Czy w ogóle mówienie o reformach w Polsce ma jakikolwiek sens?

Nic się nie dzieje, premier narzeka na samotność, – co w sensie politycznym, z ust doświadczonego polityka – dwukrotnego absolutnego zwycięzcy, który zgarnął pulę władzy brzmi jak mazgajenie się małej 4 letniej dziewczynki, – „że ma kamyczek w buciku” i ją uwiera… Opozycja w rozkładzie, główna prawicowa partia opozycyjna przestaje istnieć po tym jak odchodzą od niej kolejne grupy stosunkowo doświadczonych polityków, do których należy przyszłość ruchu prawicowego w Polsce. Stara partia lewicowa jest cieniem śladów swojej wielkości, w istocie nie istnieje – nie ma już zdolności do przedstawienia lewicowej wizji – lewicowej alternatywy dla Polski. A nawet jakby ją przedstawiła to i tak nikt panom jedzącym kawior i jeżdżącym drogimi limuzynami nie uwierzy – wynędzniałe społeczeństwo nie da się nabrać. Nowa potencjalna partia lewicowo-antyklerykalno-festyniarska ma zbyt słaby potencjał instytucjonalny i personalny, żeby w czymkolwiek zagrozić premierowi. Granie na lidera w tej formacji nie ma racji bytu, albowiem już dzisiaj widać, że ludzie przypadkowi, którzy weszli do Sejmu – nie mogą się nadziwić ze skali zmian w swoim życiu, jakie powoduje przywilej życia przy „korycie”. A skoro jest fajnie to, po co mają się wysilać? Abstrahując już od faktu, że nie mają niczego konkretnego społeczeństwu do zaproponowania, albowiem w zasadzie nikogo nie interesują problemy osób zamierzających dokonać kastracji, kochających inaczej lub ćpających. Ich kolorowa alternatywa okazała się pusta, nic niewnosząca i bez treści. Osoby, które do niedawna zajmowały się drobnym handlem, zawodowym krytykowaniem Kościoła Katolickiego lub utrzymywaniem się z propagowania wartości homoseksualnych – nie mają nic do zaoferowania szeroko rozumianej sferze publicznej – w sprawach dla niej zasadniczych. Partia chłopska myśli tylko i wyłącznie o etatach dla swoich towarzyszy, ewentualnie o nienaruszalności przywilejów swojej grupy społecznej – państwo jej nie interesuje.

Faktycznie trudno jest się odnaleźć w rządzeniu takim krajem, ale żeby od razu narzekać na samotność? No może rzeczywiście pan premier jest znużony, – ponieważ nie ma fikcyjnych PRowych wyzwań, a problemy realne zamiótł pod dywan.

Trudno orzec, dlaczego premier nie decyduje się na coś więcej niż trwanie, dlaczego nie mówi nawet o perspektywie wprowadzenia reform systemowych dla tego umęczonego przez głupotę kraju? Faktem jest, że odniósł porażkę związaną z ustawą refundacyjną, smoleńskie widma jeszcze nie znikły – coraz więcej ludzi zaczyna zadawać pytania, a tu już kolejna porażka i wybuch społecznego buntu – obywatele nie chcą ACTA. Nie jest łatwo rządzić Polską, nie jest łatwo zadowolić Polaków.

Ale może ten kraj potrzebuje człowieka, który powie mu prawdę? Odważy się sięgnąć rzeczy nietykalnych i spowoduje zmiany, które uczynią ten naród znowu narodem i to wielkim narodem a nie zbiorem konsumentów zagranicznych supermarketów i sklepów dyskontowych? Przecież obecny premier to polityk, który już wszystko wygrał – nie będzie trzeci raz premierem i na prezydenturę raczej nie ma szans – aczkolwiek wiele może się zdarzyć. Szkoda, że nie rządzi nami osoba z wizją i zapałem reformatora na miarę Ministra Grabskiego lub Gierka! Trwamy z dnia na dzień, a lawa zgnilizny coraz głębiej toczy nasz system zostawiając bardzo cienką zastygłą warstwę na powierzchni, na której się unosimy… Aż strach pomyśleć, co by się wydarzyło, gdyby „międzynarodowe rynki” chciały powiedzieć złotówce „sprawdzam”. O ile wówczas podniesie się poziom obsługi zadłużenia z obecnych około 40 mld złotych rocznie? Mniejsza z tym, odrzućmy czarne wizje. Idą święta…

