Społeczeństwo

Czy są pluskwy?

 Każda podróż naszym narodowym przewoźnikiem niesie w sobie kaganek oświaty i ziarno gorczycy. Zawsze się człowiek czegoś nauczy, zawsze coś go zaskoczy. Niestety z zasady boleśnie, nieprzyjemnie i porażająco.

Na standard podróżowania pociągami pasażerskimi narodowego przewoźnika nie można narzekać. Nie, dlatego bo nie ma się zastrzeżeń, ale tylko i wyłącznie, dlatego ponieważ jest to proces bezcelowy i niemający zupełnie żadnego wpływu na bieg spraw na planecie ziemia, poza wydatkowaniem przez nas energii na negatywne myślenie, pokrzykiwanie a także gestykulację. Jednakże tym razem w czasie podróży wydarzyło się szereg spraw tak przerażająco nadzwyczajnych, że łatwo zapomnieć o ich istocie – w zasadzie normalności.

Pociąg jak to pociąg – zawsze kolejarze podstawią dla zmyły – peron niby się zgadza, żadnych zapowiedzi coś przez głośniki, coś się wyświetla na tablicach ciekłokrystalicznych. Wjechało to ustrojstwo całe w śniegu – zatrzymało się, drzwi od skokowo uchylne się odsunęły, oczywiście nie we wszystkich przedziałach, no ale kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi. Liczy się, że pociąg jest – stoi i można do niego wsiadać.

Na peronie odnowionym z okazji największego wydarzenia w historii III/IV RP Tusko-Kaczyńskiego, czyli nieprzyznania Krakowowi prawa do organizacji mistrzostw piłkarskich kłębi się tłum ludzi. Oczywiście jak to Słowianie Zachodni mają w zwyczaju – stoją w grupie – hardzi, zwarci i gotowi, atakując skład z jednego miejsca! Tutaj stety-niestety pierwsza pozytywna niespodzianka, coś najzupełniej niemiłego dla duszy Słowianina Zachodniego – PORZĄDEK, czy raczej organizacja! Wagony ponumerowane, miejsca znaczone, rezerwacja miejsc! Większość pasażerów orientuje się, że druga karteczka sprzedana w kasie biletowej zawiera właśnie tą informację. Wówczas niczym cząstki jednej materii rozbiegające się po trafieniu neutronu – Słowianie Zachodni w mgnieniu oka rozbiegają się we wszystkie strony – niestety po wejściu do pociągu.

Ot, dowód na to, że jakakolwiek organizacja nam, jako Narodowi nie służy, najlepiej sprawdza się brak organizacji i narzucania schematów. Jeszcze nie tak dawno jak jeździł na trasie do stolicy pociąg prawie bydlęcy – konkurencyjnego przewoźnika – było zupełnie inaczej. Po pierwsze taniej, a po drugie po polsku, – czyli lepiej. Tamten pociąg składający się z popularnych od czasów premiera Cyrankiewicza modułów EN – nie miał żadnej wewnętrznej organizacji, można było wsiadać gdzie, kto chciał. Ludziska nie obawiali się, że nie zdążą wsiąść i rozkładali się równomiernie wzdłuż peronu. To jednego składu wsiadał niezły kawał Narodu – a jaki piękny przekrój społeczny, jaka równość, jaka współpraca. No i co najważniejsze nie były możliwe takie jaja, że osiem osób ma się gnieździć w tzw. przedziale, tak właśnie zakłada norma w drugiej klasie – 8 osób, bo jest osiem miejsc. Oczywiście znowu pozytywne zaskoczenie, bo kolej sprzedaje po 4 miejsca do każdego przedziału, jednakże potem dosiadają się gapowicze, którzy wbiegają do pociągu w ostatniej chwili. No i co zrobisz? Odmówisz? Przegonisz? Trzeba tylko mieć szczęście i trafić na szczupłą płeć przeciwną… no chyba, że ktoś lubi – nazwijmy to inaczej. Dosiadły się dwie osoby, autorowi się trafiła przeciwna – lepsze to niż jakaś ofiara nadwagi. Reszta podróży niestety nie była już komfortowa, albowiem jednak w 7 osób w przedziale 8 osobowym to nic przyjemnego.

Na pewnym etapie podróży jak to zawsze bywa Naród nasz najmilszy dokonał zapoznania się, w efekcie, czego przez ponad połowę trasy w przedziale trwała dramatyczna dyskusja o niczym, do której chcąc lub nie chcąc każdy, kto był na pokładzie musiał się przyłączyć. No, ale ile można rozmawiać o chorobach? Swoich, dzieci i w ogóle! Czy my Polacy nie potrafimy rozmawiać o niczym pozytywnym, ależ oczywiście, że potrafimy – natychmiast udało się zawiązać dyskusje o „drożyźnie”, zwanej przez wtajemniczonych inflacją, jednakże to nie jest jasne dla wszystkich i nie ma powodu tego uświadamiać, albowiem Polacy nie lubią z natury osób zbyt mądrych, nie mówiąc już o tych, co zawsze mają rację.

W takiej miłej – mieszanej atmosferze, potwornego ścisku i pary wodnej skraplającej się na zimnej ramie okna dojechalibyśmy do celu naszej podróży, którym oczywiście była stolica, jednakże w pewnym momencie jedna ze współpasażerek wspomniała, że widziała w jednym z telewizyjnych programów informacyjnych materiał filmowy o pasażerach naszego narodowego przewoźnika, którzy mieli zaszczyt być pogryzionymi przez pluskwy w trakcie podróży.

Atmosfera stała się nieprzyjemna, zwłaszcza kobiety zaczęły zachowywać się nieswojo, oglądać za siedzenia, pod siedzenia, do każdej możliwej dziury, których nie brak w przedziałach drugiej klasy naszych wspaniałych wagonów. Afera pluskwiana nakręciła się na całego i już wszyscy oprócz autora piszącego te słowa – drapali się, wydawało się im, że coś ich gryzie, albo mrowi się im po nogach. W pewnym momencie sytuacja była już nie tylko komiczna, ale i dramatyczna, albowiem jedna pani była wręcz przekonana, że „robaczek” wszedł do jej ślicznego kozaczka na wysokiej szpilce z gładkiej skórki. Fajna zabawa dla fetyszystów – pomoc w zdejmowaniu kozaczka, naprawdę jak ktoś lubi sobie po dotykać spanikowaną cudzą żonę – warto jeździć poci agami.

W momencie jak udało się nieco opanować aferę plusk wianą, sytuacja wymagała naukowego wyjaśnienia – no, bo skąd właściwie pluskwy w przedziale, który przecież myją? – Z nadzieją zapytała jedna pani. Owszem może mi myją odpowiedział miły pan kolejarz, jednakże uchylił przed nami rąbka tajemnicy – skąd te niesympatyczne robaczki biorą się w przedziałach pociągów naszego narodowego przewoźnika. Otóż okazuje się, że rzeczywiście w wagonach na bocznicach śpią bezdomni – i to prawdopodobnie oni je roznoszą. Niestety mieliśmy pecha, albowiem i wśród bezdomnych są stratyfikacje społeczne. W pierwszej klasie śpią silniejsi – z natury czyściejsi, którzy są w stanie przepędzić bezdomny plebs do drugiej klasy gdzie się m niej wygodnie śpi. No i oczywiście ci z kolei mają więcej i zdaje się bardziej dorodnych osobników na stanie.

W ten sposób bez ani jednej pluskwy, z wrażeniami prawie erotycznymi i doświadczeniami psychologicznymi i socjologicznymi udało się autorowi dotrzeć do Warszawy, o czym w odrębnym artykule.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.