krakauera tekstu.
    A więc, co do stwierdzenia, że “obecny kryzys odsłonił prawdziwe oblicze kapitalizmu i neoliberalizmu” nie mogę dopatrzyć się jego związku z pozostałą treścią, a ponadto jego sens wydaje się błędnie opisywać sytuację w nim przedstawioną. W dalszym bowiem ciągu rozważań krakauer opisuje paradoksy rozwiniętej cywilizacji, której wyrafinowany kształt tyle ma wspólnego z kapitalizmem, że ustrój ten opisany przez Marksa i podziwiany przezeń za jego niezwykłą skuteczność w napędzaniu rozwoju gospodarki, walnie przyczynił się do postępu, zaś z neoliberalizmem owa cywilizacja nie ma nic wspólnego. Neoliberalizm, którego podstawowym postulatem jest traktowana wolność rynku pojętego jako niekontrolowane przez państwo pole działalności prywatnej, jak każda (komunizm, korporacjonizm, muzułmańska umma itd. itp.) fundamentalistycznie i krańcowo ujmująca rzeczywistość ideologia, stosowany w praktyce prowadzi do powstania nonsensów, co jednak jest zagadnieniem odrębnym od rozpatrywanego przez krakauera problemu tzw. rozwoju zrównoważnego.
    Tyle o braku związku cytowanego zdania z całością tekstu. Zaś błąd tkwiący w samym zdaniu wynika, wg powszechnego przekonania, z tego, że “prawdziwe oblicze kapitalizmu” opisał Marks w “Kapitale” zestawiając tam wszystkie wady i zalety tego systemu, tak, że wspomniane “odsłonięcie prawdziwego oblicza” może mieć miejsce jedynie w stosunku do noeliberalizmu. Czy kryzysy, które wg Marksa są nieodłączną konsekwencją gospodarki wolnorynkowej, są rzeczywiście w kapitaliźmie nie do uniknięcia, o tym za chwilę, jednak bez wyraźnej odpowiedzi.
    Zdanie “nie da się rzeczywistości „tu i teraz” oraz tej „jutro+n” finansować niekończącym się łańcuchem długu”, jeśli potraktować wspomniane odwołanie się do nieskończoności w sposób zgodny z logiką jako przenośnię, jest błędne. Pieniądz jest środkiem wymiany i w miarę, jak wzrasta dobrobyt a raczej warunkująca go ilość dóbr, musi wzrastać ilość pieniędzy, bez czego wymiana owych dóbr byłaby niemożliwa. Od czasów kamienia łupanego wymiana towarów wzrasta, staje się procesem coraz bardziej złożonym. Bez tej wymiany osiągnięcie ilościowego wzrostu posiadanych środków ułatwiających życie jest niemożliwe. Wymiana na pewnym poziomie rozwoju stała się niemożliwa bez pieniądza. Podstawowe właściwości pieniądza jako środka wymiany są te, że 1-o musi istnieć równowaga między ilością towarów (chodzi o skomplikowaną ilość skompensowanych podaży i popytu) i będących w obiegu pieniędzy, 2-o operowanie finansami, aby nie prowadziło do chaosu, musi odbywać się zgodnie z zasadami księgowości. Ponieważ ilość dóbr nieustannie wzrasta, to samo od zarania dziejów musi dziać się z pieniędzmi. Na zwiększenie ilości pieniądza bez sfałszowania bilansu jest tylko jeden sposób – pożyczka, formalna księgowość bowiem nie wnika w to, czy pożyczkodawca posiada w tej chwili gotówkę, czy nie. I tak się dzieje od niepamiętnych czasów, powstają długi i następnie, aby nadal w księgach wszystko się zgadzało, długi znikają – czy to w wyniku wojny, czy bankructwa, czy przez wsadzenie do skarbca wykopanego z ziemi złota, któremu przypisuje się wówczas samoistną, iluzoryczną cechę bycia zarazem i pieniądzem i towarem, czy itd., a związane z tym procederem kryzysy, choć w różnych formach, zdarzały się zawsze.
    Czy ten proces dostosowywania ilości pieniądza do potrzeb drogą powstawania i likwidacji fikcyjnych długów będzie trwał w nieskończoność? Podobno, w ustroju socjalistycznym rola pieniądza będzie zredukowana do jego naturalnie przydatnej, regulowanej przez rząd roli środka zapłaty za pracę i za zaspokojenie uzasadnionych potrzeb. Wątpię, czy ktokolwiek z nas dożyje czasu, kiedy praktycznie coś w tej kwestii się wyklaruje.

  2. Trochę nierówny wywód myśli, ale daje do myślenia.
    Może to też było celem autora?

    • Panowie – będzie wsparcie dla fundacji – będę komentował komentarze. Nie ma wsparcia – macie same artykuły.

      • Stach Głąbiński

        Odpowiedzialnemu komentatorowi zależy nie na odpowiedzi, lecz na tym, by jego myśl została zrozumiana i przemyślana. Odpowiedź na komentarz (to samo dotyczy komentarza do artykułu) ma sens i wartość, gdy jest wynikiem włączenia się w proces wspólnej pracy nad prawidłowym zrozumienia omawianego tematu.

        • Szanowny Panie SG być może, aczkolwiek nie w kapitalizmie 🙂 Najgorsi są ci czytelnicy, którzy nie wiedzą, że nie wiedzą 🙂 Pozdrawiam serdecznie M.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.