Ale jeżeli ktoś na poważnie myśli w Polsce teraz o reformach to chyba tylko nieodżałowany prof. Jerzy Hausner, którego tzw.. „plan Hausnera” stanowił jedną z najbardziej kompleksowych propozycji zmian systemowych w kluczowych dziedzinach życia – od czasów Balcerowicza („pierwszego”).To, co robi rząd markując propozycje zmian pod PRowo obrobionym hasłem „Polska 2030” to niestety nic innego niż oglądanie Polski z perspektywą budynków rządowych z Alej Ujazdowskich. Naprawdę Polska to nie tylko Warszawa, ale to też nie tylko ściana wschodnia.

Mimo wszystko nie da się zrozumieć powodów, dla których rząd nie podejmuje tematyki reform. Podjął ją Prezydent RP, do stołu zasiedli eksperci i wniosek z tego taki, że pan Prezydent nie jest skłonny poprzeć cięć socjalnych, – co więcej opowiada się za kontynuowaniem polityki „pro rodzinnej” w dotychczasowym wydaniu. W praktyce oznacza to dalsze zwijanie się polskiego społeczeństwa, albowiem o polityce względem rodzin decydują dostępność i wysokość rat kredytów hipotecznych – to jest największy hamulec, – którego w żaden sposób nie chcą dostrzec rządzący nami politycy.

Jednakże zawarte w tytule pytanie można sformułować w odmienny sposób, czy reformy w ogóle kogokolwiek w Polsce interesują? Czy jest jakaś grupa społeczna, – która domagałaby się od premiera reform – znaczy się cięcia przywilejów, zmian w organizacji poszczególnych podsystemów publicznych, ograniczeń i oszczędności? Czy jest jakaś grupa społeczna, której żyje się na tle dobrze, że jest w stanie domagać się przemian systemowych – zmieniających ogólne reguły gry? Wręcz odwrotnie – można się spodziewać, że bardzo szybko pojawią się różnego rodzaju sojusze na rzecz ochrony status quo rozlicznych grup interesów i ich przywilejów – jak np. specjalnych systemów emerytalnych dla uprzywilejowanych grup zawodowych itp.

W takiej sytuacji premier nie będzie miał łatwej pracy, albowiem będzie go czekać zarządzanie konfliktami – i to w interesie publicznym – w interesie nas wszystkich chyba, że uważamy za etyczne i racjonalne utrzymywanie 35 letnich emerytów…

Ktoś musi wreszcie powiedzieć dość głupocie i rozkładowi państwa! Musi zrobić to premier taka jego rola, – jeżeli nie chce być oceniony przez historię jedynie „Królem malowanym…”

Reasumując – elity rządzące nie są skore do reform póki system dalej funkcjonuje a one mogą zdejmować z nas swoją „rentę” wynikającą z przywilejów władzy, elity ekonomiczne są zainteresowane głównie stabilizacją – albowiem wówczas mogą bez problemu ściągać z nas swoją „rentę” kapitałową; elit innych w zasadzie nie ma, – bo albo się zbankrutowały, albo się wykruszyły. Społeczeństwo natomiast nie chce słyszeć o zmianie status quo, nie dlatego bo jest oportunistyczne i uparte, wręcz zacietrzewione. Powodem jest głównie lek przed wpadnięciem w magmę zgnilizny i niemocy, ponieważ przeciętnie Polacy nie mają żadnych rezerw – umożliwiających im przetrwanie w sytuacji krytycznej przez rok lub dwa… A stare rezerwy z okresu PRL-u się wyczerpały lub właśnie dogorywają (jak np. system energetyczny w kraju). Strach pomyśleć, co to będzie z przyszłością… Jeżeli nie zrobimy reform teraz w czasie kryzysu, to nie zrobimy ich już nigdy.

Niestety nie da się łatwo i jednoznacznie odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie, ponieważ odpowiedź mogłaby być przerażająca – w skali równoważna np. z prawdą o klęsce w pamiętnym Wrześniu 39.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.